Zaczęło mnie ostatnio nurtować coś, o czym rzadko się mówi w kontekście medytacji - zmysł dotyku. Nie mówię o skanowaniu ciała, które wszyscy znają, ale o czymś głębszym. Czytałem o słowiańskich praktykach, gdzie dotknięcie ziemi, kamienia albo kory drzewa traktowane było jako akt nawiązania kontaktu z żywą energią. I zastanawiam się, czy my w tej naszej codziennej medytacji w ogóle korzystamy ze zmysłu dotyku świadomie, czy to jest zawsze tylko dodatek, tło. Bo jest różnica między tym, że coś czujemy, a tym, że jesteśmy przy tym czuciu obecni. I mam też drugie pytanie, które mnie gryzie: czy samo afirmowanie sobie, że jesteśmy spokojni albo szczęśliwi, to jest to samo, co naprawdę to czuć? Czy jedno w ogóle może zastąpić drugie?
Zaczęło mnie ostatnio nurtować coś, o czym rzadko się mówi w kontekście medytacji - zmysł dotyku. Nie mówię o skanowaniu ciała, które wszyscy znają, ale o czymś głębszym. Czytałem o słowiańskich praktykach, gdzie dotknięcie ziemi, kamienia albo kory drzewa traktowane było jako akt nawiązania kontaktu z żywą energią. I zastanawiam się, czy my w tej naszej codziennej medytacji w ogóle korzystamy ze zmysłu dotyku świadomie, czy to jest zawsze tylko dodatek, tło. Bo jest różnica między tym, że coś czujemy, a tym, że jesteśmy przy tym czuciu obecni. I mam też drugie pytanie, które mnie gryzie: czy samo afirmowanie sobie, że jesteśmy spokojni albo szczęśliwi, to jest to samo, co naprawdę to czuć? Czy jedno w ogóle może zastąpić drugie?
To ciekawe pytanie o te afirmacje, bo właśnie to mnie ostatnio blokuje. Powtarzam sobie różne rzeczy rano, ale często mam wrażenie, że to słowa w powietrzu, kompletnie oderwane od ciała. Jakbym mówiła do kogoś obcego. Czy to w ogóle może działać, jeśli nie czuję tego fizycznie?
No właśnie, tu wchodzi kwestia czakr. Czakra korzeniowa odpowiada za uziemienie i kontakt z materią, więc jeśli jest zablokowana, żadna afirmacja nie przebije się przez to zablokowanie do wyższych centrów. Dotyk ziemi, kamieni, chodzenie boso - to klasyczne metody na odblokowanie muladhary. Bez tego wasze medytacje będą kręcić się w głowie, a nie w ciele.
Ja to rozumiem. Długo tak miałam. Pomogło mi jedno proste ćwiczenie - zanim zacznę jakąkolwiek afirmację albo medytację, kładę obie dłonie na kolanach i przez minutę tylko czuję ciepło własnych rąk. Bez słów, bez intencji. I coś się wtedy zmienia w tym kontakcie ze sobą. To nie jest żaden skomplikowany rytuał, ale naprawdę przestawia tryb z głowy na ciało.
Chcę wrócić do tego, co napisał Radomir na początku, bo tam jest coś ważnego. To rozróżnienie między byciem przy czuciu a samym faktem, że coś czujemy - to jest serce całej tej rozmowy. W starych praktykach słowiańskich dotyk był aktem, nie przypadkiem. Kładziono rękę na drzewie z konkretną intencją bycia tam, nie tylko fizycznie. I to jest dokładnie ta różnica, której szukasz w swoim pytaniu o afirmacje. Można afirmować i być nieobecnym. Można siedzieć cicho i też być nieobecnym. Obecność to osobna umiejętność, nie efekt uboczny techniki.
Słuchajcie, ja to sprawdzam na sobie od kilku tygodni. Zaczęłam przed każdą medytacją przez chwilę świadomie dotykać różnych faktur - ściany, tkaniny, drewna stołu. I mam wrażenie, że potem łatwiej mi utrzymać uwagę w samej medytacji. Jakby ciało dostało sygnał, że teraz jest po co być. Ale nie wiem, czy to efekt psychologiczny, czy coś głębszego. Macie jakieś myśli?
Ja mam trochę inne doświadczenie i nie wiem, jak to rozumieć. Czasem podczas medytacji zaczynam czuć mrowienie w dłoniach albo ciepło, którego nie wywołałam świadomie. I zastanawiam się, czy to jest właśnie ta uważność na ciało, o której mówicie, czy coś innego?
Wchodzę do tej rozmowy, bo mam dokładnie takie pytanie jak Anusia, ale trochę z innej strony. Jak w ogóle odróżnić to, co naprawdę czuję w ciele podczas medytacji, od tego, co sobie wyobrażam, że czuję? Wydaje mi się, że czasem sama siebie przekonuję, że coś jest, bo chcę żeby było.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że może problem z afirmacjami polega właśnie na tym, że są za bardzo w głowie. Jak się robi rytuał, to jest jakiś gest, coś się trzyma w rękach, jest kontakt fizyczny z przedmiotem. I może dlatego rytuały działają na wyobraźnię inaczej niż same słowa - bo ciało jest w tym razem ze wszystkim.
Chcę dodać coś od strony historycznej, bo to może zmienić perspektywę. W tradycji hermetycznej gest nie był ozdobnikiem rytuału - był jego strukturą. Mudry, ułożenie dłoni, kierunek ruchu - to wszystko miało precyzyjne znaczenie i nie chodziło o symbolikę, tylko o to, że ciało wchodzi w określony stan przez formę. Nowoczesna medytacja często to upraszcza do tego stopnia, że zostaje sam oddech i pustka w głowie.
Słucham tej rozmowy i mam takie dziwne poczucie. Niby rozumiem, że ciało jest ważne, że dotyk jest ważny, ale jak próbuję to zastosować do afirmacji, to dalej czuję jakiś rozdźwięk. Jakbym mówiła sobie: jestem szczęśliwa, i jednocześnie moje dłonie leżą na kolanach i nic nie czuję. Czy to znaczy, że po prostu jeszcze za mało ćwiczę, czy może robię coś strukturalnie źle?
@Nikodem71 Zgodzę się z tym, ale to co innego niż to, co napisałeś wcześniej. Napisałeś 'to dosłownie centrum emocjonalnego archiwum', jakby to był fakt fizyczny. To jest interpretacja w konkretnym modelu, nie obserwacja. I to ma znaczenie, kiedy ktoś taki jak Anusia albo Powojka próbuje zrozumieć, co czuje.
Właśnie tu jest mój problem, bo nie wiem, do której kategorii należę. Gdy robię afirmacje i jednocześnie próbuję czuć ciało, to jakbym robiła dwie rzeczy naraz i żadna nie wychodzi porządnie. Czy ktoś to kiedyś rozdzielał - najpierw samo ciało, potem słowa?
Słucham tej wymiany i mam pytanie do obu stron - czy to, jak to nazwiemy, zmienia wasze osobiste doświadczenie podczas medytacji z dotykiem? Bo mnie interesuje, co się dzieje w praktyce, nie w teorii. Czy ktokolwiek z was zauważył, że odpowiedź na pytanie "skąd to pochodzi" wpłynęła na to, jak głęboko potraficie wejść w kontakt z ciałem?
Czytam tę rozmowę o ocenianiu i czuję, że to jest też mój problem, tylko w drugą stronę. Ja nie sprawdzam, czy jestem szczęśliwa - ja sprawdzam, czy w ogóle coś czuję w ciele podczas medytacji. I jak nie czuję nic wyraźnego, to zaczynam się zastanawiać, czy robię coś źle. Czy to jest ten sam mechanizm?
Zastanawiam się, czy ten cały wątek o zapamiętywaniu i nazywaniu nie wraca do czegoś, o czym Powojka mówiła wcześniej - o afirmacjach i sprawdzaniu, czy jesteś szczęśliwa. Bo i tu, i tu jest ten sam ruch: wyjście z doświadczenia, żeby je zweryfikować. Czy to jest w ogóle specyficzne dla praktyki z afirmacjami, czy raczej ogólny ludzki nawyk?
I tu właśnie wracamy do pytania, które kręci się w tym wątku od dawna - czy afirmowanie czegoś, co jeszcze nie istnieje, jest w ogóle możliwe w ciele, czy ciało i tak to zdemaskuje? Bo jeśli dotyk jest "pre-werbalny" i szczery, to afirmacja wypowiedziana słowami może być zupełnie gdzie indziej niż to, co czujesz przez dłonie w tym samym momencie.
To jest bardzo konkretne pytanie i lubię, że wraca do ciała. Bo jeśli dotyk jest szczery z definicji - jak mówiła Szeptucha - to afirmacja wypowiedziana przy jednoczesnym kontakcie fizycznym albo się zakorzenI w tej szczerości, albo właśnie wtedy widać, że "nie bierze". Miałam tak z jednym rytuałem - trzymałam kamień, mówiłam afirmację i w pewnym momencie poczułam, że dłoń jakby się wycofuje. Nie wiem jak inaczej to opisać. Czy ktoś miał coś podobnego?
Zakotwiczanie jako "ciężar w dół" - to mnie trafia, bo w kontekście słowiańskim dotyk z ziemią jest dosłownie aktem zakotwiczenia, nie metaforą. Kładzenie dłoni na glinie, kamieniu, korze. Ciekawe, że Nikodem opisuje to przez ciało, a nie przez intencję. Może dlatego, że ciało wie zanim intencja zdąży się sformułować?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad jedną rzeczą - czy afirmacja wypowiedziana przy takim "zakotwiczonym" dotyku jest czymś innym niż ta sama afirmacja powiedziana w głowie? Intuicyjnie czuję, że tak, ale nie potrafię tego ubrać w słowa. Czy ktoś próbował jedno i drugie i porównywał?
