Medytacja chodząca? Nigdy o tym nie słyszałam. Jak to w ogóle wygląda, czy to nie jest po prostu spacer?
To jest ciekawe, bo na siłowni zdarzają mi się momenty, gdzie jestem tak skupiony na ćwiczeniu, że wszystko inne znika. Czy to jest rodzaj medytacji, czy to zupełnie coś innego?
Czuję, że ta rozmowa mi bardziej otworzyła oczy niż jakikolwiek artykuł o medytacji, który czytałem. Ale teraz mam nowy problem, bo jest więcej opcji niż myślałem i nie wiem, od czego zacząć. Medytacja chodząca, prowadzone sesje, praca z oddechem, ruch. Jak się to w ogóle zaczyna testować, żeby nie wpaść znowu w to samo kółko?
Jacenty, to że masz teraz więcej opcji to dobra wiadomość, nie problem. Ale powiedz mi jedno: kiedy ostatnio miałeś moment w ciągu dnia, gdzie czułeś spokój albo coś w rodzaju wyciszenia? Nie w trakcie próby medytacji, tylko tak naturalnie. Bo to jest wskazówka, jakiego rodzaju stanu szukasz i jakimi drogami już do niego dochodzisz.
Szczerze to chyba przy pracy. Jak jestem skupiony na czymś konkretnym, fizycznym, to głowa przestaje gadać. Ale to nie trwa, bo praca się kończy i zaraz znowu jest hałas w głowie.
To jest bardzo ważna informacja, którą właśnie powiedziałeś. Skupienie przez ruch i działanie to nie jest coś gorszego ani przypadkowego. Dla ciebie punkt zakotwiczenia to ciało w akcji, nie ciało w bezruchu. Dlatego siedzenie nie działało, bo to był odwrotny kierunek niż ten, który ci naturalnie służy.
A ja wróćę do tego co powiedział Radek wcześniej, że medytacja chodząca to coś zupełnie innego. Czy można ją robić na przykład podczas normalnego spaceru w parku, czy musi być specjalne miejsce i specjalny sposób chodzenia?
Wróćmy na chwilę do Jacentego, bo myślę, że on teraz potrzebuje nie kolejnej teorii, tylko konkretnego punktu startowego. Jacenty, gdybyś miał przez tydzień robić jedno proste ćwiczenie po pracy, zanim zrobi się ten hałas w głowie, to wolisz coś w ruchu czy jednak spróbować usiąść, ale krócej i bez presji?
Ruch zdecydowanie. Siedzenie i tak kojarzę teraz z czymś, co nie wychodzi, więc może potrzebuję nowego skojarzenia z całym tematem. Spróbowałbym tego chodzenia.
To jest dobra decyzja z jednego powodu, który jeszcze nie padł. Zaczynasz od czegoś, co ma szansę zadziałać, zamiast znowu walczyć z czymś, co trzy razy już nie wyszło. Sukces na początku, nawet mały, zmienia nastawienie do całej praktyki.
Ale czy nie ma ryzyka, że jak to działa przez ruch, to potem nie będzie chciał siedzieć i zostanie tylko przy ruchu? Pytam serio, bo nie wiem czy ruch i cisza to są tak samo wartościowe ścieżki, czy jedna jest lepsza.
Poza tym to co Dewanna pyta, czyli zostanie przy ruchu na zawsze, to nie jest problem. Problem byłby gdyby ktoś nie praktykował wcale. Jeśli za rok Jacenty ma regularną praktykę chodzoną i dobrze mu z tym, to nie ma co tego naprawiać.
Mam pytanie z innej strony. Mówiliście o intencji wcześniej. Czy medytacja chodząca ma tę samą głębię intencji co siedząca? Mam wrażenie że jak chodzę to jestem jednak bardziej w zewnętrznym świecie i trudniej byłoby mi skierować uwagę do środka.
Ale jak długo ma trwać taka medytacja chodząca żeby miało to sens? Bo mam wrażenie, że dziesięć minut to za mało, a godzina to za dużo na start.
To może zacznę od tych dziesięciu minut po pracy. Mam jeden odcinek przy domu gdzie zawsze chodzę z psem, może to tam spróbuję. Chociaż ciekawi mnie jak to pogodzić z psem, bo on raczej nie będzie chodził powoli.
Pies to nie przeszkoda, tylko inny rodzaj ćwiczenia. Masz zewnętrzny bodziec, który cię wyciąga z uwagi, i to jest właśnie trening. Wracasz do oddechu, do kroku, mimo że on ciągnie w bok. Niektórzy twierdzą, że to trudniejsze, ale przez to skuteczniejsze na dłuższą metę.
Szczerze? Chodzenie z psem i medytacja chodząca to dwie różne rzeczy i nie warto ich mieszać na start. Pies wymaga twojej uwagi na zewnątrz. Czy nie lepiej te dziesięć minut zrobić bez niego, a potem normalnie wyjść z psem? Nie musisz łączyć wszystkiego naraz.
To jest akurat dobra uwaga, bo mam ogródek. Mógłbym te dziesięć minut zrobić tam zanim wyjdę z psem. Mały kawałek, ale spokojny. Tylko ciekawi mnie jedno, czy to co czuję w stopach ma być dosłownie to, że czuję trawę czy kamyki, czy chodzi o coś głębszego?
Trawa i kamyki to jest idealny punkt startowy, serio. Nie szukaj głębszego na początku. To fizyczne czucie to nie jest etap do przeskoczenia, to jest cały punkt. Uwaga zakorzeniona w ciele, nie w głowie.
A ile razy dziennie ta uwaga normalnie ucieknie przez te dziesięć minut? Pytam bo jak próbowałem skupienia na oddechu to po trzydziestu sekundach byłem już zupełnie gdzie indziej i to mnie dobijało bardziej niż sam brak skupienia.
Mam pytanie które trochę wraca do początku tego wątku. Bo rozmawiamy teraz o chodzeniu i skupieniu, ale Jacenty na początku pytał jak w ogóle wybrać technikę. Czy nie powinniśmy mu jakoś podsumować co do tej pory padło, bo wątek jest już bardzo długi?
Spokojnie, orientuję się w tym co tu padło. Mam poczucie że wiem już więcej niż na początku, choć wciąż nie wiem jak to pójdzie w praktyce. Bardziej mnie teraz ciekawi jedno, czy jak chodzenie się sprawdzi, to po jakimś czasie naturalnie przyjdzie chęć żeby spróbować siedzenia, czy to tak nie działa?
U mnie tak było. Ale nie pchaj się w to szybko. Jak ciało poczuje co to znaczy być obecnym podczas ruchu, to samo zacznie szukać tego w bezruchu. Nie planuj tego z góry, zostaw to jako możliwość.
Możliwe że tak, możliwe że nie. Są ludzie z wieloletnią regularną praktyką ruchową którzy nigdy nie przeszli na siedzenie i ich praktyka jest głęboka. Nie rób sobie z siedzenia celu, bo znowu wpadniesz w to samo kółko.
Ale co z technikami oddechowymi? Bo myślę że gdzieś zaczęliśmy mówić o oddechu, potem przeszliśmy na ruch i trochę to zgubiliśmy. Czy oddech podczas chodzenia da się świadomie kontrolować czy to zbyt wiele naraz?
U mnie ostatnio zaczęło się coś zmieniać, sam nie wiem jak to nazwać. W ciągu dnia łapię się na tym że jestem spokojniejszy, nie tak od razu spięty jak kiedyś. Nie robiłem nic specjalnego, trzymałem się tylko tego jednego prostego ćwiczenia z oddechem. Trochę mnie to zaskoczyło szczerze mówiąc.
To jest chyba najlepsze pytanie w tym wątku i jednocześnie jedno z najtrudniejszych. Jak praktykować bez celu, skoro cel masz zawsze z tyłu głowy? Nie mam dobrej odpowiedzi, ale może ktoś z dłuższą praktyką ma.
