A co z osobami bliskimi, które mogłyby po was znaleźć takie zeszyty? Bo dla mnie to realne - mieszkam z rodziną i wiem, że jak coś znajdą, to będą czytać. I to mnie chyba blokuje bardziej niż wyimaginowany czytelnik.
Domowik, ten wyimaginowany czytelnik to jest ciekawy temat. Mam wrażenie, że jak piszesz dla kogoś, nawet wyobrażonego, to zaczynasz argumentować i uzasadniać zamiast po prostu notować co się dzieje. Dziennik praktyk traci wtedy wartość, bo przestaje być surowym zapisem, a staje się narracją. Może zamiast walczyć z tym poczuciem, warto sprawdzić co konkretnie blokuje - czy to wstyd przed oceną, czy raczej strach że coś ujawnisz o sobie?
Sauwak, raczej wstyd przed oceną. Jak czytam po sobie wpisy o czakrach i o tym co czułem w czasie ćwiczeń, to mam wrażenie, że brzmi to jak coś między pamiętnikiem nastolatki a raportem ze spa. I mam głupie poczucie, że ktoś to przeczyta i stwierdzi że to bez sensu.
Emocje zostają, tylko opisane inaczej. Zamiast 'czułem jak energia płynie przez serce' możesz napisać 'napięcie w klatce piersiowej, uczucie ciepła, oddech zwolnił'. To to samo, ale napisane tak że sam możesz to przeczytać bez zażenowania. I co ważne - jest precyzyjniejsze, bo za rok wiesz co faktycznie czułeś, a nie co chciałeś czuć.
Czy to nie jest trochę odbieranie praktyce tego co w niej żywe? Mam na myśli, że jak sprowadzam wszystko do fizycznych objawów, to zaczynam traktować to bardziej jak protokół medyczny niż coś duchowego. Mam z tym problem, bo z jednej strony chcę być rzetelna, z drugiej - jak zaczynam pisać zbyt klinicznie, to czuję że traciłam kontakt z tym dlaczego w ogóle to robię.
Rozdzielanie na warstwy to nie jest żadna nowość - w tradycji hermetycznej dziennik praktyk miał zawsze strukturę, w której oddzielano operację od interpretacji. Nawet w Corpus Hermeticum mamy rozróżnienie między tym co zostało zrobione a tym co zostało zrozumiane. To dwie różne rzeczy i ich mieszanie prowadzi do błędów w odczytywaniu własnych doświadczeń.
A wracając do samego pytania Domowika - czyli co z tym wstydem - to chyba nie chodzi tylko o zeszyt. Mam poczucie, że jak mi wstyd napisać coś w dzienniku, to znaczy że mi wstyd to w ogóle robić. I to jest już coś głębszego niż kwestia formy notatek, nie?
To jest chyba jeden z tych wątków, przy których temat dziennika przestaje być o dzienniku. Czy ktoś z was przeszedł moment, w którym zaczął traktować swoje zapiski jak coś wartego zachowania? Nie pytam o motywację, bardziej o to - co zmieniło perspektywę? Bo dla mnie to był konkretny moment, gdy wróciłem do notatek z dużo wcześniejszego okresu i zobaczyłem coś, czego wtedy nie rozumiałem, a po czasie miało sens. Wtedy przestałem traktować to jak zadanie domowe.
U mnie to było trochę inaczej - nie tyle że coś zrozumiałam po czasie, ile że zobaczyłam jak bardzo zmieniło się to co mnie w ogóle zajmuje. Czytałam stare wpisy i myślałam: ja naprawdę o to się martwiłam? I to było dziwne uczucie, ale dobre. Trochę jak dowód że coś się ruszyło, choć nie umiałabym powiedzieć co konkretnie.
Ta definicja Centy mnie zatrzymała - dowód ruchu. Myślę, że to jest też powód, dla którego prowadzę notatki z run. Nie po to, żeby pamiętać interpretacje, bo te znam. Ale po to, żeby widzieć, jakie pytania zadawałam rok temu, a jakie teraz. Pytania się zmieniają bardziej niż odpowiedzi.
A jak się zmieniają twoje pytania? Bo mam wrażenie, że u mnie zawsze wracam do tych samych. Może z inną formą, ale problem jest ten sam.
To mnie prowadzi do czegoś, co sam obserwuję w swoich zapiskach. Przez pierwsze lata notowałem głównie efekty, czyli co się stało po rytuale, co poczułem, czy cokolwiek zadziałało. Teraz notuję głównie to, co mi nie wyszło. I paradoksalnie tamte strony są gęstsze i bardziej użyteczne.
Czemu użyteczne? Bo z porażek więcej wynosisz, czy z jakiegoś innego powodu?
Ale to zakłada, że wiesz co miało wyjść. Jak definiujesz że coś nie wyszło? Pytam serio, bo to jest jedna z tych rzeczy, przy których każdy mówi o niepowodzeniu, ale nie wiem jak mierzyć to w praktyce.
Dokładnie, to jest trudne. W astrologii są techniki tranzytów, gdzie możesz zobaczyć po czasie czy zdarzenia pokrywały się z tym co było aktywne w twoim horoskopie. Ale w rytuałach magicznych nie masz takiej siatki odniesienia.
A czy ktoś prowadzi notatki o warunkach zewnętrznych? Mam na myśli - faza księżyca, pora roku, może nawet pogoda. Czytałam że to ma znaczenie, ale nie wiem jak to sensownie zapisywać żeby nie wpaść w obsesję notowania wszystkiego.
Mam pytanie do Sauwaka - napisałeś że notujesz co nie wyszło. Ale jak to wyglądało na początku? Bo teraz brzmi jakbyś miał to poukładane, a ja kiedy próbuję pisać o tym że coś nie zadziałało, to albo kończę na jednym zdaniu, albo na trzech stronach rozważań czy w ogóle wierzyć w to co robię.
Sauwak, czyli traktujesz dziennik też jako rodzaj wywiadu z sobą przed rytuałem? To ciekawe, bo ja piszę prawie zawsze po fakcie.
Ja też piszę po. Próbowałam pisać przed i miałam wrażenie, że to wpływa na samą praktykę. Jakby zapisanie zamiaru go jakoś usztywniało i traciłam elastyczność podczas samego rytuału. Może to kwestia osobnicza.
W tarocie jest podobnie - jak za bardzo starasz się zapamiętać co chcesz uzyskać od kart, to blokujesz to co chcą powiedzieć. Może pisanie zamiaru przed rytuałem działa tak samo.
Wracając do kwestii pisania przed lub po - mam wrażenie, że to jest pytanie o to czemu dziennik ma służyć. Jeśli to jest zapis do analizy, to piszesz po i masz dane. Jeśli to jest część samego rytuału, to piszesz kiedy jest sens - może przed, może w trakcie, może następnego dnia jak już wiesz co chcesz o tym powiedzieć.
To co Sauwak napisał o pisaniu przed rytuałem jako wywiadzie z sobą - siedzi mi w głowie. Czyli jakby dziennik pełni dwie różne funkcje zależnie od tego kiedy piszesz? Przed to bardziej wyjaśnianie sobie co chcesz, a po to analiza?
U mnie są w tym samym zeszycie, ale oddzielam je wizualnie - linia, inne pióro, cokolwiek. Nie twierdzę że to jedyna opcja. Ktoś mi kiedyś mówił że prowadzi dwa osobne - jeden do zamiarów, drugi do obserwacji. Przez chwilę byłem tym kuszony, ale skończyłem na tym że i tak wszystko ląduje w jednym miejscu, bo inaczej nigdy nie mam przy sobie tego właściwego zeszytu.
Dwa zeszyty brzmi jak dobry pomysł w teorii i przepis na chaos w praktyce. Ja próbowałam kiedyś segregować zapiski tematycznie i przez trzy miesiące wkładałam kartki gdzie popadnie, bo nigdy nie wiedziałam do której kategorii coś należy. Jeden zeszyt, chronologia, a jak chcę szukać to i tak wiem mniej więcej kiedy to było.
Mnie Domowik nieświadomie dotknął czegoś ważnego. To uczucie że czytasz jak ktoś inny - może nie jest problemem? W tradycjach runicznych zapis ma być świadkiem, nie wspomnieniem. Jak za rok nie rozpoznajesz siebie w notatce, to informacja o tym ile się zmieniłeś, nie o tym że źle pisałeś.
Mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś z was miał kiedyś problem z tym co zapisać kiedy praktyka dotyczyła żałoby albo pożegnania z kimś? Pytam, bo zaczęłam ostatnio coś w tym kierunku i kompletnie nie wiem jak notować takie rzeczy. To jest inne niż rytuał 'praktyczny'.
Lunarna, to jest osobny temat i właściwie powinien być osobny zeszyt albo osobna część. Rytuały żałobne mają inną strukturę niż praca z intencją. Tam nie mierzysz efektu - mierzysz obecność. Czy byłeś w tym do końca, czy to miało koniec, czy coś jeszcze zostało. Przynajmniej tak to widzę.
