Prowadzę zapiski od wielu lat i muszę powiedzieć, że bez tego chyba bym się pogubił w tym co robię. Zaczęło się od zwykłego notatnika, teraz mam coś w rodzaju kilku zeszytów podzielonych tematycznie. Jeden na obserwacje przy pracy z kartami, drugi stricte na rytuały - co, kiedy, przy jakiej fazie księżyca, efekty. Zastanawiam się, czy wy w ogóle to robicie, czy może macie jakiś swój system? Bo właśnie przeglądałem stare zapiski i uderzyło mnie, ile rzeczy robiłem inaczej kilka lat temu - i ciekawe jest to, że część tamtych podejść była moim zdaniem lepsza niż obecne nawyki.
U mnie to jest totalna mieszanina. Mam jeden gruby zeszyt i wrzucam tam wszystko bez ładu - notatki z rozkładów, obserwacje snów, czasem jakiś cytat, który mnie zatrzymał. Denerwuje mnie to trochę, bo potem trudno cokolwiek znaleźć, ale z drugiej strony jak próbowałam tę segregację, to jakoś sztywniała mi cała praktyka. Jak to masz podzielone na kilka zeszytów - to nie gubi się ten ciągłość? Pytam serio, bo szukam jakiegoś środka między bałaganem a tabelkami.
Miałam kiedyś piękny, oprawiony dziennik i... skończyłam na tym, że się bałam do niego pisać, żeby 'nie popsuć'. Teraz używam zwykłych brulionów z Biedronki i jest o niebo lepiej. Piszę głównie po sesjach z runami - co wyciągnęłam, jaki był kontekst, co się potem wydarzyło w ciągu kilku dni. Ta weryfikacja retrospektywna to chyba najbardziej wartościowa część. Ale mam pytanie do Sauwaka - czy rozdzielasz praktykę od teorii? Bo u mnie bywa tak, że zapis przeobraża się w esej o symbolice i totalnie tracę wątek co właściwie robiłam.
Ja dopiero zaczynam z zapiskami i szczerze nie wiedziałam, że to może być tak rozbudowane. Miałam w głowie że notatnik to notatnik. A tu się okazuje, że są zeszyty tematyczne, sekcje na teorię i praktykę... Mam głupie pytanie - czy na początku ma sens taki podział, czy lepiej po prostu zacząć pisać cokolwiek i nie myśleć o systemie?
Na początku zdecydowanie pisz cokolwiek. System wyłania się sam, jak już masz z czego. Jak zaczęłam z gotowym szablonem z internetu, to przez miesiąc wklejałam dane w rubryki i czułam się jak urzędnik. Zero autentyczności. Dopiero jak wyrzuciłam szablon i zaczęłam pisać normalnie, zaczęło to coś dawać. Ale wracając do tego co mówił Sauwak o starych zapiskach - ja ostatnio też przejrzałam swoje z kilku lat temu i to było dziwne uczucie. Jakbym czytała zapiski kogoś innego, kto miał moje imię.
A czy to w ogóle musi być papierowy zeszyt? Bo próbowałem z notatkami w telefonie i niby dane są, ale coś nie działa tak samo. Słyszałem, że przy pisaniu ręcznym aktywują się inne obszary mózgu - czy macie wrażenie, że samo fizyczne pisanie ma znaczenie, czy to taki mit?
Pisanie ręczne zdecydowanie wpływa na energię zapisu - to jest udowodnione w tradycjach grimoirów, gdzie ręczne przepisanie tekstu było częścią rytuału inicjacji. Cyfrowe notatki nie mają tej samej wibracji. Ja mam zeszyt, do którego piszę tylko atramentowym piórem i to naprawdę robi różnicę.
Tradycja grimoirów to faktycznie temat - ale tam chodziło o coś innego niż 'wibracja pisma'. Ręczne kopiowanie było przede wszystkim formą nauki i transmisji wiedzy, no i pewnego rodzaju inicjacji przez sam czas i wysiłek wkładany w przepisanie. Nie jestem przekonany, że atramentowe pióro kontra długopis robi zasadniczą różnicę. Natomiast zgadzam się, że akt fizycznego pisania ma inną jakość skupienia niż klepanie w klawiaturę. To jest jednak kwestia neurologii, nie metafizyki - przynajmniej ja bym to tak postawił.
No właśnie, i tu jest ta granica, przy której zawsze coś we mnie zgrzyta. Czy my prowadzimy dziennik praktyk, żeby zrozumieć siebie i swoje doświadczenia, czy żeby mieć 'magiczny artefakt'? Bo to są dwa zupełnie różne cele i inaczej się wtedy pisze. Przy pierwszym podejściu liczy się szczerość i regularność, przy drugim - forma i materia. I nie mówię, że jedno jest lepsze od drugiego, tylko że warto wiedzieć po co się to robi.
To jest świetne pytanie. U mnie szczerze - zaczęłam z myślą o 'magicznym zeszycie', a skończyłam na tym, że jest to po prostu dziennik. I chyba lepiej mi z tym teraz. Mniej presji żeby każdy wpis wyglądał jakby miał zostać odkopany przez archeologów za sto lat.
A co w takim razie notujecie przy zwykłych, codziennych rzeczach, które nie są żadnym rytuałem? Mam na myśli - czy zapisujecie też jakieś drobne obserwacje, zbieżności, sny? Czy to tylko formalne notatki po każdym rytuale?
Ja notuję wszystko co wydaje mi się nieprzypadkowe, choć staram się przy tym zachować sceptycyzm. Czyli - wyciągnęłam rano konkretną runę, zapisuję. Wieczorem coś się dzieje co z nią koresponduje - zapisuję. Ale też staram się zapisywać rzeczy, które zapowiadała runa a się nie wydarzyły. To drugie jest trudniejsze, bo mózg woli szukać potwierdzeń. Właśnie dlatego systematyczne zapiski są dla mnie bardziej o rozbrajaniu własnych uprzedzeń poznawczych niż o zbieraniu dowodów na cokolwiek.
Sauwak, ale tu jest jedna pułapka - żeby zapisywać chybienia, musisz z góry zdefiniować co będzie uznane za trafienie, a co za chybienie. Przy kartach to jeszcze da się ustalić, ale przy rytuałach? Jak mierzysz, że rytuał ochronny 'zadziałał'? Że nic złego się nie stało? To jest błąd logiczny, który mnie zawsze trochę zatrzymuje przy próbach oceny skuteczności własnej praktyki.
a jak konkretnie piszesz o chybieniach? Bo mam wrażenie, że łatwo powiedzieć 'zapisuję też to, co nie wyszło', ale w praktyce to jest trudne. Jak rytuał miał przynieść jakiś efekt i nic się nie dzieje, to kiedy uznajesz, że minął czas oczekiwania? Po tygodniu? Miesiącu? Czy masz jakiś swój sposób na to?
Uczciwie - nie mam dobrego systemu. Przy intencjach z konkretnym terminem jest łatwiej, bo albo się coś wydarzyło, albo nie. Przy ogólnych - staram się zapisać po trzech tygodniach, czy cokolwiek się zmieniło, ale sam przyznam, że to arbitralne. Nie ma tu żadnej metodologii, którą bym polecał.
To mnie trochę uspokaja, bo myślałam że tylko ja tak mam. Próbowałam prowadzić coś w stylu tabeli - data rytuału, cel, termin weryfikacji - ale szybko zrezygnowałam, bo czułam się jakbym oceniała projekt w excelu, a nie pracowała z czymś żywym. Jak wy w ogóle godzicie tę potrzebę weryfikacji z tym, że magia to nie jest eksperyment laboratoryjny?
Ale czy zapisywanie snów trafia do tego samego zeszytu co rytuały? Bo sny to jest jakaś inna kategoria - nie robię niczego, to się po prostu dzieje. Zastanawiam się, czy to w ogóle jest 'praktyka' w takim sensie jak rytuał.
A jak odróżniacie sny, które 'coś znaczą', od zwykłych? Pytam serio, bo mi się wydaje, że zawsze można doszukać się sensu jeśli chce się doszukać. Trochę mi się to kręci w kółko.
Przy snach mam jedną praktyczną zasadę: zapisuję tylko jeśli sen był na tyle wyrazisty, że obudziłem się i przez chwilę nie wiedziałem że to sen. Albo jeśli po przebudzeniu miałem jakieś silne uczucie, które nie znikało przez co najmniej pół godziny. Wszystko inne to po prostu szum. To oczywiście subiektywne kryterium, ale działa dla mnie lepiej niż próba oceniania treści.
Sny w tradycji onirycznej były traktowane jako oddzielna praktyka, zupełnie niezależna od rytuałów. W egipskich świątyniach inkubacji sen był wywoływany intencjonalnie, a jego zapis był aktem sakralnym. Mieszanie tego z notatkami po rytuale to moim zdaniem błąd metodologiczny.
Dobra, a czy ktoś prowadzi jakiś system tagowania albo słów kluczowych? Bo jak mam już zapiski z roku czy dwóch, to jak w tym szukać wzorców? Czytanie wszystkiego od nowa to brzmi jak wieczność.
To jest pomysł, którego mi brakowało. Próbowałam z kolorami długopisów - różne kolory do różnych typów doświadczeń - ale potem nie miałam pod ręką właściwego koloru i albo zostawiałam lukę, albo pisałam nie tym i potem nie pamiętałam systemu. Symbole na marginesie brzmią prościej.
Słuchajcie, jest jedna rzecz przy zapiskach, której tutaj nie poruszyliśmy - co robić z wpisami, które po czasie wydają się żenujące albo po prostu błędne? Mam w starszych zeszytach wpisy, gdzie wyciągałem wnioski, które teraz widzę jako kompletnie naciągane. Wykreślać, zostawiać, dopisywać korektę?
Sauwak, to jest może najważniejsze pytanie w tym wątku. Bo ja zostawiam wszystko bez wykreślania, ale nie wiem czy to jest mądrość czy lenistwo. Mam jeden wpis sprzed jakichś dwóch lat, gdzie opisuję 'wyraźny znak' który teraz widzę jako zwykłe potwierdzenie tego, co chciałam zobaczyć. I nie wiem co z tym zrobić.
Nie wykreślaj nigdy. Dopisz datę i krótką notatkę na marginesie że teraz widzisz to inaczej. To jest właśnie ta wartość dziennika - możesz zobaczyć jak się zmienia twoje myślenie. Jak wykreślisz, to stracisz ten ślad. Żenujące wpisy to nie są błędy do ukrycia, to są dane.
A co jeśli ktoś kiedyś przeczyta ten zeszyt? Bo nie wiem, może to brzmi absurdalnie, ale jak piszę coś co wydaje mi się głupie, to mam w głowie tego wyimaginowanego czytelnika i to blokuje. Jak wy sobie z tym radzicie?
Domowik, ja miałam dokładnie to samo i przez długi czas to mnie blokowało bardziej niż cokolwiek innego. W pewnym momencie postanowiłam, że piszę tak, jakby ten zeszyt miał spłonąć zaraz po moją śmiercią. Brzmi dramatycznie, ale serio pomogło. Jak już nie piszę dla żadnego czytelnika, to przestałam autocenzurować i zaczęłam pisać rzeczy, które były naprawdę moje.
