Nie miałam takiej praktyki przy stracie kogoś bliskiego, ale czytałam trochę o rytuale Dumb Supper, który jest właśnie o tym - siedzisz przy stole z miejscem dla osoby, która odeszła, i milczysz. Tradycja celtycka, halloween, ale nie tylko. Nie wiem jak to się ma do zapisków, bo tam chodzi o brak słów. Może do dziennika wchodzi to co było po?
To co Sauwak napisał - 'czy byłeś w tym do końca' - to mi daje jakiś punkt zaczepienia. Może właśnie to zapisuję? Nie co zrobiłam, ale czy byłam obecna. Brzmi to dla mnie bardziej sensownie niż lista kroków.
Ale jak to zapisujesz? Piszesz 'byłam obecna' i tyle, czy to jakoś rozwijasz? Naprawdę pytam, bo to brzmi jakby zapis żałobny był kompletnie inną kategorią niż zwykły dziennik praktyk i nie wiem czy to nie jest właśnie tak.
Domowik, myślę że to jest inna kategoria i nie ma co na siłę jej wtłaczać w ten sam format. W runach jest runa Othala, która dotyczy dziedzictwa i końca cyklu - jej wezwanie nie jest 'zrób to i to', tylko 'bądź z tym'. Notatka przy takiej pracy może być jedno słowo albo rysunek. Forma jest wtórna.
To mnie zastanawia - czy są tradycje, które mają jakiś sformalizowany zapis przy pożegnaniu? Bo w tarocie nie kojarzy mi się nic takiego, ale może w innych systemach jest coś w stylu protokołu dla rytuałów końca?
W grimoarach hoodoo jest coś, co nazywa się 'crossing and uncrossing' - i w tym kontekście przy rytuale uwolnienia od osoby, która odeszła, prowadzi się zapis kto, kiedy, co zostało zakończone. Ale to jest bardzo specyficzne, nie chodzi o żałobę sentymentalną tylko o domknięcie energetyczne. Nie wiem czy to jest to czego szuka Lunarna.
i to jest właśnie różnica między tradycjami które mają protokół a tymi które zakładają że rytuał żałobny jest z natury niepowtarzalny i nieprzewidywalny. Hoodoo jest dość pragmatyczne w zapisach, ale np. w praktykach opartych na Reclaiming albo szeroko pojętym wicca raczej się zakłada że każde pożegnanie jest inne i nie da się go standaryzować. Stąd pytanie do Lunarnej - co konkretnie chcesz z tego zapamiętać?
To co Cykoria napisała o Reclaiming mnie zatrzymało - że rytuał żałobny jest z natury nieprzewidywalny. Ale czy to znaczy że w ogóle nie da się go zanotować sensownie, czy że trzeba zmienić format? Bo jedno to filozofia zapisu, a drugie to praktyka - i mnie interesuje to drugie.
Właśnie to jest mój problem. Siedzę z pustą stroną i nie wiem czy mam opisywać co robiłam, co czułam, czy w ogóle po co to piszę. Sauwak napisał że mierzysz obecność - ale jak to wygląda w praktyce? Piszesz 'byłam obecna - tak / nie'? To brzmi za sucho.
'kiedy zrobiło się cicho w środku' - to jest ładne, ale jak to rozróżniasz od zwykłego otępienia albo zmęczenia? Pytam serio, bo przy stratach łatwo pomylić wyczerpanie z jakimś przełomem.
Ten wątek o rozróżnieniu jest ważny i nie tylko przy żałobie. W runach Hagalaz - runa zakłócenia, przełomu - często pojawia się w miejscach, gdzie ktoś wziąłby po prostu chaos. Zapis po czasie pozwala zobaczyć czy to był rozpad czy przebudowa. Ale wracając do pytania Lunarnej - może zamiast formatu, zacznij od jednego zdania które jest prawdziwe, nawet jeśli brzmi banalnie.
Zgadzam się z Andromeadą co do jednego zdania, ale chcę doprecyzować - to zdanie nie musi być głębokie. Czasem najważniejsza notatka po rytualne żałobnym jaką kiedykolwiek napisałam to było coś w stylu 'nie mogłam skończyć, musiałam wyjść na powietrze'. To nie jest piękne ani mądrze sformułowane, a po miesiącu mówiło mi więcej niż cały elaborat.
To mi trochę ulżyło. Miałam wrażenie że powinnam jakoś bardziej metodycznie do tego podejść, bo piszę dziennik praktyk od kilku miesięcy i nagle nie wiem co z tym robić. Może właśnie ten jeden zeszyt to zły pomysł przy czymś takim?
Ja bym nie rozdzielał fizycznie - rozdzielał bym intencję. Siadasz przy tym samym zeszycie, ale wiesz że teraz piszesz inaczej. Dla mnie to ważniejsze niż format. Chociaż rozumiem że dla niektórych fizyczna odrębność pomaga psychicznie.
A czy ktoś kiedyś robił coś w rodzaju ceremonialnego zamknięcia zapisku? Pytam, bo przy Dumb Supper jest ten moment kiedy stół się sprząta i jakby rytuał formalnie się kończy. Zastanawiam się czy coś analogicznego można zrobić z zeszytem - że ostatnia strona tego rozdziału jest jakoś zaznaczona albo zamknięta.
To mi przypomina coś z tarotem - kiedy robię rozkład dla kogoś w żałobie, zawsze zostawiam ostatnią kartę zakrytą jeśli osoba nie jest gotowa. Nie dlatego że ukrywam, tylko że otwarcie ma swój czas. Może zapis żałobny działa podobnie - piszesz kiedy jesteś gotowa, wracasz kiedy jesteś gotowa.
Pytia, tylko że przy pisaniu to ty decydujesz kiedy siadasz. Karta zakryta to co innego - tam ktoś inny zatrzymuje moment. Przy dzienniku cała odpowiedzialność za czas jest twoja i to może być i łatwiejsze i trudniejsze jednocześnie.
To jest chyba właśnie to co mnie blokuje - że mogę napisać i wiem że mogę napisać, ale coś we mnie czeka na jakiś sygnał że 'teraz'. Jak w praktyce rozpoznajecie że to jest ten moment? Albo czy w ogóle tak to działa?
Ja nie czekam na sygnał. Siadam kiedy jest nieznośnie i kiedy chcę żeby gdzieś to było - nawet nieuporządkowane, nawet niegotowe. Sygnał to mit, przynajmniej dla mnie. Ale rozumiem że dla innych ten próg działa inaczej.
No dobra, to może tak spróbuję. Mam ten zeszyt, piszę w nim od kilku miesięcy, ale mam jedno pytanie praktyczne - czy zaczynacie nową stronę na nowy temat żałobny, czy piszecie ciągiem? Bo mam wrażenie że jak coś nowego zaczynam ciągiem, to jakby wtapia się w poprzednie.
Ja nową stronę zostawiam kiedy czuję że zmienia się ciężar. Nie każda nowa myśl to nowa strona, ale jak siadam przy czymś co jest z innego miejsca emocjonalnie - to tak. Lunarna, a jak długo już nosisz to w sobie zanim siadasz pisać?
czasem godziny, czasem kilka dni. Zależy. Jak coś jest ostre, to nie mogę pisać od razu, bo wychodzi chaos. Jak czekam za długo, to wychodzi relacja, nie przeżycie. Nie wiem który z tych problemów jest gorszy.
To co opisuje Lunarna to jest chyba jeden z nierozwiązanych problemów każdego dziennika praktyk - że albo piszesz za blisko i nie ma jeszcze formy, albo za daleko i jest już interpretacja zamiast zapisu. Przy runach mam podobnie z rzutami, które coś mocno otwierają. Próbowałam notować od razu i wychodziło mi dużo szumu.
Dwa wpisy na jedno zdarzenie to ciekawe, ale czy to nie zaburza ciągłości zeszytu? Bo jak wracasz po czasie, to masz jeden zapis gdzieś, drugi kilkanaście stron dalej. Trudno to składać w całość.
Szczerze to myślę że za bardzo komplikujecie prosty temat. Dziennik to dziennik, piszesz co czujesz i kiedy chcesz. Przy czakrze serca zablokowanej po stracie najważniejsze jest w ogóle zacząć wyrzucać energię na zewnątrz, a nie martwić się czy to nowa strona czy nie.
I właśnie tu wracamy do początku - po co w ogóle notujemy to przy praktykach żałobnych. Mnie chodzi o to żeby mieć ślad że coś było, że miało wagę, że gdzieś się zaczęło i gdzieś skończyło. Nie po to żeby analizować czakry. To nie terapia, to magia - inna kategoria.
To rozróżnienie między magią a terapią jest dla mnie ważne i jednocześnie rozmyte. Bo jak robię rytuał zamknięcia dla kogoś w żałobie, to wychodzimy z niego inaczej niż weszliśmy. Czy to magia czy terapia? Mam wrażenie że ten podział jest bardziej semantyczny niż realny.
