Nie wiem, czy to aż tak smutne. Może bardziej uczciwe. Przynajmniej wiesz, z czym pracujesz - z rekonstrukcją, nie z oryginałem. To zmienia podejście. Zamiast pytać 'czy robię to poprawnie', zaczynasz pytać 'co z tego jest jeszcze żywe dla mnie'. A to już jest zupełnie inny rodzaj pracy.
To co Indaphoros mówi o zaskoczeniu - to ważne. Najlepsze momenty improwizacji, które pamiętam, to te, kiedy mówiłem coś, czego nie planowałem i potem siedziałem z tym przez chwilę, bo nie do końca wiedziałem, skąd to wyszło. Gdybym tylko powtarzał własne przekonania, to by się nie zdarzało.
Okej, ale to może być też po prostu praca nieświadomości, nie? Mózg łączy rzeczy, które zebrałeś gdzieś po drodze, i wychodzi coś nieoczekiwanego. Nie mówię że to wyklucza cokolwiek innego - po prostu zastanawiam się, czy to 'nie wiem skąd' musi mieć jakieś mistyczne wyjaśnienie.
Słuchajcie, jest jeden wątek, który mi tu umyka. Rozmawiamy o improwizacji jako o czymś, co pojawia się naturalnie z czasem praktyki. Ale nikt nie powiedział wprost: czy improwizacja wymaga stanu zmieniać? Bo jeśli tak, to większość tego, co robimy na zimno przy świeczkach w domu, to nie jest to samo.
A czy to nie jest właśnie argument za formułami? Bo nauczony tekst możesz powiedzieć niezależnie od stanu, prawda? Improwizacja wymaga czegoś od ciebie z góry. Chyba że chodzi o to, że formuła ma cię właśnie wprowadzać w ten stan - a nie że działasz mimo złego stanu.
Nie do końca teatr - bo nawet w teatralnych tradycjach ceremonialnych efekt bywał osiągany przez samo powtórzenie bez zaangażowania. Efimenko opisuje przypadki, gdzie znachorki mówiły formuły niemal mechanicznie, w połowie myślami gdzie indziej, a pacjenci potem twierdzili, że poczuli ulgę. To może sugerować, że stan wykonawcy to jeden z czynników, nie jedyny.
No to wreszcie rozumiem gdzie jesteśmy po tych wszystkich postach. Czyli żadna z tych rzeczy nie działa sama - potrzebujesz stanu, struktury i jakiegoś kontaktu z tym, do czego kierujesz słowa. Ale to sprawia, że pytanie z tytułu - improwizacja czy nauczony tekst - jest trochę źle postawione od początku, nie?
No i dochodzimy do miejsca, gdzie to pytanie z tytułu przestaje być sensowne w swojej pierwotnej formie. Bo improwizacja kontra formuła to może być fałszywa dychotomia od początku. Prawdziwe pytanie chyba brzmi: co jest nośnikiem tej pracy - słowo samo w sobie, stan, w którym je wypowiadasz, czy coś między tobą a odbiorcą, do którego to kierujesz?
Mam wrażenie, że ta dyskusja nieustannie okrąża jedno: czy słowo 'robi' coś samo, czy ty 'robisz' przez słowo. I w zależności od odpowiedzi na to pytanie, cały sens improwizacji albo formuły zmienia się całkowicie. Bo jeśli słowo jest tylko przewodnikiem uwagi - to improwizacja ma sens. Jeśli słowo ma własną wagę niezależną od ciebie - to nagle formuła staje się czymś innym niż tylko skryptem.
Przepraszam, że wchodzę z czymś może prostszym, ale - jak to się ma do zamawiania, gdzie część tych formuł to po prostu tekst z prośbą do kogoś? Tam nie ma dźwięku jako takiego, jest bardziej narracja. Czyli co, tam inna zasada działa?
Okej, to nie rozumiem teraz - jeśli zamawianie to narracja, a mantra to dźwięk, to co łączy oba jako 'zaklęcia'? Co jest wspólnym mianownikiem, przez który jedno i drugie w ogóle działa na tej samej zasadzie?
Ale jeśli tak, to improwizacja też ma tę strukturę - zaczyna się, trwa, kończy. Więc dlaczego w ogóle mielibyśmy zakładać, że formuła jest tu lepsza? Czego formuła dostarcza ponad to, co daje improwizowana struktura temporalna?
Powtarzalności. To jest chyba jedyna rzecz, której improwizacja nie ma tak samo jak formuła. Kiedy wracasz do tego samego tekstu po raz dziesiąty, to nie jesteś już w tym samym miejscu co przy pierwszym razie - ale tekst jest. I to napięcie między twoją zmianą a stałością formuły może być właśnie tym, co robi robotę. Nie wiem, czy tak jest - ale tak to czuję po swojej praktyce.
To interesujące co Czulu pisze, ale mam pytanie: czy ta powtarzalność działa, bo wracasz do czegoś, co znasz, i to cię uspokaja, czy działa z jakiegoś innego powodu? Bo jeśli to tylko efekt znajomości, to improwizacja też go może dać - wystarczy improwizować podobną strukturę wiele razy.
Wracając do tego, co Czulu mówił o napięciu między stałością formuły a własną zmiennością - mam podobne doświadczenie, ale z odwróconą obserwacją. Zdarzyło mi się używać tej samej formuły przez długi czas i w pewnym momencie zauważyłam, że tekst przestał być 'stały'. Nie zmieniałam słów, ale słyszałam je zupełnie inaczej. Jakby formuła sama się aktualizowała. Czy ktoś miał coś podobnego?
Tak, i to jest coś, co notowałem. Zwykle między jakimś piątym a ósmym powtórzeniem danej formuły - w danej sesji, nie ogólnie - pojawia się moment, gdzie te same słowa brzmią jakby bardziej. Nie wiem jak to inaczej opisać. Nie louder, ale bardziej zagęszczone. To nie jest stan relaksu, bo jestem wtedy bardziej przytomny niż na początku.
Dokładnie to jest moje doświadczenie z tymi momentami, o których wcześniej mówiłem. Kiedy przestajesz pilnować słów - bo coś innego przejęło ster - improwizacja robi coś, czego formuła nie robi: zaskakuje cię własnym głosem. I to zaskoczenie jest informacją. Nie wiem informacją o czym, ale jest.
Słuchajcie, ale ja ciągle się gubię w jednej kwestii. Wy wszyscy mówicie o doświadczeniach, które brzmią bardzo konkretnie - zagęszczone słowa, własny głos który zaskakuje, stan powyżej relaksu. Jak ktoś, kto tego nigdy nie miał, ma w ogóle zacząć? Od formuły, żeby mieć tę powtarzalność, czy od improwizacji, żeby w ogóle coś poczuć swojego?
I wtedy właśnie, moim zdaniem, pojawia się wybór - albo szukasz nowej formuły, albo wchodzisz w improwizację. Ale jest trzecia opcja, o której rzadko się mówi: możesz zostawić starą formułę i celowo wejść w nią inaczej. Nie zmieniasz słów, ale zmieniasz to, co z nimi robisz.
Czulu, co znaczy 'wchodzić w formułę inaczej'? Masz na myśli tempo, intonację, czy coś bardziej... nie wiem, nastawienie?
To jest właściwie opisywane w niektórych tradycjach jako różnica między recytacją a modlitwą, chociaż te słowa są mylące po polsku. Recytacja to odtworzenie formy, modlitwa - choć może brzmieć tak samo na zewnątrz - zakłada obecność. Nie chodzi o słowa, chodzi o to, czy jesteś tam z tymi słowami.
Dobra, ale wracając do tego co Czulu powiedział wcześniej o zaskoczeniu własnym głosem przy improwizacji - jak to wygląda w praktyce? Bo mam wrażenie, że ja bym po prostu mówiła do siebie i nie wiedziała, czy to jeszcze rytuał, czy już po prostu gadanie.
Mara, myślę że właśnie ta granica jest kluczowa i jednocześnie bardzo trudna do opisania. W wróżbiarstwie mam podobny problem - kiedy interpretuję kartę spontanicznie, to nie zawsze wiem, czy to intuicja czy projekcja. I nie ma obiektywnego testu.
Mam w notatkach coś z tego okresu, kiedy próbowałem porównywać oba podejścia. Zaobserwowałem jedno: przy improwizacji znacznie częściej trafiałem na słowa, których wcześniej nie planowałem i które potem okazywały się trafne dla sytuacji. Przy formule tego nie ma, bo tekst jest z góry. To nie jest ocena na korzyść żadnego z nich, po prostu inaczej działają.
Zenek ma rację i to jest coś, o czym nie mówi się często - że improwizacja ma swój własny rodzaj niepowtarzalności, który jest akurat jej siłą. Formuła jest powtarzalna z założenia. Improwizacja jest jednorazowa z założenia. Próba zamiany jednego w drugie trochę psuje oba.
Przepraszam, że wchodzę, bo trochę się gubiłam wcześniej, ale chcę zapytać - jeśli formuła z czasem pustoszeje, to czy można ją jakoś 'odświeżyć', nie zmieniając tekstu? Słyszałam że niektórzy zmieniają czas wykonania albo dodają jakiś element fizyczny. Czy ktoś to robił?
Tutaj jest chyba coś ważnego dla całej dyskusji: może te dwa podejścia - formuła i improwizacja - odpowiadają różnym fazom w pracy. Formuła na wejście, kiedy budujesz nawyk i strukturę. Improwizacja kiedy ta struktura już jest i możesz ją wypełniać czymś żywym. Nie wiem czy ktoś to systematyzuje, ale intuicyjnie czuję, że tak to wygląda.
