Zaczęłam jakiś czas temu eksperymentować z pisaniem jako formą rytuału i szczerze nie spodziewałam się, że to w ogóle coś zmieni. Myślałam, że to bardziej taka terapeutyczna metoda niż coś, co ma realny wpływ na rzeczywistość. Ale po kilku miesiącach zauważam, że jest między tym a klasycznym rytuałem coś wspólnego - ta sama zasada: nazwanie intencji na głos (albo na papierze) nadaje jej jakiś kształt. Zaczynam myśleć, że sama czynność pisania - ten fizyczny ruch ręki, dobieranie słów - to nie jest tylko zapisywanie myśli, ale coś więcej. Jak gdyby słowo pisane miało inny ciężar niż wypowiedziane. Ktoś jeszcze bawił się w tym kierunku? Ciekawi mnie szczególnie to, czy ktoś robi to w związku z jakąś konkretną zmianą w swoim życiu - nie chodzi mi o wypisywanie życzeń na nów, ale o coś głębszego.
Ciekawe, bo to co opisujesz jest blisko tego, co różne tradycje nazywają różnymi słowami, ale mechanizm jest podobny. W grimoirach mieliśmy sigile, w kabale mamy zapis imion i słów mocy, w tradycjach rdzennych - pismo jako akt stworzenia. Mnie zawsze bardziej interesowało to, dlaczego pismo działa inaczej niż mówienie. I myślę, że chodzi właśnie o czas - kiedy mówisz, słowo znika w ułamku sekundy. Kiedy piszesz, ono zostaje. Materialnie. I to zostanie robi coś z umysłem, z ciałem, z przestrzenią wokół. Pytasz o transformacje - napisz mi więcej, bo transformacja transformacji nierówna. Inna jest sytuacja, kiedy chcesz zaznaczyć koniec czegoś, a inna, kiedy dopiero zaczynasz wchodzić w zmianę i nie wiesz jeszcze, co z niej wyjdzie.
Mam z tym swoje doświadczenia i różnie mi wychodziło. Przez długi czas prowadziłem dziennik snów i z czasem zacząłem to traktować jako rytuał sam w sobie - zapisywanie zaraz po przebudzeniu, zawsze tym samym piórem, zawsze w tym samym zeszycie. Nie wiem, czy to magia w klasycznym sensie, ale coś się w tym czasie zmieniło. Sny stały się bardziej... czytelne? Jakby zaczęły mi dawać więcej. Ale co mnie teraz bardziej ciekawi - Kinia05 wspomniała o transformacji i to jest dla mnie kluczowe pytanie: czy piszemy PODCZAS zmiany, czy ZAMIAST niej? Bo miałem okresy, kiedy dużo pisałem i nic się nie działo, bo pisanie było ucieczką od działania.
To z tym piórem a klawiaturą to mnie też zastanawia. Z tego co czytałam - w różnych badaniach (nie ezoterycznych, po prostu neurologicznych) pisanie ręczne angażuje inne obszary mózgu niż pisanie na klawiaturze. Może to ma związek z tym, że rytualne pismo ręczne ma tak długą historię, a nikt poważnie nie traktuje "rytuału na Wordzie". Ale wracając do transformacji - mam pytanie do Lurisk, bo wspomniał o końcu czegoś kontra wejście w zmianę. Jak wygląda to według ciebie, jeśli ktoś jest w środku tej zmiany i nawet nie bardzo wie, co się kończy? Czy wtedy pisanie może w ogóle być precyzyjne?
Wtrącę się, bo mam inne zdanie niż Lurisk w jednej kwestii. Nie jestem pewny, czy pismo zawsze "zostaje" w sensie magicznym przez to, że jest materialne. Znam tradycje, gdzie właśnie SPALENIE pisma jest częścią rytuału - i to właśnie ten ogień, to zniszczenie jest momentem przejścia. Zapis jest tylko fazą przygotowawczą. Więc pytanie, czy moc jest w samym akcie pisania, czy w tym, co z tym pismem zrobisz potem? Bo to by trochę zmieniało filozofię całego podejścia.
To spalanie mam głęboko zakorzenione, bo gdzieś przeczytałam dawno temu o praktykach związanych z japońskim Kuyō - to jest rytuał pożegnania z przedmiotami, ale stosuje się go też do słów, listów, pamiętników. Chodzi o to, żeby nie wyrzucić czegoś byle jak, tylko z szacunkiem oddać ogniowi. I tam nie chodzi o magię w zachodnim sensie, ale o ten moment przejścia właśnie. Ciekawe, że niezależnie od tradycji ten schemat się powtarza. Lurisk - wspomniałeś o tym, że rytuał ma być prawdziwy, a nie precyzyjny. Ale jak rozpoznać, że to jest prawdziwe, a nie tylko emocjonalne? Bo emocje podczas pisania mogą być bardzo intensywne i łatwo je pomylić z czymś głębszym.
Czytam ten wątek i mam mieszane uczucia. Nie dlatego, że uważam to za bzdury, ale dlatego, że mam wrażenie, że to, co tutaj opisujecie, to psychologia, nie magia. Pisanie aktywuje inne obszary mózgu, nadaje kształt myślom, tworzy dystans do emocji - to wszystko jest udokumentowane. Nie twierdzę, że to źle, ale czy nie dokładacie do tego ezoterycznej narracji trochę na wyrost? Pytam serio, nie złośliwie.
Mnie ta wymiana między Ballen a Czeremcha bardzo odpowiada, bo sama siedze gdzieś pośrodku. Z praktycznego punktu widzenia - robiłam coś takiego kilka lat temu przy zmianie pracy. Napisałam coś w rodzaju manifestu: co chcę zakończyć, co chcę zacząć, co jest dla mnie granicą. Nie paliłam, nie zakopywałam, po prostu zamknęłam zeszyt i schowałam. Po jakimś czasie znalazłam i byłam zaskoczona, jak dużo z tego rzeczywiście się zmieniło - ale nie wiem, ile z tego to było pisanie, a ile to, że sama w sobie coś już wtedy wiedziałam i potrzebowałam to zebrać. Kinia05 - masz wrażenie, że pisanie coś uruchamia, czy raczej porządkuje to, co już jest?
To co mówi Kinia05 o sygnaturze - to trochę jak z runami, prawda? Runa nie jest symbolem czegoś abstrakcyjnego, ona jest tym czymś. Tzn. w tradycji nordyckiej runa Tiwaz nie "oznacza" sprawiedliwości, ona jest sprawiedliwością w pewnym sensie. Zastanawiam się, czy pisanie intencji działa podobnie - czy słowo, które napiszesz, staje się tą intencją, a nie tylko jej opisem. To by tłumaczyło, czemu dobór słów ma takie znaczenie w rytuałach. Teodozja.2 - ty pracujesz z runami, jak to wygląda u ciebie w kontekście pisania?
To co Teodozja.2 mówi o rytmie pisania - to jest coś, co mnie wcześniej nie przyszło do głowy, ale teraz jak o tym myślę, to mam to samo. Krótkie, urwane zdania w momentach chaosu, długie i przepływające, kiedy coś się stabilizuje. Może to nie jest kwestia wyboru - może ciało samo dostosowuje rytm pisania do stanu, w którym jest. A jeśli tak, to można to odwrócić: celowo pisać długimi, spokojnymi zdaniami wtedy, kiedy jest chaos, żeby zmienić stan? Trochę jak regulacja oddechu.
Przepraszam, że się wtrącam, bo właśnie natknęłam sie na ten wątek i mam pytanie może trochę z boku. Mówicie o pisaniu jako rytuale przy transformacji - ale czy to musi być rytuał zaplanowany? Pytam, bo sama czasem piszę chaotycznie, nie jako rytuał, i potem sie zastanwiam, czy to też coś robi, czy musi być jakaś intencja z góry. Bo jak słucham was, to mam wrażenie, że liczy się jednak ta świadomość momentu.
To zdanie "pod dyktando" - to jest coś, co pojawia się w opisach automatycznego pisma, ale też w praktykach, które nie mają nic wspólnego z channellingiem. W pewnych technikach twórczego pisania chodzi właśnie o osiągnięcie tego stanu, gdzie krytyczny umysł schodzi na bok. Julia Cameron w "Artystycznej drodze" pisze o porannych stronach właśnie jako o metodzie ominięcia wewnętrznego cenzora. Pytanie, czy to jest zawsze to samo, czy czasem jest to coś innego.
To co Kasandra77 mówi o automatycznym piśmie - chcę dopytać, bo to nie jest to samo co rytualne pisanie transformacji, prawda? Automatyczne pismo to odbiór, a pisanie jako akt ogłoszenia zmiany to nadawanie. Przynajmniej tak to rozumiem. Albo się mylę?
To pytanie Ballena mnie zatrzymuje. Wcześniej myślałam o tym linearnie - najpierw wiem, co chcę ogłosić, potem to piszę. Ale coraz bardziej mi się wydaje, że samo pisanie odkrywa intencję, nie tylko ją wyraża. Czy to w ogóle ma sens jako opis rytuału transformacji?
Ma sens jako opis procesu psychologicznego na pewno. Ale właśnie wracam do mojej wcześniejszej wątpliwości - jeśli pisanie odkrywa intencję, a nie ją realizuje, to gdzie jest magia? To brzmi bardziej jak Socrates i maieutyka niż jak zaklęcie. Chociaż może to jedno i to samo, nie wiem.
Rgielka zadaje bardzo konkretne pytanie i chyba ma rację, że gotowość to nie jest coś, co sprawdzamy z góry. Ale zastanawiam się, czy w tym co opisujesz nie było jednak jakiegoś sygnału wcześniej - może nie świadomego, ale coś co sprawiło, że właśnie wtedy usiadłaś i zaczęłaś pisać? Chaos pisania nie musi być przypadkowy.
Wracam do wątku transformacji i pisania, bo chcę dodać coś praktycznego. Przy dużych zmianach próbowałam czegoś, co gdzieś widziałam jako "pismo progowe" - piszesz list z perspektywy osoby, którą już jesteś po zmianie, skierowany do osoby, którą jesteś teraz. Nie afirmacja, nie lista życzeń, ale konkretny list. Zmiana perspektywy czasowej robi coś dziwnego z myśleniem o sobie.
Mam pytanie do Teodozja.2, bo sama chciałam coś podobnego spróbować. Czy ten list piszesz raz, czy wracasz do niego? I czy go potem trzymasz, czy niszczysz? Bo przy tym co mówił wcześniej Ballen o spalaniu - zastanawiam się, czy list z przyszłości powinien zostać, żeby "zakotwiczył" zmianę, czy może właśnie powinien zniknąć.
Teodozja.2, to jest właśnie ta różnica, o której wcześniej mówiłem. List, który istnieje i działa przez samo istnienie - to inna logika niż list spalony, który działa przez zniknięcie. Oba są spójne wewnętrznie, tylko zakładają inne rozumienie tego, gdzie jest moc pisma. W jednym przypadku w materiale, w drugim w akcie.
I to jest może najlepszy opis tego, co próbuję robić od początku tego wątku. Pisanie jako akt, nie jako produkt. Ale też - po tym co mówi Teodozja.2 - nie wiem, czy to jest tak czyste. Może akt i produkt są ze sobą splecione i nie da się ich rozdzielić w praktyce. Piszę, żeby ogłosić zmianę, ale to co piszę też potem gdzieś jest i coś robi.
Słucham tej rozmowy o mocy w relacji i mam poczucie, że to trochę ucieczka od pytania. Bo "relacja między piszącym a tekstem" to można powiedzieć o każdej książce, każdym dzienniku. Co sprawia, że rytualne pisanie transformacji jest czymś innym niż po prostu pisanie z emocjami?
Czeremcha zadaje właściwe pytanie. Ja też długo miałem ten problem - rozróżnienie między "pisaniem z emocjami" a "pisaniem jako rytuałem". Dla mnie zaczęło się klarować, kiedy przestałem pytać co piszę, a zacząłem pytać kiedy piszę. Pora, otoczenie, stan. Nie dlatego że to jakaś magiczna godzina, tylko że te warunki tworzą inną jakość skupienia. Ale nie wiem, czy to jest argumentem dla kogoś, kto szuka ostrej granicy.
Ta różnica, którą Teodozja.2 opisuje - zaplanowane kontra nagłe - to jest coś, z czym się teraz zmagam. Bo mam wrażenie, że przy transformacjach, które są nagłe z natury, planowanie ramy może wręcz działać przeciwko procesowi. Jakbyś próbowała ceremoniał dopasować do czegoś, co już się dzieje. Chociaż nie wiem, może właśnie wtedy rama jest potrzebna żeby nie zgubić się w tym co się dzieje.
Kinia05 dotknęła czegoś, nad czym myślę od jakiegoś czasu. Przy transformacjach, które przychodzą z zewnątrz - coś się wydarzyło, coś się skończyło, coś się zaczęło bez twojego wyboru - pisanie może działać inaczej niż przy tych, które inicjujesz sam. W pierwszym przypadku może nie chodzi o ogłoszenie zmiany, tylko o jej przyjęcie do wiadomości na papierze. I to jest może osobny rytuał.
Wchodzę w wątek trochę z boku, bo śledziłem od jakiegoś czasu. To co Kasandra77 mówi o podmiocie i ta kwestia Dominisi o magii chaosu - to się łączy z czymś, o czym czytałem u Carrolla, że sigilem nie jest rysunek ani słowo, tylko zmiana w systemie przekonań piszącego. Jeśli tak, to pisanie transformacji jest może zawsze pracą z siglem, tylko niekoniecznie graficznym.
Malwinka trafia w coś, co mnie też zawsze zastanawia w tym podejściu. Może to są po prostu dwa różne modele działania i jeden nie wyklucza drugiego - zależy od tego, co chcesz przepracować. Zapominanie działa przy intencjach, gdzie twój ego-opór jest problemem. Trwanie działa przy transformacjach, gdzie potrzebujesz zakotwiczenia. Nie każda zmiana jest tym samym rodzajem zmiany.
Słucham tej rozmowy o sigilu i trwaniu i mam wrażenie że my cały czas próbujemy to kategoryzować, a może nie każdy rytuał da się wrzucić w jeden model. Pisałam coś co działało i nie wiem dlaczego działało. Może właśnie dlatego, że nie wiedziałam że pisuję "według jakiegoś systemu".
