Bo wracając do tego, co Indaphoros napisał na końcu - ten ruch od improwizacji z powrotem do formuły po latach - to mnie faktycznie zastanawia. Czy to jest coś w rodzaju zamknięcia koła, czy raczej inny rodzaj potrzeby, który pojawia się w innym momencie życia? Pytam, bo sama miałam taki etap, że formuła mnie dusiła i musiałam z niej wyjść, ale nie wiem, czy kiedyś do niej wrócę z własnej woli.
Przepraszam, że przerwę, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o powrocie do formuły jakby to było coś naturalnego, ale ja mam problem już na etapie wyjścia z niej. Jak w ogóle rozpoznać, że formuła przestała działać? Bo może po prostu za mało ją stosuję?
Ale jest jeszcze jedna opcja, której nikt tu nie wymienił - że formuła działa, tylko ty nie czujesz że działa. Efekty są, ale nie ma subiektywnego poczucia 'zaangażowania'. Przez długi czas myślałem, że moje narzędzia przestają działać, a potem patrzyłem na notatki i widziałem że coś się jednak wydarzało. To mnie nauczyło ostrożności w ocenianiu.
To jest trochę jak z placebo - skoro nie możesz odróżnić, to skąd wiadomo że cokolwiek poza efektem psychologicznym się tu dzieje? Pytam szczerze, bo mnie to naprawdę zastanawia. Nie próbuję podważać.
Genek, to pytanie pojawia się tu regularnie i zawsze prowadzi do tego samego miejsca: nie ma metody weryfikacji, która zadowoliłaby kogoś spoza tej praktyki. Ale w kontekście tej rozmowy to nie jest kluczowe. Niezależnie od mechanizmu, oba podejścia - formuła i improwizacja - mają inne właściwości psychologiczne, inne rytmy. To jest obserwowalne bez rozstrzygania czegokolwiek o tym, co 'naprawdę' się dzieje.
Właśnie, i to mnie zastanawia bardziej niż kwestia skuteczności. Mówicie cały czas o tym, że formuła kiedyś 'pustoszeje' - czy to znaczy, że słowa same w sobie nic nie mają, tylko jest to kwestia twojego stanu? Bo jeśli tak, to improwizacja jest po prostu świeżym stanem, nie świeższymi słowami.
Dobra, a czy ktoś może mi wytłumaczyć jak to jest z tą kavanah w praktyce - czy to jest coś co ćwiczysz osobno, czy ona pojawia się sama kiedy masz dobry kontakt z formułą? Bo ja za każdym razem kiedy próbuję coś 'intendować' czuję się trochę sztucznie.
I tu wracamy do tego, co Czulu mówił o wchodzeniu w formułę inaczej. Nawyk nie musi być pusty - możesz wejść w tę samą formułę ze świadomością, że dziś nie masz konkretnego celu i to też jest coś. To też jest stan, który możesz przynieść. Ale rozumiem, że to brzmi abstrakcyjnie jeśli dopiero zaczynasz.
Mam inne pytanie do tego co Vladi powiedział o systemach wedyjskich - jeśli dokładna wymowa jest kluczowa, to czy improwizacja jest w ogóle możliwa w tych tradycjach? Czy to jest zamknięty system, gdzie każde odejście od formuły jest błędem?
Dobra, to teraz jestem jeszcze bardziej zdezorientowana niż na początku. Powiedzcie mi wprost: jeśli chcę zacząć i nie mam żadnej konkretnej tradycji za sobą, to czy lepiej szukać gotowej formuły i się jej trzymać, czy po prostu mówić co czuję?
Dobra, czyli rozumiem że nie ma złej kolejności, ale jednak jest jakaś logika w tym że jedni szukają struktury a drudzy improwizacji. Tylko zastanawiam się - jak długo trwa zanim się zorientujesz, że jesteś w tym pierwszym lub drugim obozie? Bo może ktoś przez rok improwizuje i w ogóle mu nie przychodzi do głowy że czegoś mu brakuje.
U mnie trwało to jakieś dwa lata. Improwizowałam, czułam że coś się dzieje, byłam z siebie zadowolona. A potem natrafiłam na konkretny tekst w starej tradycji i poczułam różnicę natychmiast. Nie dlatego że formuła była lepsza, tylko dlatego że zobaczyłam że moje improwizacje były... płytkie w porównaniu z tym co ktoś przez wieki wypracowywał. Ale to mogło być też moje ego, które pomyślało że teraz robi coś 'prawdziwego'.
To poczucie winy przy odchodzeniu od formuły to jest coś co widzę u wielu osób i myślę że ma konkretne źródło. Większość tradycji które używają stałych formuł, przekazuje je razem z przekonaniem że dokładność jest warunkiem skuteczności. To nie jest neutralna informacja techniczna - to jest też element dyscyplinujący. Stąd ten dyskomfort.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że mówicie o dwóch różnych rzeczach naraz. Raz o tym czy improwizacja jest skuteczna, a raz o tym czy jest uczciwa wobec tradycji. To nie jest to samo pytanie.
Mistralka trafia w coś ważnego. Skuteczność i ortodoksja to są różne kryteria i warto je rozdzielić, bo mieszanie ich w jednej dyskusji powoduje że rozmawiamy obok siebie. Możesz improwizować bardzo skutecznie i jednocześnie robić coś co konkretna tradycja uznałaby za błąd. I możesz idealnie odtwarzać formułę i nie uzyskiwać niczego.
Ale to prowadzi do mojego wcześniejszego pytania tylko z innej strony - jeśli skuteczność jest oddzielna od tradycji, to co właściwie mierzy skuteczność? Bo nie możemy powiedzieć że zadziałało tylko dlatego że coś się potem wydarzyło.
Wracając do tego co Mistralka powiedziała - jeśli oddzielimy skuteczność od tradycji, to dla kogoś kto nie ma żadnej tradycji za sobą, jak ja, kryterium skuteczności jest właściwie jedynym kryterium. I wtedy pytanie o improwizację vs formułę staje się czysto praktyczne: co daje lepszy efekt dla mnie, w moich warunkach.
To jest dobra uwaga i właściwie to jest jeden z argumentów za tym żeby próbować obu podejść, zamiast zaczynać od jednego i nigdy nie sprawdzać drugiego. Nie mówię że trzeba się przerzucać co tydzień, ale świadome porównanie przez dłuższy czas jest bardziej informatywne niż lojalność wobec pierwszego sposobu który się poznało.
A jak długo trwa taki uczciwy test? Bo mam wrażenie że za każdym razem jak próbuję czegoś nowego, to albo daję za mało czasu i mówię że nie działa, albo daję za dużo i wchodzę w nawyk zanim zdążę ocenić.
To znaczy że właściwie przez pierwsze tygodnie każda metoda będzie wyglądać inaczej po prostu dlatego że jest nowa? I dopiero później można zobaczyć co naprawdę daje? To brzmi jakby testowanie czegokolwiek było wyjątkowo trudne.
Ale to strasznie długo. Znaczy, rozumiem logikę, ale to oznacza że żeby uczciwie porównać dwie metody, potrzebujesz kilka miesięcy dla każdej z nich? Kto tak robi?
A może to jest właśnie argument za tym, żeby nie traktować tego jak eksperyment laboratoryjny? Życie się zmienia, ty się zmieniasz, i metoda która działa teraz może nie działać za pół roku niekoniecznie dlatego że jest gorsza, ale dlatego że ty jesteś inny.
Nastie dotyka czegoś co jest dla mnie jednym z centralnych problemów przy porównywaniu formuły i improwizacji. Formuła jest stała, ty jesteś zmienny. Improwizacja jest zmienna razem z tobą. Nie wiem czy to czyni ją lepszą, ale sprawia że pytanie 'która jest skuteczniejsza' jest trudniejsze niż wygląda.
I tu właśnie widzę różnicę w podejściu. Część tradycji celowo używa stałych formuł właśnie dlatego że ty jesteś zmienny - żeby wprowadzić element stały, coś co nie zależy od twojego aktualnego stanu. Shinto na przykład, norito to nie jest tekst do adaptacji, to jest tekst który ma swój własny ciężar niezależnie od tego kto go wypowiada.
Kotodama to ciekawe porównanie bo Kabała ma podobnie z literami i dźwiękami hebrajskimi - litery nie są arbitralnymi znakami, mają własną naturę. Ale też nie ma tam prostego 'powiedz i zadziała', jest bardzo dużo pracy z rozumieniem co się wypowiada. Więc nawet w tradycjach gdzie dźwięk ma znaczenie, samo dźwięczenie nie wystarczy.
Słucham tego i zaczynam się zastanawiać czy w ogóle to co robiłam można nazwać zaklęciem. Bo ja po prostu mówiłam na głos czego chcę, własnymi słowami, bez żadnego systemu za tym. Brzmi to teraz trochę jak życzenia a nie rytuał.
Lyra, granica między życzeniem a zaklęciem jest mniej wyraźna niż by się wydawało. Część badaczy religii - Malinowski pisał o tym przy okazji malinezyjskich rytuałów - mówi że magia zaczyna się tam gdzie język normalny przestaje wystarczać. Nie chodzi o formułę, chodzi o funkcję. Jeśli mówisz to z inną jakością skupienia niż zwykłe myślenie życzeniowe, granica już jest.
