Siedziałem ostatnio nad pewnym rytuałem i złapałem się na tym, że zamiast recytować formułę, którą znam na pamięć, zacząłem mówić własnym językiem. I co ciekawe - coś w tym było. Jakiś większy ładunek. Ale to mnie skłoniło do pytania, które ciągnie się za mną od jakiegoś czasu: czy w zaklęciach słownych forma naprawdę ma znaczenie, czy liczy się tylko to, co za nią stoi? Bo z jednej strony jest cała tradycja oparta na konkretnych formułach - gealdor w staroangielskiej magii, galdr w nordyckiej, khamsa w arabskiej, gdzie dobór słów i ich brzmienie były równie istotne co intencja. Z drugiej - słyszałem od kilku praktykujących, że improwizacja daje im coś, czego wyuczone teksty nie dają. Ciekawe, czy ktoś świadomie pracował z oboma podejściami i ma jakieś porównanie z własnej praktyki.
Ja osobiście nigdy nie traktowałem nauczonych formuł jako czegoś świętego. Uczę się ich głównie po to, żeby zrozumieć logikę i rytm za nimi stojący - a potem i tak schodzę na własny język. Przy gealdorze to ma sens, bo tam sama fonologia staroangielska robi robotę - to nie jest kwestia wiary w słowa, tylko w to, że pewne sekwencje dźwiękowe mają fizyczny wpływ na ciało i skupienie. Ale jak ktoś nie obrabia tego latami, to recytowanie z pamięci czegoś w języku, którego nie rozumie, jest według mnie grą pozorów. Bardziej teatrem niż praktyką. Co nie znaczy, że formuły są złe - są dobre jako punkt wyjścia, ale jeśli po kilku latach nadal czytasz z kartki, to może warto się zastanowić, co tak naprawdę robisz.
Hej, a możecie powiedzieć na czym w ogóle polega ta różnica w praktyce? Bo ja jak próbuję mówić własnym językiem, to czuję się jak idiota i zaczynam się śmiać. Natomiast jak mam jakiś tekst - nawet nie rozumiem połowy słów - to jakoś łatwiej mi wejść w nastrój. Czy to znaczy, że jestem złą praktykującą czy to normalne?
Mam notatki z jakichś trzech lat, gdzie porównywałem te dwa podejścia mniej więcej systematycznie. I jedno co mogę powiedzieć z pewnym przekonaniem: nie ma reguły. Zdarzyło mi się, że improwizowana formuła zadziałała lepiej w sytuacjach emocjonalnie naładowanych, gdzie formułę po prostu czułem od środka. Natomiast przy spokojniejszych, regularnych rytuałach wyuczony tekst był dla mnie bardziej stabilizujący - jak kotwica, żeby nie odpłynąć myślami. Więc może to nie jest pytanie 'co jest lepsze', tylko 'co lepiej służy w danym kontekście'?
przeważnie patrzyłem na to, czy osiągałem zamierzony stan skupienia i czy to, co planowałem zamanifestować, miało jakikolwiek ruch w ciągu kilku tygodni. Nie żebym twierdził, że to niezawodna metoda pomiaru. Po prostu tyle ile byłem w stanie zapisać. Ale masz rację, że to miękkie dane.
Słucham tej rozmowy i mam inne pytanie do wszystkich: czy ktoś z was brał pod uwagę to, że w tradycjach, gdzie formuły były naprawdę ważne - jak w kabale czy w egipskich tekstach z Księgi Umarłych - chodziło często o coś innego niż samo wypowiedzenie słów? Tam słowo miało wymiar twórczy, bo odwzorowywało akt stworzenia. Nie recytowało się zaklęcia, żeby uruchomić jakiś mechanizm - recytowało się je, żeby samemu stać się czymś innym w trakcie wypowiadania. To zupełnie inny model niż ten, o którym tu rozmawiamy.
To co Kabalistka napisała jest ważne. W tradycji joruba, w praktykach z oriki, też nie chodzi o to, że słowa 'robią coś' same w sobie. Oriki to pieśni pochwalne, które przywołują tożsamość - bóstwa, przodka, człowieka. Możesz je znać na pamięć i one nadal nic nie zrobią, jeśli nie ma w tobie tego wewnętrznego przywołania. A można to poczuć równie dobrze własnymi słowami. Więc może cały podział formuła/improwizacja jest trochę fałszywy?
Przepraszam, że się wtrącam bo generalnie bardziej siedzę w tematach paranormalnych, ale to co piszecie bardzo mnie wciąga. Mam pytanie z zupełnie innej beczki: czy jak ktoś mówi własnymi słowami i np. nie trafia w to 'przywołanie' o którym pisze Mistralka - to co się wtedy dzieje? Nic? Czy może coś pójść nie tak?
A jak to jest z tym rytmem? Bo jak słucham starych formuł, to mają taki rytm, że prawie można by je śpiewać. Czy improwizacja może to odtworzyć, czy to zawsze będzie bełkot bez struktury?
Mam wrażenie, że w tej rozmowie trochę mieszamy dwa pytania. Jedno to: czy improwizacja jest skuteczna. Drugie to: czy jest równoważna tradycyjnej formule pod względem struktury i tradycji. To są zupełnie różne pytania i można na nie odpowiedzieć inaczej. Ja mogę improwizować coś, co dla mnie działa świetnie, i jednocześnie nie twierdzić, że zrobiłem to samo co ktoś, kto spędził lata z konkretną tradycją.
Wchodzę tu bo temat mnie zatrzymał. Pracuję głównie z tradycją słowiańską i tam sprawa jest o tyle specyficzna, że większość znanych zaговоров - czyli mniej więcej naszych zaklinań - przetrwała w formie zapisanej dopiero w XIX wieku, więc już po ogromnych transformacjach. Nie wiemy jak brzmiały wcześniej. Praktykujący w tej tradycji siłą rzeczy albo rekonstruują, albo improwizują na podstawie wzorców. I jakoś nikt tam nie płacze, że to nieautentyczne. Więc może cały problem 'nauczony tekst vs improwizacja' jest problemem zachodnioeuropejskim, gdzie mamy dużo zapisanych źródeł i traktujemy je jak świętość?
Ja zawsze działałam przez skrypty, bo tak mnie uczono i byłam przekonana, że inaczej się nie da. Ostatnio pierwszy raz spróbowałam powiedzieć coś od siebie podczas rytuału i mnie samą zaskoczyło, co z siebie wyciągnęłam. Ale mam pytanie do tych, co pracują bez formuł od dawna: czy macie jakiś stały element, który się powtarza, czy naprawdę za każdym razem jest inaczej?
Nie jestem ekspertem od magii, bardziej siedzę w runach, ale to co opisuje Indaphoros brzmi trochę jak to, co Tolkien pisał o językach tworzonych dla mitologii - że język stworzony z prawdziwą intencją ma jakość, której nie ma przypadkowy ciąg słów. Może to głupie porównanie, ale nie mogłem się powstrzymać.
To pytanie o autorstwo, które Czulu rzucił na koniec, jest dla mnie kluczowe w całej tej dyskusji. Bo w tradycjach, które znam, nie chodzi o to, żebyś ty był autorem słów - chodzi o to, żebyś był ich nośnikiem. To ogromna różnica. Kiedy w praktykach afrykańskich mówisz oriki, nie jesteś twórcą - jesteś głosem linii. Ale żeby być tym głosem, musisz rozumieć, co nosisz. I tu improwizacja pada, jeśli nie masz tego rozumienia za sobą.
To co Mistralka mówi o byciu 'nośnikiem' zamiast 'autorem' - to mi pasuje do czegoś, co sam obserwuję. Kiedy improwizuję i jest dobrze, to mam wrażenie, że te słowa nie są 'moje' w sensie własności. Jakby wychodziły z innego miejsca niż codzienne gadanie. Ale nie wiem, jak to odróżnić od zwykłego stanu flow, który mózg produkuje przy każdej kreatywnej czynności.
to jest dobre pytanie, bo to samo mam przy runach - czasem jak losuję i 'wiem' co to znaczy zanim sprawdzę, to nie wiem, czy to intuicja, wzorzec wyuczony, czy coś innego. Jak wy w ogóle odróżniacie jedno od drugiego w praktyce?
Nie wiem, czy da się to jednoznacznie odróżnić i szczerze - nie jestem przekonana, że trzeba. Ale jest jedna rzecz, którą zauważyłam: kiedy jestem w tym miejscu, które Czulu opisuje, słowa mają inną teksturę. Trochę jak różnica między mówieniem a słyszeniem siebie jak przez ścianę. Nie wiem, czy to magiczne, może czysto neuropsychologiczne, ale sygnał jest powtarzalny.
Hej, ja mam zupełnie przyziemne pytanie po tym wszystkim co czytam: czy ktoś próbował nagrywać swoje improwizowane formuły i potem ich słuchać? Bo zastanawiam się, czy cokolwiek by z tego wynikło - czy brzmi to jakoś inaczej niż zwykłe mówienie do siebie.
Nagrywanie ma sens metodologicznie, ale dorzucę tu problem: w rosyjskich zaговорach XIX-wiecznych zbieraczach, jak Afanasiew czy Efimenko, jest masa wariantów tych samych formuł zebranych od różnych wykonawców. I kiedy je porównujesz, widać, że każdy 'nośnik' trochę je modyfikował - i nikt nie traktował tego jako błąd. Modyfikacja była częścią przekazu. Więc może granica między formułą a improwizacją jest mniej ostra niż myślimy.
Słuchajcie, wiem że to może głupie pytanie z mojej strony, ale czy ten 'rdzeń' o którym mówi Indaphoros - to nie jest po prostu skojarzenie warunkowe? Jak pies Pawłowa, tylko że zamiast dzwonka masz konkretny dźwięk i twój mózg wchodzi w tryb? Pytam serio, nie ironicznie.
Lyra, to nie jest głupie pytanie, to jest jedno z kilku możliwych wyjaśnień. I żadne z nich nie jest wykluczone przez inne. Warunkowanie Pawłowskie może działać równolegle z czymkolwiek innym, co się dzieje podczas rytuału. Te poziomy nie muszą się wykluczać.
Czytam tę dyskusję od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie: czy ktoś z was zaczął od improwizacji i dopiero potem nauczył się formuł, czy raczej odwrotnie? Bo mam wrażenie, że wszyscy mówią o przejściu od formuł do improwizacji jako naturalnym kierunku, a zastanawiam się czy da się też w drugą stronę.
A mnie nurtuje co innego - czy jak ktoś uczy się tradycyjnej formuły, to powinien wiedzieć skąd pochodzi i jakie ma tło? Bo ja się uczyłam pewnych rzeczy bez tego kontekstu i teraz jak go poznaję, to rozumiem zupełnie inne warstwy tych słów. Czy bez tego kontekstu formuła w ogóle działa?
Hej, ale wracając trochę do początku - bo mam wrażenie, że gubimy oryginalny temat. Czy ktoś z was wie, jak ktoś powinien zacząć eksperymentować z improwizacją jeśli wcześniej pracował tylko ze skryptami? Czy po prostu wchodzi się w to na zimno, czy jest jakaś droga pośrednia?
To co Indaphoros opisuje - ta elastyczna przestrzeń w środku stałej ramy - jest właściwie tym, co widzimy w jamach Rig Vedy. Podstawowa struktura pieśni była ustalona, ale wedyjski kanta miał pewną wolność w środkowej części. To nie był błąd, to była wbudowana przestrzeń na oddech. Ciekawe, że podobna logika pojawia się w tak różnych tradycjach.
To co Czulu napisał o Rig Vedzie - że ta wolność w środku była wbudowana, nie przypadkowa - to mnie zatrzymało. Czyli twórcy tych tradycji wiedzieli, że sztywne zamrożenie całości nie działa długoterminowo? Albo rozumieli, że wykonawca musi mieć jakiś własny wkład, żeby to żyło?
Zaraz, zaraz - 'żywa transmisja' to znaczy co dokładnie? Że musisz się uczyć od kogoś żywego, nie z książki? Bo większość z nas chyba nie ma dostępu do żadnego mistrza ani tradycji, która by tego uczyła.
