Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co mnie trochę kręci od jakiegoś czasu. Mam w rodzinie tradycję odmawiania pewnych formuł przy konkretnych okazjach - babcia robiła to, mama robiła to, ja robię to. Problem polega na tym, że kiedy próbuję do tego dodać wizualizację, bo tyle się o niej mówi w kontekście magii intencyjnej, to... po prostu nic nie widzę. Dosłownie. Zamykam oczy i mam czarny ekran. Poczytałam trochę i okazało się, że to ma nazwę - aphantasia. Część ludzi w ogóle nie ma wyobraźni wzrokowej albo ma ją bardzo słabą. I teraz siedzę z tym pytaniem: czy cała ta warstwa wizualna, którą dodaję do rytułałów bo 'tak trzeba', w ogóle ma sens w moim przypadku? Babcia nigdy o żadnej wizualizacji nie mówiła. Ona po prostu robiła swoje i tyle. Czy ktoś pracuje z magią bez tej wzrokowej warstwy albo w ogóle ma podobny problem?
To ciekawe, bo nigdy nie pomyślałem, że ktoś może mieć z tym realny problem fizjologiczny, a nie po prostu brak skupienia. Ta aphantasia to coś, o czym w kręgach ezoteyrcznych praktycznie się nie mówi, a może powinno. Ale mam pytanie do Ciebie - kiedy pracujesz z tymi rodzinnymi formułami bez próby wizualizacji, czujesz jakiś brak? Czy to jest tak, że czujesz, że coś nie działa, czy raczej niepokój, że 'powinnaś' to robić bo tak piszą w książkach?
To napięcie, o którym piszesz, jest bardzo konkretne i moim zdaniem wynika ze specyfiki tego, skąd pochodzi znaczna część współczesnej literatury magicznej. Duży wpływ na ustandaryzowanie wizualizacji miał New Thought z końca XIX wieku i późniejszy okultyzm ceremonialny, gdzie bardzo mocno opierano się na wzrokowym konstruowaniu scen. Hermetics, Golden Dawn, potem chaos magick - to wszystko środowiska, w których wizualizacja stała się czymś w rodzaju domyślnego protokołu. Ale tradycje ludowe, w tym większość słowiańskich praktyk, w ogóle nie operowały tym językiem. Tam liczyło się słowo, gest, materiał, czas. Żadnej wewnętrznej kinematografii. Czy wiesz, z jakiego regionu pochodzi tradycja twojej babci? To może mieć znaczenie.
Wtrącę się, bo to mnie zaintresiowało pod kątem, który trochę odbiega od wątku, ale chyba nie za bardzo. Ta aphantasia - ile osób tak naprawdę ją ma? Bo zastanawiam się, czy nie jest tak, że część ludzi, którzy mówią 'nie mogę wizualizować', po prostu nie wie, czego szukać. To znaczy - czy oni naprawdę nie widzą obrazów, czy widzą je, ale nie tak plastycznie jak oczekują po przeczytaniu opisów? Sam mam coś, co nazwałbym 'mgłą' zamiast obrazów - jest jakiś zarys, ale bez detali. I przez lata myślałem, że to nie działa, bo miałem w głowie model hollywoodzki - pełen HD.
Przepraszam, że wejdę z pytaniem dosyć podstawowym, ale co to w ogóle zmienia w praktycznym sensie? Rozumiem, że wizualizacja to jeden ze 'sposobów na skupienie', ale czy nie można po prostu skupić się na samym sensie słów albo na tym fizycznym geście, który opisujesz? Pytam serio, bo nie siedzę w tematach magii i nie wiem, czy wizualizacja to jakiś niezbędny element, czy bardziej taki pomocniczy.
To co mówi Krysztal ma sens, ale mam wrażenie, że Wierzbina dotknęła czegoś jeszcze głębszego niż tylko techniczny problem z wizualizacją. Dziedziczone praktyki mają swój własny rodzaj ciągłości - babcia nie uczyła ich z podręcznika, więc i nie ma w nich tych podręcznikowych wymagań. To mnie trochę przypomina debaty o memoryzacji w tarociee - część tradycji mówi, żebyś znał na pamięć każde znaczenie, inna mówi, żebyś tylko patrzył na kartę i reagował. Jedno i drugie działa, bo opiera się na innym mechaniźmie. Wierzbina - czy byłaś kiedyś w sytuacji, gdzie próbowałaś tę praktykę przekazać dalej? Albo wytłumaczyć komuś, jak to robić?
Coś ty powiedziała - 'z ciała, bez myślenia'. To jest to, o co mi chodzi kiedy patrzę na karty i ludzie mnie pytają jak to robię. Nie wiem jak to robię, po prostu patrzę i jest. Próbowałam kiedyś pisac poradnik dla znajomej i po trzech stronach zrezygnowałam bo to nie miało sensu. Ale wracając do aphantazji - mam pytanie do tych co ją mają: jak to jest z marzeniami sennymi? Też nie ma obrazów, czy sen to inna sprawa?
Przepraszam że się wtrącam, bo nie do końca rozumiem - jak ktoś nie widzi obrazów w głowie, to jak w ogóle myśli? Tzn. jak planuje coś, wyobraża sobie jutro albo przypomina sobie twarz znajomej osoby? To musi być jakoś inaczej, ale jak?
Słucham tej rozmowy od chwili i mam takie skojarzenie z afirmacjami. Zawsze mi mówiono, że afirmacja działa lepiej, kiedy 'czujesz' ją jako prawdziwą, widzisz efekt w głowie itp. A u mnie działa zupełnie inaczej - kiedy powtarzam coś rytmicznie, prawie mechanicznie, bez wyobrażania, to po jakimś czasie coś się przesuwa. Nie wiem co, ale coś. Może jest jakiś inny mechanizm niż wizualny, który robi to samo co ta wizualizacja u innych?
Ale czy to nie jest trochę tak, że skoro coś robiło się zawsze w pewien sposób, to może warto spróbować zrozumieć dlaczego, a nie tylko ślepo naśladować? Nie mówię, że trzeba dodawać wizualizację na siłę, ale może jest jakiś powód, dla którego babcia robiła to właśnie tak, i warto by go odkryć? Wierzbina - pytałaś ją kiedyś, po co ten dotyk, po co ta intonacja? Czy to było wytłumaczone, czy po prostu 'tak się robi'?
To jest chyba najważniejsze zdanie w tym wątku. Ta zamiana pytania - z 'czego mi brakuje' na 'co już mam i jak to działa' - to jest fundamentalna różnica w podejściu do każdej tradycji. I to mnie prowadzi do kolejnego: jeżeli aphantasia jest u ciebie stała i fizjologiczna, to babcia albo też ją miała i tradycja organicznie się do tego dostosowała, albo miała wyobraźnię wzrokową, ale i tak jej nie używała. W obydwu przypadkach ta tradycja jest sprawdzona bez wizualizacji. To jest chyba wystarczające uzasadnienie.
Wróćmy na chwilę do tego, co Wierzbina mówiła o rytmie i intonacji. Bo mam wrażenie, że tam jest klucz do czegoś, o czym tu jeszcze nie rozmawialiśmy bezpośrednio. Rytm to nie jest tylko kwestia estetyki - badania nad recytacją rytmiczną pokazują, że synchronizuje ona aktywność neuronalną inaczej niż mowa swobodna. To nie magia w cudzysłowie, to fizjologia. Więc może babcia nie wizualizowała, bo nie musiała - rytm robił coś innego.
Halny właśnie coś co mnie zastanawiało od długiego czasu nazwał. U mnie przy kartach jest podobnie - kiedy mieszam, to jest jakiś rytm w ruchach rąk i to jest ważniejsze niż to co sobie myślę. Mam wrażenie że kiedy mieszam 'przez myślenie', karty mi coś ukrywają 🙂
To co Kazia i Emilian opisują - to chyba jest właśnie różnica między procesem intencjonalnym a czymś, co działa poniżej progu świadomej uwagi. Nie wiem czy to właściwa terminologia, ale jest coś takiego jak nadmiar świadomej kontroli, który przeszkadza. Sportowcy to znają jako 'paralysis by analysis' - zbyt dużo myślenia psuje automatyzm.
Ja właśnie jestem tym 'kimś z książki' i szczerze mówiąc to jest frustrujące. Wszystko opisane krok po kroku, a i tak mam wrażenie że czegoś nie łapię. Może to jest właśnie ta różnica między opisem a przekazem?
Ale jak niby ta droga wygląda bez mistrza? Próbowałam czytać różne rzeczy i za każdym razem mam poczucie że brakuje mi jakiegoś kawałka, który jest oczywisty dla kogoś z doświadczeniem.
Wracając do wątku tytułowego - mamy tutaj dwie różne rzeczy, które trochę się pozlepiały. Jedno to aphantasia i praca bez obrazów mentalnych. Drugie to dziedziczone praktyki i pytanie o balans między szacunkiem dla tradycji a własnym rozumieniem. Wierzbina, czy dla ciebie te dwa problemy są w ogóle od siebie oddzielne, czy jedno wynika z drugiego?
Przymus uczciwości - to mi się podoba. Znaczy że jak nie możesz iść na skróty standardową metodą, musisz znaleźć co tak naprawdę jest rdzeniem. Ale mam pytanie do Wierzbiny - czy to nie jest ryzykowne? Że modyfikując praktykę pod siebie, możesz zgubić coś, co babcia uważała za ważne, a nie umiała albo nie chciała wytłumaczyć?
A jak w ogóle wiadomo, że cokolwiek 'działa'? Mam na myśli - zarówno z wizualizacją, jak i bez niej. Bo czytam tę rozmowę i cały czas mam z tyłu głowy pytanie, po czym poznać że jest efekt.
U mnie 'działa' znaczy że czytanie jest spójne i trafne, a osoba po drugiej stronie mówi że coś się zgadza. Ale przyznam że siebie też sprawdzam - jak za dużo myślę w trakcie, potem widzę że naciągałam interpretację. Wtedy wiem że nie trafiłam.
To kryterium Kazi jest uczciwe, bo jest wewnętrznie sprawdzalne. Ale Bernadka pyta chyba o coś szerszego - jak w ogóle oceniać praktykę magiczną, kiedy efekty są nielinearne i rozłożone w czasie. I tu wrócę do Wierzbiny, bo jej praktyki brzmiały jak coś raczej ochronnego albo porządkującego niż efektowego w mierzalny sposób. Czy to jest w ogóle coś, co da się ocenić z zewnątrz?
Nie da się i nigdy nie próbowałam. Babcia też nie próbowała tłumaczyć efektów, raczej mówiła o tym kiedy coś jest potrzebne. Sama też tak to czuję - to nie jest coś co mierzę, raczej coś co zaniedbane zaczyna się robić wyraźne przez brak.
To co Wierzbina opisuje na końcu - że zaniedbane staje się wyraźne przez brak - to jest bardzo konkretne kryterium, tylko odwrócone. Nie mierzysz efektu obecności, tylko efekt nieobecności. Coś przestaje być na swoim miejscu i to jest sygnał. Czy dobrze to rozumiem?
Ale to nie brzmi jak dowód na cokolwiek? Że coś czujesz przez brak - to może być po prostu zerwanie przyzwyczajenia, jak z kawą. Nie przekonuje mnie to jako kryterium że praktyka działa.
Mnie to kryterium odwróconego efektu jakoś trafia. Bo przy afirmacjach też tak mam - jak przestaję robić to co mi działa, to po jakimś czasie jest gorszy nastrój, jakiś chaos w głowie. Wtedy wracam. Ale Bernadka ma rację że to może być czysto psychologiczne. Tylko czy to w ogóle ma znaczenie, czy jest psychologiczne czy nie?
U mnie z kartami jest tak że nie da się oddzielić tych dwóch rzeczy i dawno przestałam próbować. Karty mi pomagają uchwycić coś, czego nie umiałabym ująć inaczej - czy to jest projekcja psychiki czy cos wiecej, nie wiem. Ale to działa na tyle żeby to robić.
Wracam do kwestii uczenia się bez tradycji, bo mi to siedzi w głowie. Joasia wcześniej mówiła o tym, że ekspert nie zauważa co pomija przy opisywaniu. Ale chodzi mi o to - jak w ogóle można to znaleźć samemu, jak nie ma się ani mistrza ani babci ani nikogo, kto to robił żywo? Czy to w ogóle jest możliwe?
