Dokładnie to miałam na myśli. Jak wiem że mogą mnie zapytać, to myślę dokładniej zanim uznam że coś zadziałało. Trochę jakby obecność obserwatora zmieniała jakość obserwacji. Co ciekawe, niekoniecznie musi to być partner - wystarczy ktokolwiek kto wie co robiłam.
Czyli w sumie problem niedowidzenia efektów nie jest problemem samej magii, tylko problemem tego że ją praktykujemy w izolacji? Przepraszam że tak wprost, ale to mi się wydaje sensowny wniosek z tej dyskusji.
Myślę że to zbyt mocne uproszczenie. Są tradycje gdzie praktykuje się wyłącznie w odosobnieniu i gdzie ujawnianie komukolwiek jest wręcz uznawane za błąd - mówi się że wypowiedziana intencja traci moc. W niektórych nurtach to fundamentalna zasada.
Tylko że to przekonanie samo w sobie jest nieweryfikowalne. Skąd wiadomo że rozmowa po fakcie niszczy efekty, a nie że rytuał po prostu nie zadziałał? Znowu kołujemy, bo każde niepowodzenie można przypisać temu że za dużo się mówiło.
Powiem wprost - to co opisuje Werbena to klasyczny mechanizm ochronny. Nie mówię tego złośliwie, ale zasada 'milcz bo inaczej nie zadziała' wygodnie eliminuje potrzebę jakiejkolwiek weryfikacji. Znam to dobrze, sama przez lata tak myślałam zanim zaczęłam naprawdę przyglądać się swoim wynikom.
Efekt potwierdzenia to jedno, ale jest jeszcze coś - jak długo praktykujesz, to naprawdę zaczynasz widzieć zbiegi okoliczności których wcześniej byś nie zauważyła. I tu nie chodzi o wmawianie sobie czegoś, tylko o to że uwaga jest naprawdę wyostrzona. Problem jest z odróżnieniem tych dwóch stanów.
Czyli jak długo praktykujesz, tym bardziej masz problem z oceną? To trochę paradoksalne.
To co powiedziała Malwinia o ekspercie mającym więcej schematów - to mnie zastanawia. Znaczy, jak ktoś zaczyna, to może zauważyć coś świeżym okiem, bez filtrów. A im dłużej jesteś w tym, tym mocniej te filtry działają? Brzmi trochę jak pułapka.
No ale chyba właśnie o to chodzi, że nie ma jednej słusznej metody oceny? Każdy kalibruje inaczej i to jest ok. Nie wiem po co tak bardzo chcecie to zunifikować.
Wracając do tego co mówiła Laurka o tym że obecność obserwatora zmienia jakość obserwacji - mam z tym własne doświadczenie i jest w tym coś realnego. Jak zaczęłam opowiadać partnerowi co robię, nie dlatego że chciałam weryfikacji, tylko po prostu bo chciałam się podzielić, to zaczęłam inaczej formułować intencje już na etapie planowania. Jakby musiałam je przetłumaczyć na język zrozumiały dla kogoś z zewnątrz. I te intencje były wtedy precyzyjniejsze.
Ale jest różnica między werbalizowaniem intencji dla siebie, przed rytuałem, a opowiadaniem o nim partnerowi. Pierwsze rozumiem i sama to robię, zapisuję. Drugie - nie jestem pewna czy zawsze jest wskazane, głównie dlatego że partner który nie ma żadnego kontekstu może nieświadomie zasiać wątpliwość, nawet bez złej woli.
Czyli de facto Malwinia mówi że rozmowa z partnerem jest testem jakości przygotowania? To brzmi paradoksalnie - robisz rytuał, żeby zobaczyć czy twoja intencja była gotowa?
Myślę że Malwinia nie mówi że to cel, tylko że taki jest efekt uboczny. A to inna sprawa. Nikt nie robi rytuału po to żeby partner go zakwestionował, ale jeśli to się dzieje i intencja się wali, to informacja warta przemyślenia.
Ale to też zalezy od tego co rozumiemy przez walisz sie intencję. Bo jedno to ze zaczniesz wątpić kompletnie i porzucisz temat, a drugie to ze dostaniesz do myślenia i coś w tym rytualne doprecyzujesz. To drugie chyba jest konstruktywne, nie?
U mnie było bliżej tego drugiego - partner nie kwestionował, po prostu był zdezorientowany. I właśnie ta dezorientacja zmusiła mnie do tłumaczenia rzeczy które sama traktowałam jako oczywiste. Okazało się że część z tych 'oczywistości' wcale nie była przemyślana, tylko przejęta od innych bez weryfikacji.
To jest bardzo uczciwe z twojej strony. Naprawdę. I pokazuje że problem niedowidzenia efektów nie zawsze wynika z tego że efekty nie ma - czasem wynika z tego że nie wiemy do końca czego szukamy, bo intencja była rozmyta od początku.
Ale znowu - jak sobie tak bardzo analizujecie każdy krok, to kiedy właściwie jest czas na samo działanie? Mam wrażenie że ta dyskusja troche zmierza ku temu że lepiej nie robić nic dopóki wszystko nie bedzie 'wystarczająco przemyślane'.
Mam jeszcze inne pytanie, bo trochę utknęliśmy przy kwestii partnera jako weryfikatora. A co z sytuacją odwrotną - jak partner też praktykuje? Czy wtedy ta dynamika działa inaczej, bo nie ma tego dystansu osoby z zewnątrz?
Moim zdaniem to zalezy od czego oczekujesz od tej rozmowy z partnerem. Jezeli chcesz żeby ktoś sprawdził ci logike intencji, to latwiej z kimś kto nie jest w tym samym systemie przekonań. Jeżeli chcesz po prostu nie czuć się sama z tym co robisz - to obojętne czy partner praktykuje czy nie.
U mnie właśnie tak było. Chciałam tylko powiedzieć co robię, bez oczekiwania weryfikacji, a skończyłam na dwugodzinnej rozmowie o tym dlaczego w ogóle to robię. I nie żałuję, ale to nie był plan.
Czyli mówicie że samo wyjawienie partnerowi wywołuje lawinę której nie kontrolujesz? To brzmi jakbyście bardziej bali się tej rozmowy niż samego rytuału.
Dokładnie. I to jest chyba sedno tego co Laurka poruszyła na początku - niedowidzenie efektów może wynikać z tego że obserwacja zmieniła sam proces. Opowiedzenie komuś o rytualne w trakcie albo tuż po to też forma obserwacji, tylko z zewnątrz.
Ok ale wy mówicie o obserwacji jak o czymś co ma realny wpływ na 'energię' rytuału, a to jest założenie z którym można dyskutować. Może wpływ jest tylko psychologiczny i tyle - to znaczy że wywołujesz w sobie wątpliwość, nie że zaburzasz jakieś pole.
To jest jeden z tych momentów gdzie różnice w założeniach filozoficznych przestają mieć znaczenie praktyczne - niezależnie od tego skąd pochodzi mechanizm, skutek jest ten sam. Jeśli werbalizacja zaburza koncentrację albo intencję, efekt jest gorszy. Czy to z powodu 'pola' czy stanu psychicznego - dla praktyki różnicy nie ma.
Mam pytanie do Laurki - jak długo po tym co opowiedziałaś partnerowi zaczęłaś zauważać że to zmieniło twoje podejście do samej praktyki? Czy to było od razu czy z czasem?
To jest ciekawe - że zmiana nie była natychmiastowa. Bo to sugeruje że nie chodziło o jakiś energetyczny 'reset' przez zewnętrzną osobę, tylko o to że twój własny sposób myślenia o tym co robisz zaczął się przebudowywać. To długofalowe.
Ale czy to jest zawsze dobre? Bo precyzyjniejszy opis intencji brzmi pozytywnie, ale co jeśli ta precyzja jest wymuszona przez zewnętrzny kontekst - przez to że musisz komuś wytłumaczyć - a nie przez twoje własne pogłębienie? To może być powierzchowne.
