Laurka, a co rozumiesz przez 'dotknąć nas oboje'? Bo to jest kluczowe rozróżnienie. Jeśli intencja dotyczy twojego własnego stanu - spokoju, jasności, siły - to efekt może się odbić na relacji, ale punkt wyjścia jest w tobie. Jeśli intencja jest skierowana wprost na niego albo na waszą relację jako obiekt działania, to już inna sytuacja.
Słucham tej rozmowy i myślę o ziołach. Serio. Bo jak nastawiam mieszankę do pokoju to technicznie jest to aromaterapia, nie rytuał. A intencja jest moja. I nikt w domu nie pyta. Ale gdybym powiedziała że to część praktyki, to już byłaby rozmowa. Pytanie czy zmienia się cokolwiek poza kategorią w głowie.
Wiesia, nie wiem czy to się da rozstrzygnąć obiektywnie. Dla mnie intencja robi różnicę, dla kogoś z zewnątrz pewnie nie ma żadnego znaczenia. Więc może to jest odpowiedź - ujawnienie jest ważne tylko wtedy kiedy partner w ogóle rozróżnia te poziomy.
Słyszę w tej rozmowie dużo szukania zgody na milczenie. I rozumiem to, naprawdę. Ale chcę powiedzieć jedną rzecz bez owijania w bawełnę - jeśli musisz budować sofistykowaną argumentację żeby uzasadnić sobie że nie musisz mówić, to ten wysiłek sam w sobie jest odpowiedzią.
Cecylka ma tu rację, nawet jeśli Dzikitaurus słusznie zwraca uwagę że to nie jest zero-jedynkowe. Sama miałam moment kiedy ułożyłam sobie w głowie trzy powody dla których nie muszę mówić i dopiero potem zauważyłam że jeden argument wystarczy, a trzy to już coś innego.
To co Malwinia pisze o trzech argumentach - to jest chyba najkonkretniejsza rzecz w tej dyskusji. Mam pytanie do wszystkich: czy ktoś z was miał sytuację że powiedział i okazało się że ta obawa była nieproporcjonalna do reakcji?
Akacja, właśnie ja miałam coś takiego. Powiedziałam raz, trochę przy okazji, że coś robiłam i że to dla mnie ważne. Czekałam na reakcję, a on po prostu powiedział 'ok' i zapytał co na kolację. I nie wiem czy to było dobre czy złe - z jednej strony ulga, z drugiej poczułam się trochę niewidziana. I chyba właśnie o to chodzi w tytule wątku - to niedowidzenie efektów, o którym pisałam na początku, może dotyczyć nie tylko tego co robimy, ale też tego jak mówimy o tym co robimy.
Laurka, to 'ok' i pytanie o kolację mnie rozbawiło, ale też rozumiem tę drugą stronę tej ulgi. Bo jakbyś powiedziała i on zaczął drążyć, zadawać pytania, to by była inna sytuacja. A tak - jakby minął obok. I teraz pytanie czy to jest brak zainteresowania, czy szacunek, czy po prostu nie traktuje tego poważnie?
Właśnie to pytanie Gerwazego mnie zatrzymało. Bo 'ok' może znaczyć absolutnie wszystko. I chyba to jest ten problem z ujawnianiem - że nigdy nie wiadomo co się dostaje w zamian. Czasem cisza jest akceptacją, czasem obojętnością, czasem cichym dystansem który dopiero po jakimś czasie zaczyna być widoczny.
To co Ballen pisze jest ważne. Ujawnienie które nie zmienia nic u drugiej osoby - bo ona nie ma ram żeby to przetworzyć, bo nie wierzy, bo jej to obojętne - to nie jest ujawnienie w sensie wspólnoty. To bardziej poinformowanie. I może być potrzebne dla siebie, żeby nie czuć że się ukrywa. Ale nie liczyłbym na to że coś buduje po tamtej stronie.
Akacja ma tu rację że motywacja ujawnienia robi różnice, ale nie zgadzam się że ujawnienie dla siebie jest pozbawione sensu etycznego. Myślę że własna integralność to też jest etyka - jak czujesz że coś ukrywasz to ta relacja działa na pewnym napięciu, nawet jak partner tego nie czuje. To napięcie jest realne niezaleznie od tego czy on w ogóle cokolwiek przetworzy z tego co powiesz.
