Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która chodzi na psychoterapię i jednocześnie regularnie robi rytuały ochronne. Powiedziała mi coś, co trochę mnie zatrzymało do myślenia: jej terapeuta nie ma pojęcia o tej drugiej sferze, a ona celowo mu o tym nie mówi, bo boi się, że zostanie to odebrane jako objaw czegoś niepokojącego. I zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle jest zdrowe podejście. Nie mówię tu o leczeniu magią zamiast terapii, bo to inna rozmowa. Chodzi mi o to, czy te dwie rzeczy mogą działać równolegle bez wzajemnego sabotowania się. Czy ktoś miał podobne doświadczenia, to znaczy łączył pracę z terapeutą albo psychiatrą z praktykami magicznymi i czuł, że jedno nie gryzie się z drugim?
To jest temat, który od dawna kręci się gdzieś z tyłu głowy, ale rzadko kto go na głos porusza. Sama przez jakiś czas byłam u psychologa i w tym samym okresie pracowałam z medytacją i rytuałami z ziołami. Szczerze mówiąc, miałam poczucie, że te dwie rzeczy działają na kompletnie różnych poziomach i nie wchodzą sobie w drogę. Terapia była bardziej o rozumieniu wzorców, a rytuały dawały mi coś w rodzaju gruntu pod nogami, zakorzenienia. Ale co do tej znajomej, którą opisujesz, Telepatka.ka, to mam mieszane odczucia. Z jednej strony rozumiem, że nie każdy terapeuta będzie otwarty. Z drugiej, ukrywanie całej sfery swojego życia przed osobą, która ma ci pomagać, może naprawdę utrudniać pracę. Pytanie, czy ona sama czuje, że to jest dla niej problem, czy po prostu komfortowo funkcjonuje w tych dwóch światach osobno?
Ja miałam dokładnie taką sytuację jak ta Twoja znajoma, Telepatka.ka. Przez dwa lata chodziłam na terapię poznawczo-behawioralną i równolegle robiłam dość regularne praktyki związane z czakrami i medytacją. Terapeutce powiedziałam o medytacji, bo to brzmi neutralnie, ale o rytuałach nie. I wiesz co, teraz trochę żałuję, że nie powiedziałam, bo parę razy zdarzało się, że terapeuta interpretował pewne moje zachowania czy przekonania w sposób, który był dla mnie trochę obok. Gdyby wiedziała, że mam własny system znaczeń i że jest on dla mnie konsekwentny, pewnie pracowałyśmy by inaczej. Ale to wymaga naprawdę otwartego terapeuty.
Donat55 trafił w coś istotnego. Jest pewne pojęcie w psychologii, locus of control, czyli poczucie umiejscowienia kontroli. Badania pokazują, że ludzie z wewnętrznym locus of control, czyli ci, którzy czują się sprawcami swojego życia, lepiej radzą sobie z trudnościami i reagują lepiej na terapię. Magia, w zależności od tego jak jest praktykowana, może iść w dwie strony. Jeśli rytuał służy temu, żeby wzmocnić własne intencje, skoncentrować uwagę, symbolicznie zaznaczyć przejście, to działa raczej w kierunku sprawczości. Jeśli natomiast głównym przekazem jest 'coś z zewnątrz zadecyduje za mnie', to może rzeczywiście być w sprzeczności z tym, do czego dąży większość podejść terapeutycznych. Choć nawet to nie jest takie zero-jedynkowe, bo np. terapia akceptacji i zaangażowania, ACT, pracuje z przekonaniem, że nie wszystko kontrolujemy, i jakoś to nie niszczy sprawczości. Więc pytanie nie brzmi 'czy magia jest OK z terapią', tylko 'co ta konkretna praktyka robi z poczuciem sprawczości tej konkretnej osoby'.
Moim zdaniem to jest prosto do wyjaśnienia przez numerologię. Numerologia ścieżki życia pokazuje, czy ktoś ma tendencję do szukania odpowiedzi w sobie czy na zewnątrz. Trójki i jedynki na ogół działają bardziej sprawczo, siódemki i dwójki mogą bardziej szukać znaków. Więc jeśli ktoś ma w swojej ścieżce życia predyspozycje do pracy z energiami zewnętrznymi, to dla niego magia o charakterze 'przyjmuję pomoc z zewnątrz' jest po prostu naturalna i nie powinno się tego na siłę przestawiać na sprawczość. Terapeuta, który nie rozumie numerologii, może przynosić więcej szkody niż pożytku takiej osobie.
Wracając do tego, co powiedziała Telepatka.ka o znajomej, która ukrywa swoje praktyki przed terapeutą. Zastanawiam się, czy to w ogóle jest powszechne. Bo z jednej strony mamy stereotyp terapeuty, który wszystko sprowadzi do dysocjacji albo magicznego myślenia jako objawu. Z drugiej strony coraz więcej terapeutów, szczególnie tych pracujących w nurcie humanistycznym czy transpersonalnym, jest otwartych na duchowość klienta. Czy ktoś z was w ogóle pytał terapeuty o zdanie na ten temat, albo chociaż badał grunt zanim powiedział?
A czy ktoś słyszał o terapeutach, którzy sami mają jakieś duchowe praktyki i jawnie integrują je w pracy? Nie mówię o szamanach udających terapeutów, tylko o certyfikowanych psychologach, którzy np. prowadzą sesje z elementami uważności, a prywatnie praktykują coś więcej. Zastanawiam się, czy w Polsce w ogóle można kogoś takiego znaleźć, czy to bardziej zjawisko zachodnie.
Przepraszam, że może trochę z innej strony, ale mam pytanie do Telepatka.ka. Ta znajoma, o której piszesz, robi te rytuały w jakimś konkretnym celu, na przykład ochrona, albo wsparcie procesu zdrowienia, czy raczej niezależnie od terapii? Bo to by zmieniało to, jak patrzę na całą sytuację.
To co ona robi po sesjach brzmi sensownie, bo ja sama po każdej trudnej rozmowie, nie koniecznie terapii, czuję że potrzebuję jakiegoś resetu. Ale czemu ona w ogóle miałaby to ukrywać? Terapeuta przecież pyta co robisz dla siebie, jak dbasz o siebie. Mogłaby powiedzieć, że ma swój rytuał wyciszenia bez wchodzenia w szczegóły magiczne, nie? Bo problem chyba nie leży w tym, że to jest magia, tylko w tym, jak to nazwać żeby nie było niezręcznie.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że mówicie głównie o magii jako o czymś towarzyszącym terapii psychologicznej. Ale co z lekami? Czy ktoś ma doświadczenie z łączeniem praktyk z antydepresantami albo lekami psychiatrycznymi? Bo o tym jest właśnie ten temat, jak się dobrze czytam, i trochę mi się wydaje, że odeszliśmy.
Ja czytam tę rozmowę i mam pytanie, które mnie trochę gryzie. Czy w ogóle mówimy o tym, że magia i leki mogą się uzupełniać, zakładając, że magia działa jako coś realnego i mierzalnego, czy bardziej mówimy o tym, że rytuały jako praktyka psychologiczna, nieważne jak je nazwiemy, mogą wspierać leczenie? Bo to są dwie bardzo różne rozmowy i odnoszę wrażenie, że część z was mówi jedno, a część drugie.
A może właśnie to jest najzdrowsze podejście? Nie wchodzić w spór o mechanizm, tylko obserwować co się dzieje z konkretną osobą. Jeśli ktoś bierze leki, chodzi na terapię i robi rytuały, i to razem mu pomaga utrzymać równowagę, to czy naprawdę potrzeba nam teorii dlaczego? Pytam serio, nie retorycznie, bo zastanawiam się czy to podejście pragmatyczne jest wystarczające, czy jednak brak zrozumienia mechanizmu może prowadzić do błędów.
Dobra, ale wracając do tego co Seraphina04 napisała na końcu, bo mnie to trochę gryzie. 'Nie potrzeba nam teorii' to brzmi pięknie, ale jak ktoś jest w środku depresji i bierze leki, to chyba jednak potrzebuje wiedzieć, co robi i dlaczego. Nie można po prostu wrzucić do worka 'cokolwiek pomaga' i powiedzieć, że git.
Może warto zapytać inaczej: czy sposób, w jaki ktoś rozumie swój rytuał, ma wpływ na to, jak ten rytuał działa w połączeniu z lekami? Bo mam wrażenie, że to jest sedno. Ktoś, kto traktuje palenie kadzidła jako 'oczyszczenie pola energetycznego' i ktoś, kto traktuje to jako chwilę skupienia przed snem, robi to samo, ale z zupełnie innym zapleczem.
Nacek95 ma punkt. Ale jest jedno 'ale'. Akupunktura przeszła przez badania kliniczne i część jej mechanizmów doczekała się przynajmniej cząstkowych wyjaśnień neurobiologicznych. Rytuały magiczne tego procesu weryfikacji jeszcze nie przeszły. Nie znaczy to, że nie działają, ale nie możemy stawiać znaku równości z akupunkturą na tym etapie.
Mam pytanie, które może być naiwne, ale czy ktoś wie, czy są jakieś badania dotyczące właśnie tej kombinacji, leki plus praktyki duchowe albo rytuały? Nie pytam o medytację, bo to już wiadomo, że są badania, ale o coś bardziej konkretnie związanego z tym, co my tutaj rozumiemy przez magię?
To właśnie jest coś, o czym myślę od początku tej dyskusji. My mamy problem nie z samym łączeniem praktyk, tylko z tym, że zachodnia medycyna wciąż działa na zasadzie pewnej wyłączności narracyjnej. Albo twój ból jest 'prawdziwy' i mamy go gdzie ulokować w ICD-11, albo jest 'psychosomatyczny', albo po prostu nie wiadomo. Nie ma miejsca na to, że coś działa, a my nie wiemy jak i to jest okej.
Telepatka.ka, czy dobrze rozumiem, że mówisz o tym, że problemem jest sam język, którym medycyna opisuje skuteczność? Że jak coś nie mieści się w ich kategoriach, to jest albo ignorowane, albo sprowadzane do placebo?
Ale jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tutaj nie mówił wprost. Jak ktoś bierze leki na przykład na stabilizację nastroju, to część tych leków wpływa na percepcję, na sen, na to jak intensywne są emocje. Czy to w ogóle nie zmienia samego doświadczenia rytuału? Pytam, bo to mnie ciekawi od jakiegoś czasu.
To jest chyba najlepsza ilustracja tego całego tematu, jaką do tej pory padła w tej rozmowie. Bo to pokazuje, że pytanie nie jest 'czy magia koliduje z lekami', tylko 'w jakim stanie jesteś, kiedy robisz rytuał i co ten rytuał ma ci dać'.
Dobra, ale to teraz mi rodzi inne pytanie. Jeśli ktoś robi rytuał kompulsywnie, to jak w ogóle to odróżnić od zdrowej praktyki? Dla osoby z zewnątrz to wygląda tak samo, zapalona świeca, kilka słów, skupienie. Jak terapeuta ma to rozróżnić?
Właśnie, a co z językiem rytuału? Wracam do tego, bo gdzieś na początku tego wątku było o tym, czy wersja zaklęcia w obcym języku ma taką samą moc. Słuchałam całej tej rozmowy i zastanawiam się, czy to pytanie w ogóle jest odpowiednie do zadania z perspektywy tego, co tutaj omawiamy. Jak ktoś bierze leki i robi rytuał, to czy język tego rytuału w ogóle ma znaczenie terapeutyczne?
Wróciłam do tego pytania o język rytuału, bo mi nie daje spokoju w kontekście tej całej rozmowy. Jeśli rytuał działa przez znaczenie, jak mówiła Apolonia.x, to co ze znaczeniem, kiedy ktoś recytuje formułę po łacinie albo po angielsku i rozumie tylko połowę? Czy to jest wtedy bardziej forma, czy treść?
To jest pytanie, które w tradycjach runicznych wraca bardzo często. W Elder Futhark każda runa ma swoją fonetykę i część praktyków uważa, że sama wibracja dźwięku ma znaczenie niezależnie od tego, czy rozumiesz słowo. Inni mówią, że bez intencji to jest puste recytowanie. Nie wiem, czy jest jedna odpowiedź.
Ale to jest trochę jak z modlitwą po łacinie w kościele. Przez wieki ludzie recytowali coś, czego nie rozumieli, i jakoś to działało, albo przynajmniej tak twierdzili. Więc sam język chyba nie jest kluczowy?
Myślę, że to pytanie dotyka czegoś, o czym za mało się mówi wprost: ciągłości praktyki. Jeśli ktoś zmienia system, język, symbolikę, to nie jest ulepszenie, to jest restart. I jeśli jednocześnie jest w trakcie leczenia psychiatrycznego, to ten restart może być bardzo destabilizujący, bo rytuał przestaje pełnić funkcję kotwicy. A kotwica jest właśnie tym, czego potrzebuje układ nerwowy w trakcie trudnej terapii.
Kotwica to ciekawe słowo w tym kontekście. W NLP jest coś takiego jak zakotwiczanie stanu, gdzie fizyczny bodziec, gest, dźwięk, zostaje skojarzony ze stanem emocjonalnym. Rytuał mógłby działać właśnie tak. I wtedy zmiana języka to jak zmiana bodźca kotwiczącego w połowie procesu. Czy ktoś to kiedyś robił świadomie albo nieświadomie i widział różnicę?
