Dokładnie o to mi chodziło na początku i jakoś odpłynęliśmy. Wróćmy do samego niedowidzenia efektów - bo moje pytanie było bardziej o to jak w ogóle rozpoznać że coś działa kiedy nie ma żadnego oczywistego sygnału. Nie tylko w kontekście partnera, ale generalnie.
Ja miałam kiedys taki moment ze zaczełam sie zastanawiać czy to że nic nie widze to znaczy że nie działa, czy że po prostu nie umiem zobaczyć. I to drugie chyba jest częstsze. Efekty sa ale sa w miejscach których nie sprawdzasz albo nie łączysz z tym co robiłaś.
To jest uczciwy zarzut. Ale myślę że jest wyjście z tej pętli - i właśnie dlatego Ballen mówił wcześniej o dzienniku. Nie po to żeby udowodnić że coś działa, ale żeby przestać opierać się na wrażeniu i zacząć opierać się na tym co rzeczywiście obserwujesz w czasie. Wzorzec to nie to samo co jednostkowy efekt.
To jest prawda i nie mam na to dobrej odpowiedzi. Sam to obserwowałem u siebie - musiałem świadomie dopisywać też rzeczy które nie zadziałały albo zadziałały odwrotnie do intencji. I to zmienia obraz kompletnie. Bez tego co mi nie wyszło, wszystko wyglądałoby na sukces.
To jest ciekawe - czy ktoś z was aktywnie zapisuje też kiedy coś nie wyszło? Bo mam wrażenie że to jest ta część której zazwyczaj się nie dokumentuje.
Ale czy jak coś nie wyszlo to wiesz ze to z powodow magicznych czy po prostu nie wyszlo z powodow zwyklych? Mam na mysli - jeśli zrobiłeś rytuał żeby dostać pracę i jej nie dostałeś, to możliwe że się nie nadawałeś do tej pracy. Gdzie tu w ogóle magia ma coś do roboty.
I to jest według mnie właśnie sedno tego niedowidzenia efektów - że efekty żyją w tej samej rzeczywistości co wszystko inne. Nie pojawiają się z dopiskiem 'to z rytuału'. Więc albo uczysz się jakoś rozpoznawać swoją praktykę przez czas i wzorce, albo zostajesz z wiecznym 'może tak, może nie'. I może to jest ten jedyny uczciwy punkt dojścia.
Albo akceptujesz że praktykujesz coś co nie ma zewnętrznej weryfikacji i robisz to z innych powodów niż mierzalne efekty. Co prowadzi nas z powrotem do tego co Wedrowiec mówił - że zmiana zachodzi w tobie. Ale to już jest inna rozmowa niż ta którą zaczęłaś, bo pytałaś o efekty na zewnątrz, nie wewnątrz.
Hej, ale może właśnie ten wewnętrzny efekt jest tym co najłatwiej zobaczyć kiedy zewnętrzny jest niejasny? Tzn może niedowidzenie efektów bierze sie stąd że szukamy ich w złym miejscu - na zewnątrz zamiast w sobie najpierw.
To jest chyba najciekawsze pytanie w całym wątku i nikt tego wcześniej tak wprost nie postawił. Ale zastanawiam się czy to jest w ogóle rozróżnienie które można zrobić od środka. Z zewnątrz może badacz by powiedział - zmieniło cię samo podjęcie decyzji. Od środka czujesz coś innego. I tu wracamy do tego co Laurka pisała - że efekty żyją w tej samej rzeczywistości i nie mają dopisku skąd.
Ale to jest trochę tak ze każde działanie można wytlumaczyc samym działaniem. Poszedłem na siłownie i jestem zdrowszy - to silownia czy moja decyzja żeby isc? To nie ma sensu jako argument bo możnaby tak zdekonstruować wszystko.
Ja to pytanie sobie kiedyś zadałem inaczej - czy gdybym przez rok zapisywał intencje bez żadnego rytuału, tylko je notował i skupiał na nich uwagę, efekty byłyby inne niż z praktyką? Nie wiem. Nigdy tego nie testowałem. I nie wiem czy chciałbym, bo to by wymagało rozmontowania czegoś co działa dla mnie jako całość.
Szczerze? Trochę tak. Ale z drugiej strony - większość ludzi nie testuje swoich przekonań w ten sposób. Nikt nie rezygnuje z relacji żeby sprawdzić czy jest szczęśliwszy bez niej. Funkcjonujemy w całościach.
Wróćmy na chwilę do samego niedowidzenia efektów, bo mi przyszło do głowy coś innego. Czy może być tak że efekty są, ale działają z opóźnieniem którego nie łączymy ze źródłem? Tzn - robię coś we wrześniu, coś się zmienia w grudniu i już nie pamiętam albo nie łączę tych rzeczy.
To opóźnienie mnie zastanawia. Czy ktoś próbował jakoś systematycznie to badać - tzn zapisywać datę rytuału i datę kiedy coś się wydarzyło, i szukać jakiegoś wzorca w czasie między nimi?
To jest coś o czym nie myślałam - że różne typy intencji mogłyby mieć różne rytmy. Czy możesz powiedzieć więcej o tym co obserwowałeś? Bo ja do tej pory traktowałam każdy rytuał tak samo pod kątem oczekiwania efektów.
Na przykład intencje związane ze zmianą własnych nawyków albo postaw - te widzę dość szybko, czasem w ciągu kilku tygodni. Intencje skierowane na zewnątrz, na okoliczności - te mogą wisieć miesiącami albo nie wychodzić wcale. Nie wiem czy to znaczy że magia działa na mnie lepiej niż na świat, czy że po prostu mam większy wpływ na siebie niż na zewnętrzne zdarzenia. To drugie jest oczywiste z perspektywy psychologicznej.
Czyli może tu jest ta odpowiedź na niedowidzenie efektów - szukamy ich w złej kategorii. Chcemy żeby cos zewnetrznego sie zmieniło i przez to nie widzimy że coś wewnętrznego już się zmieniło dawno temu.
To jest ważne zastrzeżenie. Przeformułowywanie zewnętrznej intencji na wewnętrzną jest wygodne bo nigdy nie możesz tego uznać za porażkę. Ale jest też trochę nieuczciwe wobec siebie jeśli naprawdę chciałeś czegoś konkretnego na zewnątrz i tego nie ma.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i zastanawia mnie - czy ktoś z was miał moment w którym naprawdę uznał że jakiś rytuał nie zadziałał? Bez racjonalizowania, bez 'może to opóźnienie', bez 'może wewnętrzny efekt'. Po prostu - nie wyszło.
Tak. I to jest według mnie zdrowe. Miałem serie kilku rzeczy z rzędu które nie wyszły i wtedy zacząłem się poważnie zastanawiać co robię i czy robię to tak jak chcę. Bez tego nie miałbym powodu nic zmieniać.
To rozczarowanie chyba jest kluczowe. Bo jeśli nigdy nie czujesz że coś nie wyszło, to albo masz niesamowite szczęście, albo interpretujesz wszystko jako sukces. Ja miałam kilka takich momentów gdzie musiałam powiedzieć sobie wprost - to nie zadziałało tak jak chciałam. I paradoksalnie po takich momentach moja praktyka stawała się bardziej konkretna, mniej rozmyta.
a jak to wyglądało u ciebie konkretnie - tzn. wiedziałaś od razu że nie wyszło, czy to był jakiś moment kiedy po prostu przestałaś czekać?
Raczej to drugie. Nie było jednego momentu, bardziej takie stopniowe odpuszczanie oczekiwania. I w pewnym momencie zdałam sobie sprawę że już nie czekam, bo gdzieś wewnętrznie przyjęłam że nie wyjdzie. To nie był świadomy wniosek, bardziej coś co się sam wyklarowało.
Ale czy ten moment 'przestania czekania' to nie jest właśnie jeden ze sposobów na to żeby rytuał zadziałał? Bo gdzieś czytałem że przywiązanie do efektu blokuje. Więc jak przestajesz czekać to wtedy powinno wyjść, nie? To by robiło z każdej przegranej potencjalny sukces z opóźnieniem.
No i tu się zaczyna problem epistemiczny. Praktyki ezoteryczne generalnie mają wbudowane mechanizmy które tłumaczą każdy wynik - sukces potwierdza działanie, porażka wskazuje na błąd w wykonaniu albo przywiązanie do efektu albo złe wyczucie czasu. Nie mówię że praktyki nie działają, ale ten schemat wyjaśniania sprawia że bardzo trudno się czegoś nauczyć z porażki.
Ale to dotyczy też medycyny konwencjonalnej. Lek nie zadziałał? Może za mała dawka, może zły lek, może za późno, może interakcja. Ten schemat nie jest wyjątkowy dla ezoteryki.
