Mam wrażenie, że to jedna z tych rzeczy, o których mało kto mówi otwarcie, a prawie każdy przez to przechodzi. Robisz coś regularnie, czujesz że to ma sens, a potem siadasz i myślisz - dobra, ale co właściwie się zmieniło? Nie chodzi mi nawet o wielkie efekty, tylko o to, że czasem nie wiadomo czy w ogóle cokolwiek drgnęło. I tu mam pytanie do was - jak wy w ogóle oceniacie czy rytuał zadziałał? Bo słyszałam różne podejścia, jedni mówią że trzeba czekać, drudzy że od razu czujesz, jeszcze inni że efekty są ale nie tam gdzie szukasz.
Ten problem jest starszy niż my wszyscy razem wzięci. W tradycjach szamańskich na przykład nie ma czegoś takiego jak 'sprawdzenie czy zadziałało' - tam intencja i działanie są traktowane jako jedno, a wynik jest kwestią interpretacji rzeczywistości, nie jej zmiany. Ale żeby nie być za bardzo filozoficzny - masz na myśli konkretny typ praktyki czy pytasz ogólnie?
Ja miałam dokładnie to samo i powiem wam że to strasznie frustrujące. Robisz, starasz się, skupiasz, a potem patrzysz na życie i nijak nie możesz powiedzieć czy to przez to czy może samo by tak wyszło. Raz miałam taką sytuację że zaczełam się zastanawiać czy nie cofnąć rytuału bo bałam się że nie o to chodziło, a efekt już się materializował ale zupełnie inaczej niż myślałam.
To co opisuje Mamunaa to klasyczne przekierowanie intencji - efekt przychodzi, ale bocznym kanałem. Czytałem dużo o tym w kontekście chaos magick, gdzie dość pragmatycznie podchodzi się do kwestii oceny skuteczności. Tam mówi się o tzw. gnosis jako stanie, w którym intencja zostaje 'wysłana', i o tym, że obserwowanie efektu aktywnie mu przeszkadza. Nie wszyscy się z tym zgadzają, wiem, ale to jeden ze sposobów patrzenia na ten problem.
Eee, chaos magick to trochę przesada jak dla mnie. To jest dosłownie wymysł lat 80. żeby zmikrosować różne tradycje w jeden system, i nie bardzo widzę dlaczego akuart ta teoria miałaby byc bardziej wiarygodna niż inne. Obserwowanie efektu 'przeszkadza'? No nie wiem. To brzmi jak wytłumaczenie na wypadek gdyby nic nie wyszło.
Zastanawiam się czy w tym wątku nie mamy tak naprawdę kilku różnych pytań naraz. Jedno to: jak rozpoznać efekt? Drugie: czy efekt w ogóle nastąpił przez moje działanie czy niezależnie od niego? I trzecie, które mnie osobiście bardziej kręci - czy trzeba wiedzieć, że robisz coś dla kogoś, żeby to działało? Laurka, czy to też masz na myśli? Bo piszesz o niedowidzeniu efektów, ale ten tytuł sugeruje mi że chodzi też o coś więcej.
No i tu się robi ciekawie. Bo to są dwie zupełnie różne rzeczy - skuteczność a etyka. Możliwe że coś działa bez wiedzy drugiej osoby i jednocześnie jest to działanie na jej energię bez zgody. To nie jest kwestia skuteczności tylko pewnej granicy. Ja rozróżniam między rytuałami które działają na własne pole energetyczne a tymi które kieruję 'na zewnątrz'. Przy tych drugich zawsze się zastanawiam dwa razy.
A jak wy w ogóle definiujecie to 'działanie na energię' kogoś? Pytam serio, bo spotykam się z różnymi definicjami i nie wiem którą przyjąć. Jedni mówią że każda myśl skierowana na osobę to już jakaś forma oddziaływania, inni że tylko intencjonalny rytuał ma znaczenie.
Wracając do tego co powiedziała Malwinia - ja się z tym zgadzam co do granicy, ale zastanawiam się jak to wygląda w praktyce. Powiedzmy że ktoś robi rytuał żeby pomóc partnerowi, nie na siłę, nie zmieniając jego woli, tylko... wysyłając wsparcie? Czy to już wymaga zgody? Serio pytam, bo różne osoby które znam mają tu różne zdanie.
Słucham tej rozmowy i muszę się przyznać że trochę mi tu mieszacie. Jeśli ktoś po prostu... życzy komuś dobrze, nawet w ceremonialny sposób, to jest to etycznie problematyczne? Nie obrażam się, naprawdę pytam. To by oznaczało że modlitwa za kogoś też jest naruszeniem jego autonomii.
No właśnie, modlitwa to świetny przykład. I nikt nie robi z tego problemu etycznego. Myslę że cały ten dyskurs o 'zgodzie' to jest coś co weszło do ezoteryki z new age i niekoniecznie pasuje do starszych systemów. W tradycyjnych kulturach uzdrowiciel działał bez pytania pacjenta o zgodę na każdy element ceremonii.
Dobra, żeby nie wchodzić za bardzo w abstrakcję - mnie konkretnie chodziło o taką sytuację: robisz coś z dobrą wolą, nie wkraczasz w wolną wolę, nie wymuszasz niczego. I pytanie jest takie - czy mówić o tym partnerowi? I tu mam dwie obawy. Pierwsza: że powiedzenie sprawi że zacznie to obserwować i to zaburzy efekt (tu wracamy do początku rozmowy). Druga: że niepowiedzenie jest jakimś brakiem przejrzystości w związku. I nie wiem jak to rozważyć.
Ta druga obawa wydaje mi się ważniejsza niż kwestia skuteczności. Jeśli ukrywasz przed partnerem że w ogóle coś takiego robisz, to może to sygnalizować że albo sam nie jesteś pewien swoich działań, albo wiesz że on by się z nimi nie zgodził. W obu przypadkach warto się nad tym zatrzymać - nie dlatego że 'tak trzeba', tylko że to mówi coś o relacji.
Wracając do tego co napisała Malwinia - to mnie uderzyło. Że pytanie 'czy powiedzieć' to tak naprawdę pytanie o własną pewność. Ale czy nie jest też możliwe że ktoś jest absolutnie pewien swoich działań i mimo to nie mówi, bo wie że partner jest na to zamknięty? To nie jest brak pewności, to jest świadomy wybór. I to chyba jest jeszcze trudniejszy przypadek etycznie?
No ale chwila, bo to mi się wydaje trochę za szybkie. Mam powiedzieć partnerowi o każdej rzeczy którą robię? On nie pyta mnie co myślę kiedy siedzę cicho przy kawie. Prywatność w związku istnieje i chyba można coś robić bez raportowania z każdej sfery życia.
Chyba jest różnica między prywatnością a ukrywaniem. Prywatność to 'nie mówię bo nie ma potrzeby'. Ukrywanie to 'nie mówię bo wiem że byłby problem'. I w tym drugim przypadku to już nie jest tylko twoja przestrzeń, to jest temat dla was obojga, po prostu jedna strona o nim nie wie.
To jest ciekawe o tyle że właściwie odchodzimy tu od pytania o skuteczność rytuałów, a wchodzimy w kwestię komunikacji w związku. Co samo w sobie mówi coś o tym jak magia funkcjonuje w życiu - nie jest oderwana od codziennych relacji. Ale wracając do samego tytułu wątku: czy ktoś ma jakieś doświadczenie z tym że efekt był, ale nie dało się go przypisać do działania? Pytam bo to mi się wydaje bardziej weryfikowalne niż etyka, która jest zbyt indywidualna.
Właśnie to jest problem z calą tą dyskusją o skutecznosci - nie da sie udowodnić ani zaprzeczyć. Mozna sie kręcić w kółko w nieskonczonosc. Może magia działa, może nie, moze tamten projekt był przypadkiem, może nie. Jak ktoś chce wierzyć że zadziałało, to uwierzy. Jak nie chce, to nie. Wydaje mi sie ze to jest troche nieweryfikowalne z zasady i cala ta rozmowa jest trochę o niczym.
Mam pytanie do Ballen i ogólnie - czy wy w ogóle staracie się jakoś dokumentować co robicie i kiedy? Coś w stylu zapisywania dat, intencji, a potem obserwacji? Zastanawiam się czy to nie zmieniłoby podejścia do oceny efektów.
Dziennik to naprawdę coś co zmienia perspektywę, bo przestajesz oceniać pojedyncze sytuacje a zaczynasz widzieć całość. I wtedy te przypadkowe zbiegi okoliczności albo się powtarzają na tyle że przestają być tylko przypadkiem, albo właśnie nie - i to też jest informacja.
Jest jeden problem z dokumentowaniem który mnie od dawna zastanawia - żeby dobrze ocenić efekt, trzeba by mieć grupę kontrolną. Czyli identyczne życie ale bez działania. A tego nie ma. Więc dziennik pokazuje ci twoje życie z działaniem, ale nie wiesz jak wyglądałoby bez. To jest fundamentalne ograniczenie każdej subiektywnej oceny.
I właśnie to mnie skłania do wracania do pytania o partnera. Bo jeśli praktyka zmienia mnie, to on to i tak widzi. Nawet jeśli nie wie co za tym stoi. I zastanawiam się czy to nie jest wystarczające - że efekty są widoczne w tobie samym, bez potrzeby tłumaczenia skąd.
To jest ładnie powiedziane, ale trochę unika odpowiedzi. Jeśli 'zmienia mnie' to oznacza że partner żyje z osobą która robi rzeczy o których nie wie. Może być z tym w porządku albo nie, ale decyzję o tym podjęłaś za niego. Nie twierdzę że to jest złe - tylko że to jest wybór który ma konsekwencje.
Ja rozumiem o co chodzi Akacji, ale mam wrażenie że to zakłada że wszystko w związku wymaga wspólnej decyzji. A to chyba za dużo. Czy jak chodzę na terapię to też muszę mu tłumaczyć każdy krok? Moje wewnętrzne życie to moja sprawa, niezależnie czy to jest medytacja, rytuał czy godzina siedzenia w ciszy.
No ale to mozna by tak samo powiedziec o modlitwie. Jak ktos sie modli za chorego krewnego to tez 'działa na kogoś bez jego zgody'. I jakoś nikt nie robi z tego problemu etycznego. Czemu w magii nagle jest inaczej?
Ale czy ta różnica faktycznie ma znaczenie dla osoby której to dotyczy? Jej partner i tak nie wie ani o modlitwie ani o rytuale. Z jego perspektywy oba są niewidoczne.
Dobra ale wróćmy może do tego co Laurka napisała na początku - że efekty są niewidoczne. Bo mi się wydaje że ta cała dyskusja o partnerze to trochę efekt uboczny tego pierwotnego problemu. Jak masz wyraźne efekty to i łatwiej ci powiedzieć o tym co robisz, i łatwiej ocenić czy to w ogóle warto kontynuować.
