to jest piekne jak Kabalista to opisal, choc nie wiem czy dobrze rozumiem ten fragment z Zoharu. ale to "po prostu jest" - to chyba jest wlasnie to co czuje gdy medytuje z kotem na kolanach. on nie stara sie, on spi i oddycha, a ja przy nim jakoś szybciej tez przestaje sie starac
czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jedno głupie pytanie może - czy ktoś w ogóle próbował robić to samo z obu stron, czyli napierw przez jakiś czas tylko imaginacyjnie, a potem wprowadzić żywe zwierzę? Bo wydaje mi się że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do imaginacyjnego, to może być zakłócony przez żywe, i odwrotnie. Jak Feliks mówił o psie który go wyrywał. Może to kwestia nawyku.
Ale tu wchodzi pytanie, które chyba nigdy nie dostało dobrej odpowiedzi w tym wątku - czy w magii "warunkowanie" dyskwalifikuje efekt? Bo jeśli efekt jest realny dla praktykującego, jeśli praca z żywym zwierzęciem lub bez niego daje mu inne rezultaty - to czy fakt, że to może być kwestia nawyku sprawia, że to "nie liczy"? Mam wrażenie że część tej dyskusji zakłada, że musielibyśmy znaleźć jakiś obiektywny, pozasubiektywny efekt, żeby cokolwiek potwierdzić. A w magii to nigdy nie był warunek.
No ale to chyba nie musi być albo-albo? Większość praktyk magicznych które znam działa na obu poziomach jednocześnie - zmienia stan praktykującego i ma pretendować do zewnętrznego efektu. Sztuczne rozdzielanie tych dwóch rzeczy to akademickie podejście, nie praktyczne.
no ja to chyba jestem tym przykładem którego szukasz 🙂 przez dość długi czas robiłem wyłącznie pracę wyobrażeniową, bo nie miałem zwierząt. i dopiero jak adoptowałem psa, to zauważyłem różnicę. ale nie wiem czy to kwestia magii czy po prostu... psa.
To co Elfin opisuje ma swój termin w psychologii poznawczej - obciążenie pamięci roboczej. Konstruowanie i podtrzymywanie wyobrażenia kosztuje zasoby uwagowe. Żywe zwierzę jest "dane" bez wysiłku. I teraz pytanie: czy ten wysiłek jest przeszkodą, czy może jest częścią pracy? Bo w niektórych tradycjach medytacyjnych właśnie wysiłek koncentracji jest ćwiczeniem, nie przeszkodą.
ale zaraz, bo to idzie w stronę, która mnie trochę niepokoi. czy mówimy teraz że lepsza jest ta forma, która jest trudniejsza? bo to brzmi jak argument z wysiłku, a nie z efektywności. gimnastykuję się z wyobrażonym wilkiem przez godzinę kontra mój kot siedzi obok mnie przez pięć minut - i mam twierdzić że to pierwsze jest wartościowsze, bo bardziej mnie zmęczyło?
mnie sie wydaje ze my juz troszkę odeszlismy od zwierząt 🙂 bo właściwie rozmawiamy teraz o koncentracji i zasobach uwagowych a nie o tym czy zwierze jako byt - żywy albo wyobrazony - ma jakieś wlasne znaczenie w magii. czy to nie sa dwa odrebne pytania?
Dziewanka ma rację i to dobre przypomnienie. Bo można pracować ze zwierzęciem jako obiektem koncentracji - i wtedy wyobrażeniowe vs żywe to kwestia uwagowa. Ale można też pracować z nim jako... partnerem? Sojusznikiem? I wtedy pytanie staje się zupełnie inne - czy imaginacyjny partner ma podmiotowość, z którą możesz nawiązać relację.
i właśnie to "partner vs obiekt" wydaje mi się kluczowym rozróżnieniem którego brakuje w tej rozmowie od początku. Bo jak słyszę "praca ze zwierzęciem" to nie wiem czy ktoś mówi o bycie który aktywnie uczestniczy w rytuale, czy o symbolu który używa. To są naprawdę różne rzeczy i w różnych tradycjach chodzi o różne z nich.
W szamanizmie rdzennych Amerikanów - szczególnie w tradycjach Plains - power animal to nie jest symbol ani obiekt koncentracji. To jest osobna istota z własną wolą, z którą budujesz relację przez lata. Michael Harner pisał o tym dość szczegółowo w The Way of the Shaman, ale tam siłą rzeczy upraszczał dla zachodniego czytelnika. Sedno jest takie, że zwierzę może odmówić współpracy, może odejść, może przyjść samo. To nie jest coś co konstruujesz.
to wracając do głównego pytania wątku - jeśli przyjmiemy że żywe i imaginacyjne to nie dwie wersje tego samego, tylko dwie różne rzeczy, to czy w ogóle można je porównywać? może pytanie "które jest lepsze" jest po prostu źle postawione, bo odnosi się do bytów które działają w różnych rejestrach?
no to troche tak jak pytac czy lepsza jest jabłko czy liczba 7. to po prostu nie to samo. mnie sie zawsze wydawalo ze imaginacyjne to treningowe kola, ale moze to jest blad i to jest odrebna dziedzina sama w sobie
to troche tak jak pytac czy lepsza jest jabłko czy liczba 7. to po prostu nie to samo. mnie sie zawsze wydawalo ze imaginacyjne to treningowe kola, ale moze to jest blad i to jest odrebna dziedzina sama w sobie
Zatrzymuję się na tym co napisał Idzi, bo myślę że to jest błąd kategorialny który często się pojawia. Imaginacyjna praca ze zwierzęciem nie jest uproszczoną wersją pracy z żywym - to jest praca z archetypem, z wewnętrzną reprezentacją, z tym co Jung nazywał animusem albo cieniem w postaci zwierzęcej. Żywe zwierzę angażuje zupełnie inne kanały - zmysłowe, relacyjne, nieprzewidywalne. Te dwie rzeczy mogą istnieć równolegle przez całe życie praktyki.
tylko że Hillman sam by zaprotestował przeciwko takiemu spłaszczeniu. On pisał o obrazach psychicznych, nie o bytach zewnętrznych. To jest fundamentalna różnica ontologiczna - czy duch zwierzęcia istnieje niezależnie od mojego umysłu czy jest wytworem psychiki. I właśnie od odpowiedzi na to pytanie zależy czy porównanie żywe vs imaginacyjne w ogóle ma sens.
Myślę że Tomir dotknął tu czegoś ważnego, bo to wróciło do sedna całego wątku. Bo jeśli pytamy o magię zwierząt jako praktykę - nie jako filozofię - to pytanie "z czym pracujesz i co z tego wynika" jest praktyczne. Mnie interesuje: czy ktoś z was świadomie przeszedł od pracy imaginacyjnej do pracy z żywym zwierzęciem i czuje jakąś ciągłość, czy raczej to były dwie oddzielne rzeczy?
ja juz o tym trochę mówiłem wcześniej, ale żeby doprecyzować - nie czułem ciągłości. to nie było tak, że wyobrażony przewodnik "stał się" psem albo że pies "potwierdził" coś z tej wcześniejszej pracy. to były po prostu dwa różne okresy i dwie różne praktyki. zresztą pies nie jest moim zwierzęciem mocy, jest po prostu psem. nie wiem czy to w ogóle liczy.
to jest akurat pytanie na które mam konkretne zdanie po własnej pracy. Mój kot wchodzi w pewne stany podczas rytuału - inne niż normalnie, wyraźnie obserwowalne. Nie mówię że "wchodzi w rolę" bo to antropomorfizacja, ale jego zachowanie zmienia się. Czy to coś znaczy? Nie wiem. Ale zwróciłam uwagę że kiedy tego nie robi, rytuał też ma inną jakość.
to co Kminek opisuje jest spójne z tym co wiem o zwierzęcach jako barometrach energetycznych. Wiele tradycji tybetańskich zakłada że zwierzęta - zwłaszcza koty i psy - mają wgląd w stan pola energetycznego przestrzeni bez interpretacji ego. Nie wiem czy to "magia" w sensie celowego uczestnictwa, ale z czakry perspektywy zmiana ich zachowania może być odczytem środowiska, nie przypadkiem.
Tomir ma rację metodologicznie, ale myślę że to nie przekreśla interpretacji Kminek. Jeśli kot synchronizuje się z rytmem praktykującego, to jest uczestnikiem rytuału na poziomie fizjologicznym, niezależnie od tego jak to nazwiemy. Pytanie czy "uczestnictwo" wymaga wyjaśnienia metafizycznego, czy etologiczne wystarczy, żeby praktycznie uznać zwierzę za współczynnik rytuału.
ten wątek ze synchronizacją rytmu ma zresztą swoje odpowiedniki w tradycji. W kabale praktyk nie działa w izolacji - dom, przestrzeń, obecne byty są częścią kavany, czyli intencjonalnego skupienia. Zwierzę w przestrzeni rytuału nie jest neutralne, ale też nie musi być "duchowym partnerem" w szamańskim sensie. Może być elementem środowiska który wzmacnia albo osłabia pole koncentracji.
to mi otwiera jeszcze jedno pytanie - czy imaginacyjne zwierzę może pełnić tę samą funkcję "elementu środowiska"? Bo wyobrażony wilk w przestrzeni mentalnej rytuału też jest w jakimś sensie obecny, zmienia coś w konfiguracji uwagi. Czy to jest porównywalne do obecności żywego kota?
to co Feliks napisał na końcu jest dla mnie centralnym punktem tej całej dyskusji. żywe zwierzę działa na ciało i przestrzeń fizyczną, imaginacyjne działa na strukturę uwagi i przestrzeń mentalną. ale mam wątpliwość - czy te dwie płaszczyzny rzeczywiście są rozłączne? bo jeśli rytm ciała zmienia się pod wpływem skupienia, a skupienie jest kształtowane przez wyobrażenie, to granica między "fizycznym" a "mentalnym" staje się trochę rozmyta.
to jest naprawdę dobre pytanie i nie mam na nie pewnej odpowiedzi. ale z własnej pracy - kiedy pracuję z runą i nie ma przy tym żadnego wyobrażenia zwierzęcego, to jest inny rodzaj skupienia niż kiedy jest. nie wiem jak to opisać inaczej niż jakościowo. coś się zmienia w tym jak uwaga jest "zakotwiczona". czy to jest efekt specyficzny dla figury zwierzęcej? nie wiem, ale nie jest identyczny z ogólnym skupieniem.
dodam tu coś od strony tradycji, bo jest ciekawy precedens w Sefer Yecira - tekście o strukturze stworzenia. zwierzęta są tam powiązane z konkretnymi literami i sferami, co znaczy że praca ze zwierzęciem w rytuale to praca z określoną konfiguracją sił, nie z "obiektem mentalnym". ale to jest oczywiście wewnętrzna logika tej tradycji. pytanie czy można przenosić tę logikę poza jej oryginalny kontekst.
to pytanie Kabalisty o przenoszenie logiki jest ważne bo wraca do czegoś co kręci się w tym wątku od początku. większość z nas miesza konteksty - trochę Jung, trochę szamanizm, trochę kabała, trochę etologia. i to jest może uczciwy opis jak większość praktyk wygląda dziś. ale czy ta eklektyczność coś odbiera? czy coś daje? bo przy żywym zwierzęciu ten problem nie istnieje - pies jest po prostu psem bez tradycji.
