Słuchajcie, trochę gubie się w tym wątku. Zaczęło się od dotyku i wody, a teraz jest o tym dlaczego rzeczy przeżywają. Mam pytanie bardziej podstawowe - czy ktoś tu faktycznie robi tę wymianę wody regularnie i zauważył jakąś różnicę? Nie mówię o teorii, mówię o tym co ktoś sam czuje.
Robię. Przy ołtarzu z kartami, o czym pisałam wcześniej. Czy zauważam różnicę? To trudne pytanie, bo nie wiem jak mierzyć "różnicę" w tym kontekście. Nie ma kontrolnej grupy. Ale jest coś w samym geście - że rano podchodzę do tego miejsca, wymieniam wodę, dotykam naczynia, mam chwilę skupienia. I to już samo w sobie zmienia jakość pracy z kartami tego dnia.
To jest właściwie centralne pytanie tego wątku, tylko rzadko tak wprost stawiane. Czy dotyk i fizyczna czynność mają znaczenie same w sobie, czy są tylko nośnikiem dla intencji, którą i tak można wyrazić inaczej? Bo jeśli to drugie, to wymiana wody jest zastępowalna czymkolwiek innym. Jeśli pierwsze - to co konkretnie robi fizyczność?
W praktykach opartych na słowiańskim rozumieniu wody, a nie w ich współczesnych rekonstrukcjach, fizyczność nie była symbolem intencji - była jej nośnikiem w dosłownym sensie. Dotknięcie wody przekazywało coś wodzie. Nie "symbolizowało przekazanie", tylko przekazywało. To jest duża różnica i ona gdzieś po drodze zaginęła w nowszych podejściach.
Ten wątek z przekazywaniem przez dotyk pojawia się nie tylko w słowiańskim kontekście. W hinduskiej tantrze jest pojęcie sparsha, czyli dotyku jako nośnika energii - i tam to też nie jest metafora, tylko dosłowny mechanizm. Przy rytualnym obmywaniu wizerunków bóstw to dotykiem kapłana woda stawała się czymś innym niż zwykłą wodą. Nie wiem czy to jest "to samo", ale wzorzec jest podobny.
No to trochę to komplikuje całą dyskusję bo jeśli liczy się stan wewnętrzny to wraca pytanie czy fizyczny dotyk jest konieczny czy tylko pomocniczy. Bo ktoś może być w idealnym stanie i nie dotknąć wody i co wtedy?
Przepraszam że wejdę z głupim pytaniem, ale nie rozumiem jednej rzeczy - jak to działa przy wymianie wody w domu, na co dzień? Bo rozumiem ołtarz, rozumiem kapłana dotykającego wizerunku. Ale zwykłe wylanie starej wody z wazonu i nalewanie nowej - to jest coś innego niż sprzątanie?
To nie jest głupie pytanie, wręcz przeciwnie. I odpowiedź brzmi: zależy od tego, co się z tym robi w momencie działania. Fizycznie wygląda identycznie jak sprzątanie. Różnica jest w tym czy osoba, która to robi, jest obecna w tym geście czy tylko mechanicznie wykonuje czynność. I tu wraca wątek dotyku - to właśnie dotknięcie naczynia, kontakt z wodą, może być momentem w którym ta obecność zostaje zakotwiczona.
To mi trochę przypomina to co czytałam o uważności przy codziennych czynnościach - że herbatę można zrobić mechanicznie albo z pełną uwagą i to jest inne doświadczenie. Tylko nie wiem czy to jest magia czy po prostu psychologia.
Ale tu jest sprzeczność. Jeśli dotyk bez intencji to tylko mechanika, a intencja bez dotyku jest niepełna, to co jest ważniejsze? Bo nie można mieć obu naraz za priorytet.
Dobra, ale wróćmy na chwilę do tego co pytałem wcześniej, bo nadal nie mam odpowiedzi. Bernadka mówiła że nie wie jak mierzyć różnicę. To rozumiem. Ale czy ktoś w ogóle próbował to jakoś obserwować - na przykład porównać okres gdy robił to regularnie z okresem gdy nie robił?
To jest jeden z bardziej interesujących problemów w praktyce opartej na powtarzalności - czy rytuał wykonywany nawykowo traci coś co miał na początku, czy tylko zmienia charakter. W słowiańskim podejściu do wody jest pojęcie "żywej wody" i "martwej wody" - i to rozróżnienie nie dotyczy fizycznej jakości wody, ale jej kontekstu. Woda wielokrotnie dotykana bez uwagi w niektórych źródłach opisywana jest jako tracąca coś. To nie jest mój komentarz, to fragment starszej warstwy opisu, który pojawia się w kilku zbiorach.
Wróćcie do tej "żywej wody" bo mnie to ciekawi. Jak rozróżnić czy woda w moim domu jest żywa czy martwa? Czy chodzi o to skąd pochodzi, czy o to co z nią robiłam?
Ale skąd wiadomo że ktoś kiedyś to sprawdził a nie po prostu tak powiedział? Mam na myśli te stare źródła. Bo dużo rzeczy w ezoteryce to po prostu opinie przekazywane jako fakty.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może z innej strony - czy ktoś tu miał sytuację że wymiana wody coś wyraźnie zepsuła? To znaczy że był moment gdzie poczuł że coś poszło nie tak? Interesuje mnie nie tylko strona pozytywna.
To nie jest tak zero-jedynkowe. W pracy z czakrami jest rozróżnienie między stanem chwilowym a stanem chronicznym - chwilowe wzburzenie to jedno, ale długotrwałe napięcie to co innego. I przy dotyku to ma znaczenie. Jednorazowa kłótnia może zabarwić kontakt, ale nie musi tego robić permanentnie. Problem zaczyna się gdy ktoś regularnie pracuje z pozycji wyczerpania albo gniewu i nie robi z tym nic.
I tu wracamy do wody, bo właśnie dlatego w wielu słowiańskich praktykach mycie rąk przed pracą nie było tylko higieną - było granicą. Fizycznym gestem który mówił: to co było przed chwilą, zostawiam. Nie chodzi o to żeby być w perfekcyjnym stanie, ale żeby zrobić świadome przejście. Woda jako marker zmiany stanu, nie jako czyszczenie brudu.
To ma sens kiedy tak to ujmujesz. Ja myślałam o wymianie wody przy ołtarzu jako o czymś co robię dla przedmiotów, nie dla siebie. A może to jest właśnie to - że ten gest działa w dwie strony.
Ale tu jest problem logiczny bo jak woda ma "wiedzieć" że ktoś nie zrobił przejścia? Woda to woda. Możecie mówić o intencji ile chcecie ale to jest chemicznie ten sam związek bez względu na stan emocjonalny osoby która go dotknęła.
Zresztą sam Paracelsus pisał że każda substancja ma swój "charakter" - to słowo które tłumaczy się różnie, czasem jako właściwość, czasem jako pieczęć. I ten charakter był dla niego czymś odrębnym od składu materialnego. Nie mówię że miał rację, ale to nie jest nowe pytanie które wymyśliliśmy w tym wątku.
Wracając do tego co Bernadka opisała z głuchością kart - mam podobne obserwacje z przedmiotami które długo trzymam przy pracy. Jest różnica między przedmiotem do którego podchodzę regularnie ze skupieniem a tym do którego podchodzę nieregularnie albo w pośpiechu. I nie tłumaczyłabym tego wyłącznie przez psychologię. Jest coś w samym fizycznym kontakcie który albo buduje coś narastająco albo rozbija.
Przepraszam że wchodzę - czy możecie wyjaśnić jak to wygląda praktycznie? Bo czytam o tej wodzie jako granicy, jako czymś co zmienia stan, ale nie rozumiem czy chodzi o zwykłe mycie rąk, o zanurzenie przedmiotu, o coś zupełnie innego. Różne rzeczy tu padały i trochę się pogubiłem.
I to jest dla mnie clou całego wątku - że dotyk fizyczny czegoś nie zastępuje. W numerologii często pracuje się bardzo mentalnie, bardzo w głowie, i zauważam że jak coś robię tylko w myślach to jest inaczej niż kiedy piszę, dotykam, mam fizyczny kontakt z tym co robię. Jakby ciało musiało też wiedzieć.
A co z sytuacją kiedy ktoś w domu nie rozumie po co to robisz i też dotyka tych samych rzeczy? Mieszkam z rodziną i zastanawiam się czy praca z wodą w domu ma w ogóle sens jeśli nie mam kontroli nad tym kto z czym ma kontakt.
Kenta_88 powiedziała coś ważnego - że nie ma kontroli nad tym kto dotyka. I myślę że to jest pytanie które większość z nas ma gdzieś z tyłu głowy ale rzadko mówi wprost. Bo ideał pracy w izolowanej, sterylnej przestrzeni to jedna rzecz, a życie to inna. Ja też nie mieszkam sama i też mam miejsca do których inni podchodzą. I przez lata wypracowałam sobie coś w rodzaju podejścia opartego na regularności zamiast na kontroli. Nie mogę kontrolować każdego dotyku, ale mogę wracać regularnie i świadomie do tego co jest moje. Woda jest tu właśnie tym gestem powrotu.
A co jeśli ktoś zupełnie nie ma możliwości wydzielenia takiego miejsca? Pytam serio bo mam kawalerkę i dosłownie wszystko jest w jednym pomieszczeniu. Nie ma mowy o żadnym kącie który byłby tylko mój.
No to już wchodzimy w czysty efekt placebo. Zamknięta skrzynka chroni przed energią? Serio? Energia nie zna pojęcia "pokrywka".
