I żeby wrócić do wody w tym wszystkim - bo pytanie Gorisa jest dla mnie interesujące. Jeśli nie ma fizycznej granicy przestrzennej, to woda jako gest granicy na ciele nabiera jeszcze większego znaczenia. Czyli zamiast granic miejsca, granica na skórze. Mycie rąk przed i po pracy jako jedyny rytuał przejścia który masz. I może to jest nawet czystsze niż poleganie na miejscu.
W praktykach jogi i ajurwedy jest coś co można by tu porównać - mycie twarzy i rąk przed poranną praktyką nie ma określonego czasu, ale jest wykonywane z pełną uwagą, jako pierwsze świadome działanie dnia. To nie jest higiena w tym momencie, to jest ustawianie się. I właśnie ta jakość uwagi jest tym co odróżnia gest rytualny od mechanicznego.
Słuchajcie, jest tu jeszcze jeden wątek który pominęliśmy przy całej rozmowie o dotyku i wodzie. Paracelsus, o którym wcześniej wspomniałem, pisał też o wodzie żywej i wodzie martwej - aqua viva i aqua mortua. Nie chodzi o chemię oczywiście, ale o to że woda stojąca w zamkniętym naczyniu traciła dla niego "charakter" i wymagała ożywienia. Ożywienie polegało na ruchu, przepływie, ale też na świadomym kontakcie. Ciekawe że to co tu opisujecie z wymianą wody przy ołtarzu pokrywa się z tą zasadą dosłownie.
To tłumaczy dlaczego woda którą wymieniam rzadko albo zostawiam za długo czuje się inaczej niż świeża. Zawsze myślałam że to tylko skojarzenie z zaniedbaniem, a tu wychodzi że jest za tym jakaś głębsza zasada.
I właśnie dlatego w słowiańskich praktykach woda do rytuałów była zawsze czerpana, nie stojąca. Szło się do źródła albo rzeki, a nie po wodę która stoi w wiadrze od trzech dni. Ten kontakt z przepływem był częścią jej wartości. Nie przechowywano jej długo - albo używano od razu, albo wracano po świeżą. To nie był przypadek tylko zrozumienie że woda ma coś co można utracić.
A co jeśli nie mam dostępu do żadnego naturalnego źródła i używam tylko kranówki? Czy jest jakiś sposób żeby ją "ożywić" zanim użyje się jej do czegoś?
Ciekawe co mówisz, Malinowo, bo przelanie przez dłonie to dokładnie to co Paracelsus opisywał jako ożywienie wody przez ciepło ludzkiego ciała. On to traktował bardzo dosłownie - dłonie są granicą między mikrokosmosem a makrokosmosem i woda przechodząc przez nie "wchłania" coś z tego przejścia. Nie twierdził że to magia, twierdził że to fizjologia w sensie ówczesnego rozumienia ciała. Ale co do twojego zanurzenia rąk - jak długo to zazwyczaj trwasz?
A co z deszczówką? Mam możliwość zbierania jej z ogrodu - czy to lepsza opcja niż kranówka, skoro jest w ruchu zanim trafi do naczynia? Zastanawiam się czy sam fakt spadania z nieba i zbierania nie zastępuje tego przelania przez dłonie.
Deszczówka ma w tradycji słowiańskiej osobne miejsce - była zbierana na Zielone Świątki albo w czasie burzy i traktowana inaczej niż woda ze źródła. Nie lepsza ani gorsza, po prostu inny charakter. Woda deszczowa była kojarzona z niebem, nie z ziemią, więc używano jej do innych celów. Do oczyszczania ciała i włosów - tak. Do rytuałów ziemnych, zakorzenienia - rzadziej, bo traktowano ją jako zbyt "lekką". Więc pytanie do czego chcesz jej użyć.
akurat mam na myśli ogólne używanie do praktyk, jeszcze nie wiem do czego konkretnie. Ale ta różnica między wodą nieba a wodą ziemi jest dla mnie nowa. Nigdy o tym nie myślałam w tych kategoriach.
Przepraszam że wchodzę z innym pytaniem, ale siedzę i czytam od jakiegoś czasu i zastanawiam się - skoro tak ważne jest to co czujemy podczas mycia czy przelewania wody, to co z momentami kiedy nie czujemy nic? Robię to mechanicznie, bez skupienia, i czy wtedy to w ogóle ma jakiś sens czy lepiej w ogóle nie zaczynać?
Ja mam inne pytanie do całej tej dyskusji o wodzie. Mówimy dużo o myciu rąk, ale co z kąpielą jako czymś bardziej całościowym? Bo u mnie działa inaczej - mycie rąk to dla mnie bardziej reset przed lub po konkretnym działaniu, a kąpiel to jakby coś głębszego, trudno to opisać, bardziej zmiana stanu niż przejście między czynnościami.
To rozróżnienie jest bardzo stare. W tradycjach słowiańskich łaźnia, bania, nie była tylko myciem ciała - ona była przejściem. Czymś granicznym. Wychodziło się z niej jako inna osoba, w sensie rytualnym. Dlatego przed ważnymi momentami - weselami, pogrzebami, inicjacjami - zawsze była kąpiel. To nie było o higienie, to było o tym że trzeba zmienić skórkę zanim wejdziesz w nową przestrzeń. Ręce resetują punkt, kąpiel zmienia całość.
A czy w takim razie zwykły prysznic codziennie rano też może coś takiego robić, czy to wymaga jakiegoś świadomego nastawienia? Pytam bo słucham całej tej rozmowy i zaczynam inaczej patrzeć na to co robię każdego dnia nie myśląc o tym zupełnie.
Ale jak fizycznie to zrobić żeby nie wyszło sztucznie? Mówię poważnie - budzę się, jestem półprzytomny, muszę szybko wyjść. Jestem w stanie zrozumieć że prysznic może być czymś więcej, ale jak to wdrożyć kiedy głowa jeszcze nie działa?
Wracając do tego co powiedziała Dziewanna o bani - jest coś jeszcze co mnie przy tym uderzyło. Łaźnia jako przestrzeń graniczna pojawiała się też w tradycjach germańskich, skandynawskich, celtyckich. Para, woda, ogień - wszystkie żywioły jednocześnie. Niektórzy badacze rytuałów uważają że to właśnie ten element graniczności sprawia że doświadczenie fizyczne jest tak głęboko zapamiętywane przez ciało. Nie metafora, dosłowna pamięć mięśniowa i nerwowa. To może być odpowiedź na pytanie Younga - ciało zapamiętuje intensywniejsze doznania lepiej niż myśl.
Myślę że cokolwiek co wyraźnie sygnalizuje ciału "to był koniec tamtego, a teraz zaczyna się coś innego". Forma nie jest aż tak istotna jak wyraźność sygnału. Herbata może działać, ale tylko jeśli jest robiona zawsze po, nigdy inaczej, i ciało kojarzy ją z tym przejściem. Przypadkowa herbata nie zrobi tego samego co herbata jako element sekwencji. I tak wracamy do tego co Igorek mówił o śladzie, tyle że od drugiej strony.
to co mówisz o sygnale dla ciała - to ma sens, ale mam pytanie praktyczne. Mówisz "zawsze po, nigdy inaczej". Ale co jeśli ktoś zaczyna od zera i nie ma jeszcze żadnych nawyków? Skąd wziąć ten pierwszy kotew, zanim ciało się nauczy?
Właśnie skończyłam czytać cały wątek od początku i mam wrażenie że cały czas krążymy wokół jednego pytania, tylko z różnych stron - czy to działa przez wodę, przez dotyk, przez intencję, przez nawyk. I nie wiem czy da się to rozdzielić. Może to są różne opisy tego samego mechanizmu.
No ale jak tego nie rozdzielisz to nie wiesz co tak naprawde działa i możesz sobie wmawiać co chcesz. Nauka właśnie na tym polega żeby oddzielać zmienne. Jak wszystko wrzucasz do jednego worka i mówisz "to działa razem" to nie masz żadnej weryfikacji.
Jest coś jeszcze w tym wątku o dotyku i wodzie, czego nie poruszaliśmy. Różne tradycje rytualne używały wody w sposób wyraźnie kierunkowy - z góry na dół, od środka na zewnątrz, od głowy ku stopom. To nie była przypadkowa kolejność. W części tradycji żydowskich netilat jadajim, czyli obmycie rąk, ma bardzo precyzyjny kierunek i kolejność: prawa, lewa, prawa, lewa, trzy razy. Nie dwa, nie cztery. To sugeruje że nie tylko woda i dotyk, ale też sekwencja i kierunek były uważane za istotne.
W słowiańskich źródłach jest mniej precyzji co do kierunku samego mycia, ale jest wyraźna zasada dotycząca kierunku odlewania wody po rytuale - wodę po oczyszczeniu wylewało się zawsze poza dom, nie do środka, i na wschód lub południe, nigdy na zachód. Kierunek był związany z tym dokąd chcesz żeby "odszedł" oczyszczony ładunek, nie z samą techniką mycia.
To co mówisz o kierunku wylewania wody mnie zatrzymało. Nigdy o tym nie myślałam - że woda po rytuale jest czymś innym niż przed. Że trzeba się nią pozbyć w określony sposób. Jak to wygląda u ciebie praktycznie, Dziewanna? Masz zlew czy wychodzisz na zewnątrz?
Wróciłem do tego wątku bo coś mi nie dało spokoju. Ta cała rozmowa o kierunkach, sekwencjach, wodzie po rytuale - to jest odpowiedź na pytanie które zadałem wcześniej, tylko z innej strony. Pytałem co się dzieje jak robię to mechanicznie bez skupienia. Teraz mi wychodzi że może ważniejsze jest co robię zanim i po, niż sam środek.
Mam wrażenie że trochę mieszamy dwa różne poziomy. Jest poziom codzienny - mycie, prysznic, nawykowo zbudowane przejście. I jest poziom intencjonalnego rytuału kiedy robisz coś konkretnie i celowo. One nie działają tak samo i nie powinny. Porównywanie ich jest jak porównywanie drzemki i głębokiego snu - oba są spaniem ale funkcja inna.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam jedno głupie pytanie bo jestem bardziej z astrologicznego świata - czy istnieje coś takiego jak pora doby albo faza księżyca która ma znaczenie przy tych obmyciach rytualnych? Albo to jest bez znaczenia przy wodzie?
Wracając do dotyku - bo właściwie nazwa wątku mówi o fizycznym kontakcie, a my coraz bardziej odpływamy w stronę wody jako symbolu. Mam pytanie o samą rękę, palce, nacisk. W praktyce runicznych masaży ciała - jest różnica między nałożeniem runy pędzlem a narysowaniem palcem na skórze. Kontakt ciała z ciałem, bez pośrednika, jest traktowany jako coś jakościowo innego. Czy przy pracy z wodą macie podobne odczucia - że rękoma jest inaczej niż na przykład naczyniem?
