A propos spontaniczności - czy ktoś miał tak że rysunek zaczął się jako jedno, a skończył jako coś zupełnie innego? Bo mi się ostatnio zdarzyło że chciałam narysować coś spokojnego, coś z natury, a wyszło zupełnie inaczej. Zdziwiłam się patrząc co narysowałam. Nie wiem jak to nazwać.
To co opisujecie - ten moment kiedy rysunek idzie w innym kierunku niż zakładałyście - to jest właściwie jeden z argumentów za tym, żeby w ogóle używać rysowania zamiast pisania przy takich procesach. Pismo jest bardziej kontrolowane syntaktycznie. Ręka prowadzona przez obraz obchodzi cenzurę. Jung całe life pisał o automatycznym rysowaniu jako dostępie do treści, których inaczej by się nie dotknęło. To nie jest żadna mistyka - to po prostu inny kanał.
A Jung to robił na serio, naukowo, czy to bardziej jego własne filozofowanie? Bo wiem że miał te słynne Czerwone Księgi i to wyglądało jak... nie wiem, bardziej jak sztuka niż nauka.
Weszłam do tego wątku przypadkiem szukając czegoś innego, ale zostałam. Mam jedno pytanie do Pustelnika - te Czerwone Księgi to są dostępne? Bo nigdy nie słyszałam o tym że Jung dosłownie rysował, myślałam że tylko pisał teorie.
Dobra, ale wracając do tego co mówiła Gabrysia i Jolanta - ten moment kiedy rysunek idzie w inną stronę. Czy to jest coś czego można się nauczyć, tzn. nie przerywać, puszczać dalej? Bo mi się zdarza że jak zaczynam coś rysować i widzę że idzie "nie tak jak chciałam", to poprawiam. I może właśnie dlatego nic z tego nie mam.
To co opisuje Kinia.2 z tym przerywaniem - znam to dobrze. I myślę że tu nie chodzi o naukę "puszczania", bo to brzmi jak kolejna technika do opanowania. Raczej chodzi o to, żeby zauważyć co się dzieje w momencie kiedy chcesz poprawić. Co konkretnie cię zatrzymuje? Że jest brzydko? Że idzie w nieoczekiwane miejsce? Bo to są dwie zupełnie różne blokady.
A to jest w ogóle ważne żeby przechowywać? Bo mi sie wydawało że część takich prac jest po to żeby je zniszczyć. Spalić, zakopać, wyrzucić. Nie musisz z tym żyć jeśli nie chcesz.
Radek65 dobrze trafił. Zniszczenie rysunku to osobny akt i ma swoją wagę - może nawet większą niż samo tworzenie. W niektórych tradycjach mandale piaskowe tybetańskich mnichów są rozsypywane zaraz po ukończeniu, i to jest celowe. Praca nie jest celem samym w sobie, jest procesem. Jeśli rysunek żałobny spełnił swoje zadanie, nie ma powodu żeby wisiał na ścianie.
O! Nie wiedziałam że chodzi o to zniszczenie. Myślałam że chodzi tylko o sam proces rysowania. To właściwie zmienia moje myślenie o całej sprawie - że nie muszę się bać co potem z tym zrobię.
A co jak nie wiesz czy skończyłaś? Bo ja mam wrażenie że przy żałobie to nigdy nie jest jasne kiedy "koniec". Można się z tym rozstawać latami.
To jest właściwie kluczowe pytanie tego całego wątku. Żałoba nie ma naturalnego punktu zamknięcia - to co judaizm nazywa jorcajt, a co katolicyzm robi przez zaduszki, to zewnętrzne ramy nałożone na coś co nie ma własnej granicy. Rysunek może mieć podobną funkcję - nie jako dowód że "skończyłeś", ale jako znacznik. Kolejna rocznica, kolejny rysunek, kolejne świadome spotkanie ze stratą. Niekoniecznie jedno i finalne.
To jest dla mnie nowe myślenie. Że można wracać do tego rysowania. Że to nie musi być jeden wielki rytuał tylko seria mniejszych momentów. To jakoś mi ulżyło czytając to.
Weszłam kilka postów wcześniej i to co Pustelnik napisał o jorcajt - czy ktoś wie więcej o tym jak to działa? Bo wydaje mi się że to jest konkretna data, rocznica śmierci, i że się zapala świeczkę. Ale czy jest coś jeszcze, jakiś element wizualny albo coś co można by powiązać z tym rysowaniem?
A czy ktoś właśnie tak robi - rysuje coś przy rocznicach? Bo to brzmi jak coś co mogłabym zacząć robić, ale zastanawiam się jak to wygląda praktycznie. Czy to ma być zawsze podobny motyw, czy za każdym razem coś nowego?
Zastanawiam się czy w takim rocznicowym rysowaniu chodzi o osobę którą się straciło, czy o to co się samemu przeżyło od ostatniego razu. Bo to chyba mogą być dwie różne rzeczy - portret osoby kontra coś co opisuje twój własny stan. Czy to ma znaczenie co wybierzesz?
I tu wracamy trochę do początku tego wątku - czy rysunek jest dla siebie czy dla osoby która odeszła. Bo to co mówi Shangie sugeruje że może być oba naraz, tylko w różnym rozłożeniu. Ale jak to poczuć który moment jest który?
Ja myślę że to co Mirek opisuje jest właśnie normalne. Jak zaczynam od zewnętrznego impulsu to i tak wychodzi coś mojego. Raz próbowałam narysować twarz mamy, a wyszła jakaś abstrakcja ktora w ogole jej nie przypominała, ale jak na nią patrzyłam to wiedziałam że to o niej. Nie wiem jak to wytłumaczyć.
To co Gabrysia opisuje ma głęboki sens jeśli się na to spojrzy przez pryzmat tego jak ikony funkcjonują w prawosławiu albo jak portrety przodków działają w tradycji Día de los Muertos. Podobizna nie musi być fotograficzna żeby pełnić funkcję punktu kontaktu. W niektórych tradycjach wręcz celowo unika się zbyt dosłownego odwzorowania, bo twarz jest czymś zbyt intymnym żeby ją zamknąć w rysunku. Pytanie co dla ciebie, Gabrysia, oznaczała ta abstrakcja - czy czułaś że jest jej blisko, czy że jest twoja?
Wcale nie za poetycko. Ja mialem cos podobnego z przedmiotem, nie z rysunkiem, ale ten efekt granicy to rozumiem. Ze cos jest i twoje i nie twoje jednoczesnie. Bardzo dziwne uczucie ale tez chyba najszczersze co mozna osiągnąć w takich momentach.
To rozróżnienie Radka jest dla mnie ważne. Przedmiot po kimś niesie jego przeszłość, rysunek tworzysz ty - niesie twoją teraźniejszość i twoje przeżywanie tej straty. Te dwie rzeczy mogą się uzupełniać, ale nie są tym samym. Dlatego chyba nie powinno się ich stawiać jako alternatyw.
Bardzo mi to pomaga, dziękuję obojgu. Ale teraz mam inne pytanie - jeśli rysunek to moja teraźniejszość jak mówi Shangie, to co z tym robimy kiedy teraźniejszość się zmienia? Bo żałoba za rok wygląda inaczej niż żałoba zaraz po stracie. Czy rysunki z różnych momentów miałyby się jakoś układać w całość?
Mirek zadał właśnie pytanie które mnie też nurtuje od jakiegoś czasu. Zbieram różne rzeczy związane z bliską osobą, nie tylko rysunki, i zastanawiam się czy to jest zdrowe czy zamrażam coś co powinno się ruszać do przodu.
Chyba jako ruch. Ostatnio coś zabrałam, bo poczułam że już nie muszę tego mieć. Ale nie wiedziałam że to ma jakąś tradycję za sobą. To trochę mnie uspokaja.
A wracając do rysunków i tego co Mirek pytał - czy ktoś próbował robić serię? Jak dosłownie wracał do tematu kilka razy przez długi czas i teraz ma te prace obok siebie? Bo to brzmi jak coś co mogłoby dużo powiedzieć, ale wyobrażam sobie że to może być też przytłaczające.
To jest stare spostrzeżenie - że obraz dociera tam gdzie słowo grzęźnie. Dlatego w niektórych nurtach pracy z traumą celowo odchodzi się od narracji werbalnej w stronę rysunku, ruchu, dźwięku. Nie po to żeby być artystą, tylko po to żeby ominąć cenzurę którą nakłada język. Przy żałobie to szczególnie widoczne, bo mamy gotowe frazy na stratę i one potrafią bardzo zamknąć to co rzeczywiście czujemy.
Mnie to co Shangie napisała o intencji przypomina rozmowę którą mialem kiedys z kimś kto zajmuje się pracą z ciałem po stracie. Mówił że nie technika jest ważna, tylko czy robisz coś świadomie czy z bezsilności. To może dotyczyć rysunku tak samo jak wszystkiego innego. Czy ktoś tu robił coś konkretnego żeby wejść w tę świadomość przed rysowaniem?
Ja raczej nigdy nie planuje kiedy i co rysuję, po prostu mi przychodzi. Ale teraz jak o tym czytam to zastanawiam sie czy to jest problem. Bo może jak nie mam tego wejścia i wyjścia to zostawiam coś otwartego? Albo to nie ma znaczenia jeśli nie masz konkretnego celu?
