Ale jak ktoś nie zna junga i nie ma żadnego kontekstu, to jak ma to ocenić? Bo czytam i mi się wydaje że chyba dużo zależy od tego czy się ma jakieś narzędzia do interpretacji, a wielu ludzi po prostu rysuje bez żadnej teorii z tyłu głowy.
Ja właśnie jestem z tych co rysują bez teorii. I szczerze mówiac nie jestem pewna czy to mi przeszkadza. Może jak się wie za dużo to zaczyna się interpretować zamiast po prostu być z tym rysunkiem?
A wiecie co - ta wzmianka o Lascaux to mi otworzyła coś w głowie. Bo my cały czas mówimy o rysunkach jako o czymś indywidualnym, przeżyciu jednej osoby. A te jaskiniowe malowidła były chyba wspólne. Czy żałoba i rysunek mogą być zbiorowe?
To jest super pytanie. W sumie pogrzeby są zbiorowe, a jakoś nie ma takiej przestrzeni gdzie się razem rysuje żeby pożegnać. Czy coś takiego w ogóle istnieje?
Wracając do tego co Radek powiedział - w niektórych tradycjach andyjskich jest coś co się nazywa despacho, to rodzaj kolektywnie tworzonego ofiarowania. Każda osoba coś do niego dodaje, coś rysuje albo przynosi, i całość jest spalana razem. Nie jest to dokładnie żałoba, ale ma ten element że obraz jest budowany przez wielu naraz.
Ale właśnie - czy ten zbiorowy aspekt nie zmienia czegoś fundamentalnego? Bo jak każdy coś rysuje z własnej straty, to kto to jest? Suma? Każdy ma swój kawałek? Czy powstaje coś trzeciego?
To jest pytanie które pojawia się też przy ikonografii średniowiecznej - katedry były zbiorowym dziełem, nikt nie podpisywał. Efekt był "niczyj" a przez to może bardziej wspólny. Ale tamte obrazy nie były o osobistej stracie tylko o zbiorowej wierze. Nie wiem czy żałoba działa tak samo.
A wiesz co, może właśnie nie chodzi o to żeby żałoba działała "tak samo" tylko żeby miała inne ujście. Indywidualny rysunek przetwarza twoją stratę, zbiorowy może dawać poczucie że nie jesteś w tym sam. To są dwie różne potrzeby.
Chyba masz rację Radek. Ja po swojej największej stracie nie chciałam być sama ze swoją żałobą, ale też nie chciałam żeby ktoś ją widział. I nie wiem czy rysunek zrobiony razem z kimś by mi wtedy pomógł czy jeszcze bardziej mnie otworzył kiedy nie byłam gotowa.
Zastanawiam się czy nie jest tak, że w żałobie przez jakiś czas w ogóle nie wiadomo czego się chce. I może rysunek jest jedną z nielicznych rzeczy które nie wymagają żebyś wiedziała - po prostu robisz i jakoś to jest.
To co Shangie mówi o braku konieczności deklaracji - to mi przypomina coś z tradycji tybetańskiej. Przy przejściu duszy lama czyta tekst przez wiele godzin, a umierający ani rodzina nie muszą "rozumieć". Obecność i działanie wystarczają. Może rysunek działa podobnie - nie wymaga rozumienia, żeby coś robił.
To porównanie z tybetańskim czytaniem przy umierającym jest mocne. Bo tam ten tekst działa niezależnie od tego czy ktoś słyszy, rozumie, jest przytomny. I jakoś to nie jest traktowane jako nieskuteczne tylko dlatego że odbiorca nie potwierdza odbioru. A z rysunkiem w żałobie podobnie - nie musisz wiedzieć dlaczego rysujesz tego konkretnego ptaka albo tę konkretną linię. Po prostu jest.
Ale czy to nie jest trochę wygodne takie podejście? Że skoro nie trzeba rozumieć to zawsze można powiedzieć że zadziałało? Nie mówię że jest złe, tylko że trochę trudno wtedy ocenić cokolwiek.
Ja mam problem z tym słowem "zamknięte". Bo u mnie nigdy nie było żadnego zamknięcia, rysunek ani żaden inny rytuał tego nie dał. I nadal czasem wracam do tych rysunków i jest ciężko. Ale jakoś inaczej ciężko niż na początku. Nie wiem czy to jest to czego szukasz Kinia.
To co Jolanta mówi o formie jest ważne jeśli chodzi o samą istotę rysunku jako rytuału. W tradycjach szamańskich z różnych kręgów kulturowych forma nadana doświadczeniu - czy to dźwiękiem, obrazem, przedmiotem - zmienia relację między człowiekiem a tym doświadczeniem. Nie likwiduje go, ale przestaje być ono czymś amorficznym co zalewa. Staje się czymś co możesz obejść dookoła. Patrzeć na to z boku. Griefowi nadajesz kontur.
Griefowi nadajesz kontur - to zdanie zostaje. Ale mam pytanie Pustelnik, bo nie jestem pewien czy dobrze to rozumiem. Czy ten kontur musi być trwały? Bo np. mandale tybetańskie są niszczone zaraz po stworzeniu. Czy rysunek w żałobie też można/trzeba niszczyć?
i Radek - to pytanie o niszczenie jest dla mnie bardzo konkretne, bo sam przez długi czas nie wiediałem co zrobić z rysunkami które robiłem po śmierci ojca. Leżały w szufladzie i czułem że nie mogę ich wyrzucić, ale też nie chciałem na nie patrzeć. Jakby utknęły razem ze mną.
