Siedzę ostatnio nad starymi zapiskami dotyczącymi kadzideł w tradycji hermetycznej i coraz bardziej zastanawia mnie jedna rzecz. Mamy dwa zupełnie różne podejścia do zapachu w magii - jedno mówi, że zapach to nośnik intencji, drugie, że sama substancja chemiczna działa na ciało i umysł niezależnie od tego, co o tym myślimy. I te dwie szkoły nijak się nie chcą ze sobą pogodzić. W Corpus Hermeticum zapach kadzidła był traktowany jako dosłowny pokarm dla bytów duchowych, nie metafora, nie symbol - pokarm. Arabscy alchemicy z kolei pisali o aromacie jako o "duszy rośliny" odrywającej się od materii przy spalaniu. To jest coś więcej niż chemia, ale czy to znaczy, że chemia nie gra żadnej roli? Mirra ma udowodnione działanie na receptory bólowe, frankincense zawiera kwas boswelliowy wpływający na układ nerwowy. Czy ktoś w ogóle próbował to rozdzielić w praktyce? Tzn. używać tej samej substancji raz z intencją, raz bez, i porównać efekty?
To pytanie o rozdzielenie intencji od substancji jest właściwie bardzo trudne metodologicznie, bo my sami jesteśmy zmienną w tym eksperymencie. Ale słyszałam o podobnym podejściu w tradycji ajurwedyjskiej - tam mówi się o "pranie" rośliny, czyli jej sile życiowej, i ta prana ma być czymś odrębnym od składników chemicznych. Roślina zbierana w pełni księżyca przez kogoś, kto rozumie jej przeznaczenie, ma mieć inną pranę niż ta sama roślina zerwana mechanicznie na plantacji. Nie wiem, czy to jest weryfikowalne, ale zauważam u siebie różnicę, kiedy używam kadzideł, które sama zebrałam albo kupiłam od kogoś, kto to robi świadomie, a kiedy biorę coś z marketu. Może to placebo, może nie - ale efekt jest.
Ja to chce sie wtrącic bo mam inne podejście do tego. Uważam ze intencja TO JEST ta energia i nie można ich rozdzielać, bo to bez sensu. Kiedy spalasz kadzidło bez intencji to jest to jak modlitwa bez wiary - słowa lecą w powietrze i nic. Moja babcia paliła konkretne zioła przy konkretnych sprawach i zawsze wiedziała co robi, po co i dla kogo. I to działało. Nie robiła żadnych ślepych testów, bo po co? Ufała swojej wiedzy. Może właśnie to rozbijanie na składniki zabija samą magię?
Wchodzę tu z boku, bo temat mnie wciągnął. Myślę, że dyskusja trochę mija się z historycznym kontekstem, a szkoda. W tradycji ceremoniału solomoniczego każdej planecie przypisany był konkretny zapach i to nie było arbitralne - to wynikało z całego systemu korespondencji. Saturn - mirra i asafetyda, Słońce - frankincense i drzewo sandałowe, Księżyc - kamphor i eukaliptus w późniejszych wariantach. Ten system był zbudowany na założeniu, że określone substancje mają naturalną afinię z określonymi siłami. Nie chodziło ani o chemię, ani o samą intencję - chodziło o to, że świat jest zbudowany z korespondencji i zapach po prostu do czegoś przynależy. To jest ontologicznie zupełnie inne podejście niż pytanie, czy to chemia czy intencja. Arabski okultyzm, Picatrix zwłaszcza, poświęca masę miejsca temu, jak dobierać zapachy do konkretnych operacji astrologicznych - i tam precyzja jest absolutna, bo złe kadzidło to nie tylko brak efektu, ale potencjalnie zakłócenie całej operacji.
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że mamy podobny problem w runach. Każda runa ma swój dźwięk, ale w niektórych tradycjach skandynawskich mówi się też o jej zapachu - galdr to nie tylko śpiew, ale cały zmysłowy kontekst. Isa pachnie zimnem i żelazem, Kenaz dymem. To nie jest poetycka metafora u tych, którzy to praktykują, to dosłowny opis. I tu właśnie ta kwestia z chemią vs energią pojawia się w bardzo konkretny sposób - bo ten "zapach mrozu" to nie jest zapach chemiczny, to coś innego. Jak wy to rozumiecie?
Przepraszam że się wtrącam bo pewnie to podstawowe pytanie, ale kiedy piszecie o "energii zapachu" to macie na myśli coś konkretnego czy to bardziej metafora? Bo ja rozumiem, że zapach działa na mózg i emocje, to jest nauka. Ale co jest ponad tym?
Wracając do tego, o czym pisał Heliotrop - system korespondencji to jest coś, co mnie od dawna zastanawia praktycznie. Bo jeśli te korespondencje są obiektywne, tzn. istniały zanim ktokolwiek je odkrył i opisał, to skąd tak duże różnice między tradycjami? Frankincense u jednych jest solarny, u innych wiąże się z oczyszczeniem w ogóle bez konkretnej planety. Czy to znaczy, że korespondencje są konwencją, ustalonym językiem, a nie obiektywną właściwością substancji?
Czytam i trochę się gubię, ale mam takie przyziemne pytanie - czy jak w kościele palą kadzidło, to też jest magia? Bo zawsze myślałem, że to tylko tradycja, ale po tym co czytam to nie wiem.
A ja mam pytanie do Filomeny - te zapachy run, o których pisałaś, to jest coś co praktykujesz w konkretny sposób, czy raczej wiesz o tym z przekazów? Bo nigdy nie spotkałam się z tym żeby ktoś faktycznie pracował ze zmysłową całością runy, zazwyczaj to jest śpiew albo wizualizacja, nie zapach.
Ten wątek z runą Isa to jest interesujące, bo przesuwa pytanie w zupełnie inną stronę. Jeśli zapach może być percepcją subtelną, a nie chemiczną - tzn. coś, czego nie ma w powietrzu, ale jest doświadczane zmysłowo - to czy magia zapachów to w ogóle jest kategoria zapachu jako takiego? Może zapach to tylko jeden ze sposobów, w jaki nasz umysł tłumaczy coś, co nie ma dobrego odpowiednika w języku?
To co napisała Melania to jest klucz do czegoś, co mnie od dawna nie daje spokoju. Mirra, cedr, kadzidło właściwe - te substancje przekraczają granice kultur i epok w niemal identycznych kontekstach. Albo rzeczywiście jest w nich coś obiektywnego, albo mamy do czynienia z jakimś głębszym wzorcem percepcji ludzkiej, który niezależnie od szerokości geograficznej reaguje tak samo na te związki. Nie wiem, co jest bardziej zaskakujące.
To co Melania pisze o handlu to jest ważne, bo zmienia pytanie. Może nie chodzi o to, że te substancje mają obiektywne właściwości magiczne, tylko że skoro były rzadkie i kosztowne, to automatycznie stawały się wartościowe rytualnie? Droga ofiara ma więcej sensu jako gest wobec bóstwa niż tania. I potem to znaczenie się utrwala niezależnie od chemii.
Ale chwila, bo chce sie upewnić że dobrze rozumiem - Heliotrop, mowisz że to może być po prostu chemia mózgu? Że układy limbiczne reagują podobnie na te substancje i stąd podobne użycia? Ale to by oznaczało ze magia zapachów to jest tylko neurologia i nic więcej.
To jest pytanie, które mnie też krąży po głowie od jakiegoś czasu. Czy mechanizm to samo co wyjaśnienie? Bo jeśli ktoś powie, że muzyka to "tylko" fale dźwiękowe i reakcje ślimaka w uchu, to technicznie ma rację, ale coś istotnego pomija. Nie wiem jednak jak to przenieść na magię zapachów w sposób, który nie byłby tylko ucieczką od pytania.
A ja mam głupie pytanie może - te kadzidła w kościele, o których pisał wcześniej Alchemik, to zawierają ten borneol czy inne takie substancje? Bo teraz myślę, że może tam też jest jakaś chemia za tym wszystkim i dlatego ludzie czują się inaczej podczas mszy.
Poczekajcie, bo to mnie uderzyło. Jeśli kadzidło kościelne ma udokumentowane działanie na mózg, a kościół tego nie wie albo wie i nie mówi, to czy to znaczy, że rytuał działa "naprawdę", tylko nie z powodów, które kościół podaje? To by było dosyć dziwne.
To jest bardzo dobry punkt, ale otwiera inne pytanie. Jeśli różne epoki i tradycje opisują to samo doświadczenie w różnych językach - neurologicznym, duchowym, energetycznym - to czy w ogóle można powiedzieć, który opis jest "prawdziwszy"? Albo czy to ma sens jako pytanie?
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół czegoś, co chcę sprecyzować. Czy mówimy o tym, że zapachy wywołują stany, które POTEM interpretujemy jako magiczne? Czy o tym, że zapachy są częścią rzeczywistego mechanizmu, który zmienia coś poza naszym mózgiem? Bo to są dwa zupełnie różne twierdzenia i mieszamy je od jakichś kilkunastu postów.
Wchodzę tu bo czytałam cały wątek i mam inne skojarzenie. W astrologii zapachy są przypisane do planet nie dlatego, że "działają na mózg", tylko dlatego, że mają ten sam jakościowy charakter co planeta - Mars jest ostry, suchy, przebijający, więc przyporządkowuje mu się piżmo albo siarkę. To jest logika podobieństwa, nie farmakologii. Czy ktoś tu pracuje z zapachami w tym kluczu, astrologicznym?
Sam to praktykowałem przez jakiś czas i mam mieszane odczucia. Pracowałem z korespondencjami przy konkretnych operacjach - słoneczny olibanum przy sprawach związanych z widocznością i autorytetem, saturniński mirt albo cyprys przy sprawach granicy i struktury. Czy działało? Coś się działo, ale nie potrafię oddzielić efektu substancji od efektu skupienia, które substancja wymuszała. Może to jest właśnie odpowiedź na to pytanie Judytki - że te dwa poziomy są nierozłączne w praktyce.
Czytam ten wątek od początku i nie zabrałam głosu, bo nie wiedziałam co dodać, ale to co napisał teraz Alchemik mnie zatrzymało. Że nie można oddzielić substancji od skupienia, które ona wymusza - to brzmi jak coś ważnego. Jak naczynie, które nadaje kształt temu, co w nim jest. Może w ogóle nie ma "czystej intencji" bez jakiegoś nośnika fizycznego.
Wracając do korespondencji planetarnych, bo Heliotrop coś ważnego powiedział i chcę to rozwinąć - w Sefer Yetzirah też są przypisania zapachowe, ale inaczej zorganizowane niż w Picatriksie. Tam zapach jest raczej atrybutem litery albo sfiry, nie planety bezpośrednio. Zastanawiam się czy te systemy w ogóle można porównywać, skoro wyrastają z innej logiki.
A ja się zastanawiam czy w ogóle te systemy musiały sie zgadzac, żeby działać. Znaczy, jeśli w Picatriksie do słońca pasuje olibanum, a w innym systemie coś innego, i oba systemy były używane przez praktykujacych przez wieki - to czy to nie znaczy że substancja jest trochę pretekstem? Ze liczy się co innego?
Przepraszam że się wtrącę, ale rozumiem to tak: każda kultura ma swój zestaw "ważnych" zapachów i przypisuje im znaczenie na podstawie tego, gdzie te zapachy się pojawiały? Kościół, rynek, pole bitwy?
Ale pamięć zbiorowa to coś, co istnieje w ludziach, nie w substancji, prawda? Więc ta substancja nadal działa przez mózg, przez skojarzenia - jak to się ma do pytania z tytułu o energię?
To co Judytka napisała to jest dokładnie węzeł tej dyskusji. Bo jeśli np. żywica drzewa kadzidłowego ma określony profil chemiczny, który u ssaków generalnie redukuje stres - a nie tylko u ludzi z tradycją kadzidłową - to jest to cecha substancji, nie cecha kultury. I teraz: czy to "bardziej" energia czy chemia? Oba terminy opisują coś, co substancja robi niezależnie od obserwatora.
Ale energia w sensie ezoterycznym to nie to samo co energia w sensie biochemicznym. Kiedy ktoś mówi, że zapach "przenosi energię", to chyba nie ma na myśli kilodżuli? Zastanawiam się czy w tej dyskusji nie mieszamy dwóch różnych sensów tego słowa i dlatego kręcimy się w kółko.
