To rozróżnienie między osobistym rytmem a rytmem tradycji jest dla mnie nowe. Zawsze myślałam że jak coś nie jest formalne to nie liczy się tak samo. A może właśnie dlatego działa - bo jest twoje a nie cudze.
To spalanie - kilka osób to już wspominało i chciałem zapytać wprost: czy to w ogóle jest praktykowane jako konkretny rytuał zamknięcia? Bo słyszałem o listach piszanych do zmarłych i palonych, ale nie o rysunkach. Czy ktoś to robił?
Spalanie ma długą historię w różnych tradycjach jako akt transformacji, nie niszczenia. W starożytnym Egipcie papirus z imieniem mógł być spalony żeby uwolnić energię imienia - nie żeby je unicestwić. Podobnie joss paper w tradycji chińskiej: nie niszczy się przedmiotów, tylko wysyła je w innym stanie. Pytanie które mnie tutaj interesuje to czy intencja podczas spalania jest jasna dla rysującego - bo to chyba decyduje czy to zamknięcie czy ucieczka.
To co Agatka pyta jest chyba jednym z trudniejszych pytań w tym wątku. Mnie zastanawia czy w ogóle da się to wiedzieć z góry - może dowiadujesz się dopiero po jakimś czasie, jak już minie i patrzysz wstecz czy coś się zmieniło.
Dziękuję za to, to jest bardzo konkretne. Shangie, a czy ten spokój po którym mówisz - czy może być bardzo cichy, ledwo zauważalny? Bo boję się że będę szukał jakiegoś wyraźnego momentu i go przegapię.
Może to właśnie jest sedno tego co robimy rysując - że nie szukamy momentu olśnienia tylko dajemy sobie możliwość żeby coś się powoli przesunęło. I rysunek, czy to seria, czy jeden, jest po prostu miejscem na to przesunięcie. Trochę jak stwierdzenie że nie musisz wiedzieć kiedy to się skończy żeby zacząć.
To co Shangie mówi o braku teatru jakoś mi ulżyło. Bo ja chyba czekałam na jakiś wyraźny moment i potem się czułam że coś zrobiłam źle bo go nie było. A może po prostu nic się nie dzieje w sposób widoczny i to jest w porządku.
To jest chyba jeden z częstszych problemów gdy ktoś przychodzi do praktyki z wyobrażeniem że każdy akt ma natychmiastowy efekt emocjonalny. W tradycjach gdzie rytuały żałobne były cykliczne - na przykład w japońskim buddyzmie mamy kilka ceremonii rozłożonych na czterdzieści dziewięć dni po śmierci - nigdy nie zakładano że jedno działanie coś zamknie. Chodziło o to żeby w ogóle mieć coś do zrobienia, miejsce na obecność tej straty. Rysunek albo spalenie może działać podobnie: nie jako punkt kulminacyjny, ale jako jeden z momentów w dłuższym czasie.
Ta idea serii zamiast jednorazowego aktu jakoś bardziej do mnie trafia niż myśl o jednym rysunku jako zamknięciu. Może dlatego że jedna kartka wydaje mi się za mała na kogoś ważnego.
I możesz do niego wrócić. To jest coś czego rozmowa nie daje - możliwość powrotu do dokładnie tego samego momentu bez angażowania drugiej osoby. Widzisz ten sam ślad który zostawiłaś tydzień temu i możesz go dopowiedzieć, zamazać, zostawić. Masz nad tym kontrolę.
To rozróżnienie - dodajesz czy sprawdzasz - jest bardzo przydatne. Ale mam pytanie do Shangie albo do Pustelnika: czy w jakiejkolwiek tradycji jest jakiś formalny sposób na to żeby stwierdzić że seria jest skończona? Coś poza własnym poczuciem?
Wracając do tej zewnętrznej ramy - czy ktoś próbował czegoś podobnego przy rysowaniu? Czyli wyznaczyć sobie z góry że to będzie tyle rysunków albo tyle tygodni? Ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce, nie w teorii.
Mnie też ciekawi to co Radek pisze o poczuciu zamknięcia. Czy to przyszło samo, czy świadomie powiedziałeś sobie po siódmym rysunku: koniec? Bo to chyba dwa różne doświadczenia.
To co Radek mówi o rozłożeniu wszystkich razem jest dla mnie bardzo interesujące. Traktowanie tego jako serii od początku, a nie jako zbioru osobnych aktów - to zmienia optykę całej pracy. Seria ma swój łuk, może być kompletna. Pojedynczy rysunek jest zawsze jakby urwany.
Ten "akt nazewnictwa" jakoś mi się spodobał. Bo ja właśnie tak mam - kilka rzeczy rozrzuconych w czasie, do których wracam, i nigdy nie myślałam o tym jako o serii. A może warto po prostu nadać im wspólny tytuł? Dosłownie, jako tytuł serii?
Słucham tej rozmowy i myślę że my cały czas rozmawiamy o końcu, o zamknięciu, o seryjności. A co jeśli ktoś wcale nie dąży do zamknięcia? Może są osoby dla których rysowanie o stracie jest po prostu sposobem na utrzymywanie kontaktu, nie na kończenie?
Kinia poruszyła coś czego chyba nie powiedzieliśmy wprost. W Japonii na przykład butsudan, domowy ołtarzyk z tabliczkami ihai ze szczodatymi imionami przodków, jest czymś stale obecnym w domu - nie zamykasz go, nie chowasz, wracasz do niego codziennie. Żałoba nie jest tam procesem z wyznaczonym końcem, jest elementem trwałej relacji z przodkiem. Więc tak, jest cała tradycja dla której twój opis Kinia jest jak najbardziej zasadny.
To co Pustelnik napisał o ładunku emocjonalnym - czy to znaczy że rysunek zrobiony bez szczególnych emocji, powiedzmy codzienny szkic, nigdy nie będzie miał tej samej głębi? Czy to jest reguła czy raczej tendencja?
To co Shangie mówi o powracaniu bez powodu jest ciekawe w kontekście tego całego wątku o żałobie. W tradycji shinto jest pojęcie tamashiro - miejsca gdzie duch może przebywać. To nie musi być ołtarz, może być zwykły przedmiot, kamień, ale ważne jest że jest rozpoznany i odwiedzany. Może rysunki do których wracamy pełnią podobną funkcję - nie tyle przez to co na nich jest, ile przez to że wracamy.
To pytanie Kini mnie zastanawia, bo ja nigdy nikomu nie pokazywałem swoich rysunków żałobnych. Zawsze zakładałem że to jest coś zbyt osobistego. Ale może przez to też zamknąłem jakiś obieg - że to tylko moje, że to istnieje tylko dla mnie.
Ja raz pokazałam komuś rysunek który zrobiłam po stracie i ta osoba powiedziała że jest smutny. I się poczułam dziwnie, bo z jednej strony miała rację, ale z drugiej strony jakby... odebrała mi go? Nie wiem czy to ma sens.
To co Gabrysia pisze o tym "za szybko" - myślę że to jest coś ważnego w całej tej pracy z rysunkami. Jest jakiś czas kiedy rysunek jest jeszcze otwarty, niegotowy na zewnętrzne spojrzenie. Jak wino czy coś takiego, przepraszam za banalne porównanie, ale nie mam lepszego.
Ale czy to znaczy że każdy rysunek w końcu dojrzewa do bycia pokazanym? Czy są takie które zostają na zawsze prywatne?
Myślę że to zależy od intencji z jaką był robiony. Jeśli robisz rysunek żeby coś przetworzyć, to on spełnia swoją funkcję bez widza. Jeśli robisz żeby utrwalić, upamiętnić - to może poszukuje odbiorcy. Te dwa typy rysunków chyba inaczej dojrzewają.
To co Pustelnik powiedział o tym że ręka idzie dalej niż głowa - to jest dokładnie to co czuję jak rysuję i nie myślę za bardzo. Te rysunki wychodzą zupełnie inaczej niż jak próbuję zaplanować co narysuję. Jakby były z innego miejsca.
No właśnie - bo ja jak mi wyszło coś nieoczekiwanego to nie byłem pewien czy to jest informacja czy zakłucenie. Jak to odróżnić? Czy jak coś jest nieprzyjemne to znaczy że jest prawdziwe, czy że po prostu byłem w złym stanie kiedy rysowałem?
Mam wrażenie że to "zakłócenie" o którym Radek mówi jest ważne samo w sobie. Nawet jeśli nie jest żadną "informacją" z zewnątrz, to pokazuje w jakim byłeś stanie. Rysunek jest jak zapis. Ale rozumiem że to nie zawsze jest komfortowe wiedzieć.
