Zaczęło się od tego, że przeglądałem stare notatki z jednego seminarium o sigilach i natknąłem się na własny rysunek - coś pomiędzy szkicem a automatycznym pisaniem, zrobionym bez żadnego planu. I pomyślałem, że to właściwie działa podobnie, tylko nikt o tym nie mówi wprost. Sigle to w końcu uproszczone, geometryczne formy intencji. Ale rysunki - zwłaszcza te robione bez kontrolowania ręki - mogą nieść coś, czego sigil nie udźwignie: narrację, emocję, cały kontekst sytuacji. Ktoś tu miał podobne doświadczenia z rysowaniem jako praktyką magiczną? Nie mówię o tarocie, nie o mandali jako medytacji - bardziej o celowym rysowaniu z intencją albo wręcz przeciwnie, o całkowicie spontanicznym szkicowaniu, które potem okazuje się mieć znaczenie.
To jest coś, co mnie interesuje od dawna, bo w kilku tradycjach pojawia się ten element - obraz jako nośnik intencji, nie tylko symbol. W Hoodoo masz papierowe petycje, w ceremonialnej magii zachodniej różne diagramy i rysunki planet czy demonów, które traktujesz jak punkt skupienia, nie dekorację. Ale to, o czym piszesz - szkicowanie bez kontroli - to już trochę inny obszar, bardziej automatyczny. Pytanie, czy traktujesz efekt końcowy jako obiekt magiczny, czy sam proces rysowania jest tym, co "robi robotę"? Bo to trochę zmienia całą logikę działania.
Ja nie wiedziałam, że to może mieć związek z magią. Rysuje czasem jak sie budzę po jakimś dziwnym śnie, żeby nie zapomieć - ale to bardziej szkice niż cokolwiek świadomego. Chociaż właśnie, raz zrobiłam taki rysunek i potem przez kilka tygodnii miałam wrażenie, że to co narysowałam jakoś krąży wokół mnie w różnych sytuacjach. Może głupie, nie wiem.
Ja myślałem że sigle to jest właśnie taki uproszczony rysunek intencji, więc nie bardzo rozumiem gdzie jest różnica między siglem a "magicznym rysunkiem". Czy to nie to samo tylko pod inną nazwą? Pytam szczerze bo nie chce się spierać, ale właśnie nie widzę granicy.
No dobrze, ale jak potem używasz takiego rysunku? Chowasz go, spalasz, zostawiasz na widoku? Bo w przypadku sigli ta ostatnia faza - co z nim robisz po stworzeniu - jest dość istotna. A jeśli rysunek jest bardziej narracyjny, bardziej otwarty w formie, to nie wiem, czy te same zasady postępowania w ogóle mają sens.
Dzięki za to wyjaśnienie, naprawdę pomaga mi to zrozumieć różnicę. Chciałem zapytać - a co jeśli ktoś w ogóle nie umie rysować? Znaczy, czy to ma jakieś znaczenie, że rysunek jest "ładny" albo rozpoznawalny? Bo ja na przykład ledwo narysowałbym patyczaka i trochę się zastanawiam czy w ogóle warto to próbować.
Czytam ten wątek i mam pytanie trochę z boku - czy ktoś kiedyś próbował połączyć taki rysunek z konkretną kartą tarota? Bo czytałam gdzieś, że niektóre osoby rysują własną wersję karty, żeby głębiej wejść w jej znaczenie albo "uaktywnić" jakiś aspekt. Nie wiem czy to jest w ogóle bliskie temu, o czym tu mówicie.
Wracając do pytania o to, co robisz z rysunkiem po fakcie - myślę, że tu jest sedno różnicy między tym a siglem. Sigile w tradycji Spare'a albo Carrolla mają swój protokół: tworzysz, ładujesz w momencie rozkoszy czy intensywnego skupienia, potem zapominasz albo niszczysz. Ale rysunek, który ma narrację, który jest czyimś doświadczeniem - wyobrażam sobie, że spalenie go mogłoby zamknąć coś, co miało pozostać otwarte, albo odwrotnie, zostawienie go może utrzymywać pewien stan, który miał się skończyć. Co ty z nimi robisz?
Dołączam się, bo ten temat mnie poruszył. Niedawno straciłam bliską osobę i gdzieś czytałam o tym, że rysowanie albo pisanie może pomóc w żałobie - ale nie w takim terapeutycznym sensie, tylko bardziej jako rytuał pożegnania. Jakby dać tej osobie coś materialnego z siebie. Czy ktoś z was miał coś takiego? Nie wiem, czy to się kwalifikuje do tej rozmowy, ale wydaje mi się, że właśnie o tym piszecie.
Bardzo dziękuję że ten temat tu się pojawił, bo nigdy bym nie skojarzyła rysowania z magią. Zawsze myślałam, że magia to rytuały ze świecami i ziołami i tak dalej. A tu wychodzi, że kartka i ołówek mogą wystarczyć. To jakoś zmienia mi perspektywę na całą tę dziedzinę.
Czytam teraz jeszcze raz ten post Pustelnika o gnosie i smutku jako stanie aktywującym - i jakoś to do mnie trafia. Nie chcę robić czegoś "poprawnie", chcę po prostu usiąść i narysować go. Takim, jakim go pamiętam. Czy to wystarczy, żeby to miało jakiś sens jako pożegnanie? Nie oczekuję cudu, chcę tylko... zamknąć coś.
To ważna obserwacja, którą Gabrysia poruszyła - i ona pojawia się też w kontekście praktyk żałobnych w różnych kulturach. W tradycji Dagary z zachodniej Afryki - Malidoma Somé dużo o tym pisał - rytuał żałobny nie jest z góry ustrukturyzowany w sensie emocjonalnym. Wspólnota jest, forma jest, ale to, co człowiek czuje i robi w środku tej formy, jest jego własne i nieplanowane. Rysunek może działać podobnie - dajesz sobie formę, siadasz z kartką, a reszta się wydarza. Pytanie o to, co się potem z rysunkiem dzieje, faktycznie wyłania się dopiero na końcu.
Somé to ten co pisze o inicjacjach w Afryce? Czytałem fragmenty, ale nie wiedziałem że ma coś na temat żałoby specyficznie. Czy to jest przetłumaczone na polski bo na angielskim to bym musiał mozolnie...
Ja może zapytam coś głupiego ale - czy rysunek zrobiony na zwykłej kartce z zeszytu działa tak samo jak na jakimś specjalnym papierze? Bo czytam ten wątek i zaczynam myśleć, że chciałabym spróbować, ale zawsze się zastanawiam czy nie powinam mieć jakichś "właściwych" materiałów. Trochę się siebie wstydzę za to pytanie ale jednak pytam.
To porównanie z gotowaniem mi się podoba. Ale mam inne pytanie - czy ktoś próbował robić taki rysunek z intencją, a potem go opisywać? Znaczy, nie pisać zamiast rysowania, ale dopisywać słowa do rysunku, takie notatki na marginesie? Ciekawi mnie czy to nie miesza konwencji za bardzo.
No właśnie nie wiem. Chyba chciałabym spróbować i zobaczyć. Ale mam wrażenie że jak zaczynam pisać to "wychodzę" z rysunku, wiesz? Jakby dwa tryby działania.
Ja mam dokładnie to samo! Jak rysuję to jestem w jednym miejscu, a jak piszę to jakby włącza mi sie inna część głowy i zaczyna analizować. Nie wiem czy to ma sens magicznie ale tak to czuję fizycznie.
A może to po prostu kwestia półkul mózgowych i tyle, nie żadna magia? Serio pytam, nie złośliwie. Lewa do języka, prawa do obrazów. Może właśnie dlatego się przełącza.
Ta rozmowa bardzo mi pomaga, dziękuję wam. Zaczęłam wcześniej coś szkicować - jeszcze nie skończyłam - ale mam teraz dziwne pytanie: co jeśli rysunek wyjdzie "za smutny"? Tzn. jak to oceniam patrząc na niego potem i jest mi bardzo ciężko, to znaczy że coś zrobiłam nie tak, czy to normalne?
I jeszcze jedna rzecz, żeby nie zostawić tego bez dopowiedzenia - w wielu tradycjach żałobnych nie chodzi o to, żeby "zamknąć ból" raz na zawsze. Chodzi o stworzenie momentu, w którym ból jest uhonorowany, uznany. Rysunek może być tym momentem. Co z nim potem - czy go schowasz, czy spalisz, czy zostawisz na chwilę na widoku - to już następny krok, nie obowiązek.
To co Shangie napisała na końcu - że chodzi o uhonorowanie bólu, nie zamknięcie go - to mi coś kliknęło. Bo ja zawsze myślałem że rytuały żałobne mają być takim ostatecznym "koniec, idź już". A tu wychodzi że nie do końca. Czy ktoś wie czy w tych zachodnich tradycjach, chrześcijańskich mam na myśli, jest coś podobnego? Bo pogrzeb to jednak dość formalna sprawa i nie wiem czy tam jest miejsce na taki wymiar.
A właśnie, to mnie ciekawi - czy jak ktoś robi taki rysunek żałobny i np. pochodzi z religijnego domu, to może to jakoś połączyć? Bo wydaje mi się że wielu ludzi czuło by dyskomfort robiąc coś co wygląda "pogańsko", nawet jeśli w gruncie rzeczy chodzi o to samo.
To co Gabrysia napisała bardzo mi pomogło. Bo ja też mam podobnie - nie wiem jak to pogodzić ze sobą. Ale jak to ujęłaś, że gęstość emocjonalna jest ta sama... to brzmi prawdziwie. Mój tata nie rozumiałby co robię z tym rysunkiem, ale on sam stawia świeczki w kościele i rozmawia z mamą przy grobie. Czy to nie jest to samo?
No właśnie. I to jest odpowiedź na to, o co pytała wcześniej Kinia.2 - nie trzeba tego rozdzielać. Rysunek może być modlitwą, modlitwa może być rytuałem, rytuał może być sztuką. Te kategorie to ludzki wynalazek, a emocja która za tym stoi jest jedna. Różnica jest w języku, nie w istocie.
Tylko że jak ktoś jest głęboko wierzący, to może mieć problem z samym słowem "rytuał magiczny". Nawet jeśli to to samo. To nie jest tylko kwestia szufladki - dla niektórych to jest naprawdę granica. Nie chcę generalizować ale znam ludzi którym samo słowo "magia" zamknęłoby głowę.
Ale tu mam pytanie - jeśli ktoś to robi bez żadnego "magicznego" nastawienia, czysto z potrzeby, to czy to nadal liczy się jako rytuał? Czy rytuał wymaga jakiejś świadomej intencji? Bo jak czytam ten wątek to mam wrażenie że granica jest płynna ale nie wiem gdzie dokładnie.
Intencja nie musi być świadoma ani zwerbalizowana. Może być ukryta w samym działaniu. Jak siadasz żeby coś narysować w związku z konkretną stratą - już jest intencja, nawet jeśli jej nie nazwałaś. Rytuał definiuje powtarzalność i rama, ale żałobny jest trochę inaczej - tu chodzi o akt, który wydziela moment z codzienności. I to może się zdarzyć zupełnie spontanicznie.
