Nie jest głupie. Ja to rozróżniam po tym, ile napięcia jest w danej chwili. Spontan zdarzył mi się w momencie, kiedy napięcie już było - nie szukałam go. Kiedy siadam do zaplanowanego rytuału, to zazwyczaj dlatego, że chcę coś przepracować metodycznie, nie dlatego, że coś mnie już dopadło. Te dwie sytuacje naprawdę nie wyglądają tak samo od środka.
To co mówisz o napięciu jest ciekawe, ale zastanawiam się, czy nie idealzujesz tego spontanicznego momentu trochę w porównaniu z tym, co opisujesz jako "teatralne". Bo może zaplanowany rytuał nie jest gorszy, tylko po prostu działa na innym poziomie - nie na tym emocjonalnym rozładowaniu, tylko na czymś bardziej strukturalnym. I czy jedno nie może uzupełniać drugiego?
Dobra, ale jeśli tak to postawimy, to jak w ogóle oceniasz, czy zaplanowany rytuał "zadziałał"? Skoro nie ma być tym samym co spontan, to jaki jest inny punkt odniesienia?
Moim zdaniem to jest pytanie, które samo w sobie jest trochę pułapką. W wielu podejściach - nie tylko ezoterycznych - skuteczność nie jest mierzalna od razu. Rytuał może zmieniać coś przez kilka tygodni, bez wyraźnego momentu "oto efekt". Więc może zamiast pytać czy zadziałał, lepiej pytać co się zmieniło - i kiedy.
Mnie w tym wszystkim najbardziej zastanawia ta kwestia lustra konkretnie. Wracając do tego, o czym mówiłam wcześniej - czy ktoś z was miał doświadczenie, że coś powiedzianego przy lustrze wróciło nie jako refleksja zamiaru, ale jako coś nieprzyjemnego? Pytam, bo rozumiem teorię, ale praktycznie trochę się tego obawiam.
Szczerze? Raz miałam coś takiego. Nie powiem, że to było złe - ale było niewygodne. Stałam przed lustrem w złości i zamiast "wysłać" ją gdzieś, zobaczyłam ją na własnej twarzy. I to zatrzymało mnie w połowie zdania. Nie wiem, czy to magia, czy psychologia, ale efekt był ten sam - nie mogłam udawać, że emocja jest czyjaś wina.
To jest właśnie ten efekt, o którym mówiłam wcześniej. Lustro cię zatrzymuje, bo nie możesz nie widzieć siebie. Marylka77, myślę że to, czego się boisz, to nie jest efekt zewnętrzny - to jest efekt wewnętrzny. I tak, to może być nieprzyjemne. Ale "nieprzyjemne" to nie to samo co "szkodliwe".
A czy w takim razie praca z cieniem przy lustrze wymaga jakiegoś przygotowania? Bo z tego co mówicie, to brzmi jakby mogło wyciągnąć coś, na co niekoniecznie jesteś gotowy w danej chwili.
To co mówi Froen ma sens, ale wróćmy na chwilę do Cynamonki - bo jej doświadczenie było spontaniczne, bez żadnego przygotowania, i też było tym rodzajem "nieprzyjemnego zatrzymania". Czy to znaczy, że przygotowanie w ogóle nie decyduje o tym, czy to doświadczenie się pojawi?
Myślę, że przygotowanie decyduje o tym, co z nim zrobisz potem. Moje zatrzymanie było nieplanowane i przez jakiś czas nie wiedziałam, co z tym zrobić. Gdybym miała jakieś ramy - choćby plan na to, jak zamknąć taki stan - może poszłoby inaczej. Nie gorzej ani lepiej, po prostu bardziej... świadomie.
To jest bardzo uczciwa obserwacja. I właśnie dlatego w wielu tradycjach rytuał ma nie tylko otwarcie, ale i zamknięcie. Nie dlatego, że coś musi zostać zatrzymane z zewnątrz, ale dlatego, że ty potrzebujesz sygnału dla siebie - że ta przestrzeń się skończyła i możesz wrócić do codziennego trybu. Przy spontanie tego zamknięcia po prostu nie ma.
Czyli de facto mówicie, że lustro jako obiekt jest tutaj prawie przypadkowe - to mogłoby być lustro, ale mogłoby być też cokolwiek, co wymusza tę samą obecność. Tyle że lustro robi to najskuteczniej, bo widzisz twarz. Tak to rozumiem?
Ale właśnie - jeśli chodzi o skupienie, to dlaczego akurat lustro, a nie np. świeczka albo kamień? Skupienie można osiągnąć różnymi obiektami. Mam wrażenie, że lustro ma tu jakąś dodatkową warstwę, której inne obiekty nie mają, i dlatego historycznie pojawia się właśnie ono. Ale nie do końca umiem to nazwać.
Dobra, ale to co mówisz o zwrotności - czy to nie sprawia, że lustro jest z definicji trudniejsze jako obiekt do pracy ze złością albo innymi ciężkimi stanami? Bo właśnie ta zwrotność oznacza, że nie możesz "wysłać" czegoś w lustro i mieć spokój - ono ci to zwróci.
To jest dokładnie to, co czułam w tym momencie, o którym mówiłam. Miałam złość i chciałam ją jakoś wyrzucić, a lustro mi pokazało, że ja tę złość niosę. Nie że ona jest w kimś innym. To nie był przyjemny moment, ale też nie byłam w stanie udawać, że go nie ma. Natka75, myślę że masz rację - lustro z definicji nie jest obiektem do "wysyłania". Może właśnie dlatego ten temat się tak nazywa.
Ale chwila - czy to znaczy, że lustro nadaje się tylko do pracy do wewnątrz? Bo czytałam o praktykach, gdzie lustro jest używane właśnie jako bariera, żeby coś odbić od siebie. Np. lustro skierowane na zewnątrz jako ochrona. Tam logika jest odwrotna - nie zwrotność w stronę ciebie, ale zwrotność jako tarcza.
Czekajcie, bo mi się tu coś kręci. Czy użycie lustra jako bariery ochronnej i użycie lustra do pracy z własnym stanem wewnętrznym mogą się ze sobą mieszać? Tzn. czy ktoś mógłby przypadkowo zrobić jedno, myśląc że robi drugie?
To jest chyba najuczciwsza rzecz, jaką ktoś powiedział w tym wątku. Że można sobie wmówić, iż robi się coś ochronnego, a tak naprawdę po prostu ucieka od czegoś. Jak to w ogóle rozróżnić z perspektywy osoby, która to robi?
Nie wiem, czy można to rozróżnić w trakcie. Ja przynajmniej nie umiałam. Dopiero po czasie widziałam, że w tamtym momencie nie chciałam żadnej pracy - chciałam wyrzucić coś poza siebie i mieć czyste ręce. Lustro mi to uniemożliwiło nie dlatego, że "zadziałała magia" - tylko dlatego, że zobaczyłam własną twarz.
Ale Froen - jeśli mechanizm jest wystarczający, to czy intencja w ogóle coś zmienia? Bo jeśli lustro i tak cię zatrzymuje, bo widzisz twarz, to po co do tego dokładać jakiś rytuał?
Intencja zmienia kontekst, w jakim przetwarzasz to, co zobaczysz. Bez żadnych ram możesz zobaczyć własną złość i po prostu się wkurzyć bardziej. Z ramą - choćby minimalną, nawet nieplanowaną - masz jakiś język do opisania tego, co się dzieje. I to jest różnica.
Nie do końca się zgadzam z Jadzia88. Bo ramy mogą też być sposobem na oswojenie czegoś, zanim zdążysz to naprawdę poczuć. Cynamonka mówiła wcześniej, że jej spontaniczne doświadczenie było bardziej surowe właśnie dlatego, że nie było ramy. I że nie wiedziała, co z tym zrobić potem. Ale może właśnie to "nie wiedzenie" było częścią tego, co zrobiło to doświadczenie ważnym?
To jest chyba sedno całego tego wątku od samego początku. Czy spontan jest głębszy bo jest autentyczny, czy zaplanowany rytuał jest skuteczniejszy bo daje ramy do pracy z tym co wyjdzie. I chyba nie ma jednej odpowiedzi.
Może lepsza jest inna wersja tego pytania: nie który jest głębszy, tylko który jest odpowiedni kiedy. Bo spontaniczne doświadczenie przy lustrze, takie jak Cynamonki, może być prawdziwym punktem wyjścia. Ale punkt wyjścia to nie jest jeszcze praca - to jest moment, od którego można zacząć coś robić metodycznie. Jedno nie zastępuje drugiego, po prostu są w różnych miejscach w całym procesie.
Tadek97 napisał, że spontaniczne doświadczenie to punkt wyjścia, a nie sama praca. Ale jak właściwie wygląda to przejście? Czy chodzi o to, żeby potem świadomie wrócić do lustra i powtórzyć coś podobnego, tylko już z zamiarem? Bo to brzmi trochę jak próba odtworzenia czegoś, co zadziałało właśnie dlatego, że było nieplanowane.
Ale to co Tadek97 mówi zakłada, że po takim spontanicznym momencie człowiek w ogóle wie, co zobaczył. A Cynamonka mówiła, że przez kilka dni był bałagan. Więc może zanim przejdziesz do "pracy", potrzeba najpierw czasu na samo zorientowanie się, o co w ogóle chodziło?
Ale Froen, "beginner's mind" to nie to samo co brak planu, prawda? Można mieć rozbudowany rytuał i wejść w niego bez oczekiwań. To raczej kwestia nastawienia niż obecności lub braku struktury. Albo się mylę?
