Siedzę od jakiegoś czasu nad tym tematem, bo ostatnio zdarzyło mi się kilka razy robić rytuały razem z moją znajomą i zauważyłem, że coś się zmienia w całej energetyce tego, co robimy. Nie chodzi o to, że cokolwiek "nie działa" solo, bo działa - ale jest inaczej. Ciężko mi to opisać słowami, dlatego chciałem zapytać, czy ktoś ma podobne doświadczenia z pracą w parze albo w małej grupie. Mnie szczególnie zastanawia kwestia harmonogramów - ona jest silnie lunarna w swoich praktykach, ja bardziej patrzę na dni tygodnia i godziny planetarne. Kiedy nasze okna czasowe się nie pokrywają, mamy dylemat - czekamy, aż się zsynchronizuje, czy robimy kiedy możemy? I czy ktoś w ogóle doświadczył, że rytuał wykonany "poza harmonogramem" daje inne wyniki niż planowany?
To jest właśnie jedno z tych pytań, gdzie każdy ma inną odpowiedź i każda jest trochę prawdziwa. Ja robiłam sporo rzeczy w parze z siostrą i jedno nas zawsze ratowało - ona jest Koziorożcem, ja Rakiem, więc nasze "okna" na pewne rzeczy rzadko się pokrywały. Zaczęłyśmy po prostu ustalać, co jest priorytetem - czas czy obecność. I wiesz co, mam wrażenie, że przy pracy we dwoje ta obecność drugiej osoby często przeważa. Ale to moje odczucie, nie wiem czy mam to poparte czymś konkretnym.
Czy możesz doprecyzować - mówisz, że coś się zmienia w energetyce. Czy masz na myśli, że atmosfera samego rytuału jest inna, czy że widzisz różnicę w efektach po fakcie? Bo to według mnie dwie różne rzeczy i warto je rozdzielić, bo inaczej trudno potem wyciągać wnioski. Ja miałam obie sytuacje i nie zawsze szły w parze.
To co opisujesz z tymi dwiema częstotliwościami - to jest sedno problemu przy pracy w parze, szczególnie jeśli każda osoba ma swój własny ugruntowany system. Dwaj ludzie, którzy pracują według różnych kalendarzy magicznych, wnoszą do rytuału różne "ramki" intencji. Nie powiem, że to złe, ale wymaga świadomego uzgodnienia przed, bo inaczej rytuał może iść w dwóch różnych kierunkach jednocześnie. Miałam taką sytuację lata temu i to nie był miły chaos.
A co to znaczy "ramka intencji"? Serio pytam, bo nie do końca rozumiem. Czy chodzi o to, że każdy ma w głowie inny cel, czy o coś bardziej... strukturalnego? Bo wydawało mi się, że jak dwie osoby mają ten sam cel na papierze, to powinno być okej.
Mam pytanie do Feliks62 - ta twoja znajoma, ona wie że wy macie różne podejście do czasu? Tzn. czy wy to w ogóle omawiacie przed rytuałem, czy po prostu każde robi po swojemu i liczycie, że jakoś wyjdzie? Bo widziałem sytuacje gdzie dwie osoby robiły coś razem i każda miała inne wyobrażenie o tym co robią i to był totarny miszmasz.
Kilka lat temu trafiłam na materiały Johna Michaela Greera o tym, jak tradition-based magic traktuje czas - i on tam dość wyraźnie rozróżnia między "czasem symbolicznym" a "czasem operacyjnym". Symboliczny to ten cały lunary, godziny planetarne, dni tygodnia - to jest kontekst, który ma wzmacniać intencję przez skojarzenia i nawarstwianie znaczeń. Operacyjny to moment, kiedy practitioner jest faktycznie gotowy i skupiony. Greer twierdził, że dla większości nowoczesnych praktyków ten drugi jest ważniejszy, bo rozproszony umysł w idealnym oknie czasowym i tak da słaby wynik. Przy pracy w parze operacyjny czas musi być wspólny, bo inaczej nie macie wspólnego "teraz". A symboliczny - to już kwestia dogadania się przed albo wypracowania wspólnego języka.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego. Czy praca w parze zmienia charakter rytuału niezależnie od czasu? Bo Feliks opisuje to napięcie podczas rytuału - i ja się pytałam czy to dotyczy przebiegu czy efektów, ale teraz myślę, że może to napięcie samo w sobie jest czymś do przepracowania, a nie błędem. Tzn. dwa różne systemy mogą się przez chwilę trzeć, zanim się "dogadają". Miałam coś takiego raz, kiedy robiłam coś z osobą, która pracuje zupełnie inaczej niż ja - i pierwsze 20 minut było dziwne, potem nagle coś się ustawiło.
A to się może samo ustawić? Bez żadnego świadomego działania? Czy wy coś zrobiliście, żeby to poszło w tę stronę?
Ten wątek idzie w ciekawą stronę, ale chcę wrócić do pytania Feliksa o harmonogram, bo mam konkretne doświadczenie. Pracowałem przez jakiś czas w małej grupie trójkowej i mieliśmy jeden rytuał, który od miesięcy przekładaliśmy, bo okno księżycowe u jednej z nas kolidowało z godzinami planetarnymi, na których mi zależało. W końcu zrobiliśmy go kompletnie poza jakimkolwiek "optymalnym" momentem - środek tygodnia, krzywawa księżycowa konfiguracja, nikt nie sprawdzał efemeryd. I był to jeden z bardziej klarownych rytuałów jakie pamiętam. Nie wiem dlaczego, nadal się zastanawiam.
To co mówi Froen - o tej wspólnej gotowości - to mi się pokrywa z tym, co czytałam o praktykach synchronistycznych. Nie pamiętam teraz skąd, ale była mowa o tym, że w rytuałach grupowych najważniejszy jest "moment wejścia" - kiedy wszyscy jednocześnie przechodzą z trybu codziennego w tryb pracy. I że jak ten moment jest rozsynchronizowany, to reszta kuleje niezależnie od faz księżyca. Może to jest właśnie ta wspólna baza, o której mówiła Celestyna.
Przepraszam że wchodzę z czymś trochę z boku, ale Feliks na początku zapytał też o to, czy rytuały z partnerem mogą wzmacniać więź. I jakoś nikt tego jeszcze nie poruszył wprost. Mnie to też zastanawia - czy to działa w obie strony, tzn. czy najpierw trzeba mieć dobrą więź żeby rytuał wyszedł, czy rytuał może tę więź zbudować?
To co napisałeś o wzajemnym przepleceniu - zaufanie a rytuał - to mi się wydaje kluczowe dla całej tej rozmowy. Bo w sumie pytałeś o harmonogram, ale pod spodem jest coś głębszego: czy w ogóle można robić wspólną pracę magiczną z kimś, kto ma inny szkielet systemu. I chyba odpowiedź brzmi: tak, ale tylko jeśli jest ta baza. Bez niej czas i tak nie pomoże.
Dobra, ale ja mam pytanie bo trochę się zgubiłem. Mówicie o zaufaniu, o wspólnym celu, o tej "bazie" - ale jak to wygląda konkretnie przed rytuałem? Tzn. co wy właściwie robicie żeby to zsynchronizować? Czy to jest dosłownie rozmowa, czy jakiś wspólny element, czy co?
To co Froen opisuje - ta rozmowa przed, o motywacji a nie o technice - to chyba właśnie jest to "wejście", o którym pisałam wcześniej. Moment kiedy oboje są już w tym samym miejscu emocjonalnie i intencjonalnie. I może ten moment ważniejszy niż to, czy Księżyc jest w odpowiedniej fazie.
No właśnie, te obserwacje są dla mnie najcenniejsze w tym watku. Bo teoria to teoria, ale Feliks na początku opisał konkretną sytuację - pracę z kimś kto ma inny system - i żeby wrócić do sedna: czy po tej rozmowie zmieniłeś coś praktycznie? Tzn. czy będziecie próbować synchronizować te szkielety, czy raczej zostawić jak jest i popracować nad tym wspólnym wejściem?
Szczery odpowiedź: jeszcze nie wiem. Wyjdę z tego wątku z kilkoma pomysłami, ale nie z gotowym planem. Muszę o tym porozmawiać ze znajomą, bo to wspólna decyzja. Natomiast jedno co teraz widzę wyraźnie to że nigdy nie rozmawialiśmy o tej różnicy wprost. Zawsze zakładałem że to detal, a może jest czymś więcej.
A można zapytać - ta twoja znajoma wie o tym wątku? Tzn. czyta to co tu piszesz? Bo zastanawiam się czy rozmowa przez forum nie jest czasem łatwiejsza niż rozmowa twarzą w twarz, szczególnie kiedy trzeba powiedzieć "hej, może nasz wspólny rytuał nie działa tak jak powinien".
Słuchajcie, a ja mam pytanie trochę z innej strony. Mówimy o parach i małych grupach, ale czy ktoś z was ma doświadczenia z większymi grupami, gdzie różnice systemów są jeszcze bardziej widoczne? Bo w trójce czy dwójce można jakoś to uzgodnić, ale wyobrażam sobie, że przy pięciu osobach z pięciu różnych tradycji to jest zupełnie inna skala problemu.
To mnie trochę zaskakuje. Myślałem że im więcej osób tym trudniej, bo więcej szans na rozdźwięk. A tu mówisz że większa grupa jakoś wymusza prostotę i to jej pomaga?
To ciekawe co mówi Froen, ale nie zgadzam się w pełni. W większych grupach może być prościej pod względem logistycznym, ale trudniej pod względem energetycznym. Pięć osób, każda z własną historią, nastawieniem, własnym stanem na ten dzień - to jest dużo do zbalansowania. I nie wiem czy to "oczyszczenie przez konieczność" nie jest czasem po prostu zgubą szczegółów, które jednak miały znaczenie.
To otwiera nowe pytanie, na które sam nie znam odpowiedzi: jak w ogóle ocenić ten "czas wewnętrzny" uczestnika przed wspólnym rytuałem? Bo z harmonogramem księżycowym jest prosto - sprawdzasz efemerydy. Ale jak sprawdzasz czy ktoś jest gotowy? I czy w ogóle można to zapytać wprost bez stworzenia dziwnej atmosfery przed samym rytuałem?
To pytanie Feliksa o "czas wewnętrzny" jest dla mnie centralnym punktem całej tej rozmowy i dziwię się, że dopiero teraz tu dotarliśmy. Bo tak naprawdę od początku mówimy o harmonogramach zewnętrznych - księżyc, planety, godziny - a tymczasem największy rozjazd w pracy grupowej pochodzi właśnie z tego, że ludzie są w różnych miejscach wewnętrznie. I to jest coś, czego żaden kalendarz nie obejmuje.
A może właśnie dlatego te krótkie rytuały wejścia mają sens praktyczny, nie tylko symboliczny? Tzn. nie robisz ich żeby "otworzyć przestrzeń" tylko żeby zobaczyć kto jest gdzie. Kilka minut ciszy, oddech, cokolwiek - i od razu widać czy ktoś jest obecny czy myślami gdzieś indziej.
Tak, zdarzało mi się skrócić albo uprościć to co planowałam, jeśli widziałam że ktoś jest wyraźnie gdzie indziej. Nie ma sensu ciągnąć przez godzinę kiedy wiesz, że połowa energii grupy jest gdzie indziej. Czasem lepiej zrobić mniej i żeby to coś znaczyło.
Tu wychodzi coś ciekawego - że elastyczność planu w trakcie może być ważniejsza niż elastyczność harmonogramu przed. Tzn. czy robisz to w środę czy piątek - to jedno. Ale czy jesteś w stanie skrócić lub zmienić to co planujesz, kiedy widzisz że sytuacja tego wymaga - to zupełnie inna umiejętność.
A czy ktoś robił coś w stylu - przychodzimy, ale bez planu, i działamy według tego co czujemy w danej chwili? Tzn. totalnie improwizowane, bez ustalonej struktury? Zastanawiam się czy to w ogóle ma sens czy to jest po prostu chaos.
