Gabka, to jest chyba najważniejsza rzecz jaką powiedziałaś w tym wątku. Praktyki rytualne były osadzone w konkretnym ekosystemie znaczeń - agrarnym, wspólnotowym, sezonowym. Wyrwanie jednego elementu i przeniesienie go do mieszkania w bloku to jest zupełnie inne ćwiczenie. Nie niemożliwe, ale wymagające świadomości tego co się traci i co się próbuje zastąpić.
To mnie zastanawia czy ta rozmowa w ogóle zmierza gdzieś w kierunku odpowiedzi. Bo zaczęłyśmy od 'działa czy mit' a jesteśmy teraz przy rekonstrukcjach słowiańskich i aktach mowy. Co z tym zrobimy?
No dobra, Ruta pyta sama siebie - to po co w ogóle rozmawiamy? Żartuję, ale serio, to pytanie mnie nie odpuszcza. Bo albo przyjmiemy że magia krwi działa na zasadzie performatywnej i symbolicznej, i wtedy to jest psychologia a nie magia. Albo powiemy że działa 'naprawdę' i wtedy musimy jakoś wytłumaczyć przez co. I nikt tutaj tego nie wytłumaczył.
Znachorka, zgadzam się, ale Ruta dotyka czegoś istotnego. Problem polega na tym że sami praktycy rzadko precyzują co rozumieją przez 'działanie'. Czy chodzi o zmianę wewnętrzną? O zbieg okoliczności? O wywołanie konkretnego skutku zewnętrznego? To są zupełnie różne twierdzenia i każde wymaga innego rodzaju weryfikacji.
Ale czy to nie sprowadza się wtedy do zwykłego placebo z krokiem pośrednim? Nie mówię złośliwie - placebo ma udowodnione działanie. Tylko że jeśli to placebo, to dlaczego akurat krew, a nie dowolny inny symboliczny gest?
To pytanie o 'dlaczego krew a nie cokolwiek innego' chodzi za mną przez cały ten wątek. I jedyne co mi przychodzi do głowy to że krew jest jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz. Wychodząc staje się czymś osobnym, ale pochodzi z ciebie. To jest fizyczna granica której przekroczenie jest nieodwracalne w sensie - nie możesz jej cofnąć z powrotem.
Gabka, to co mówisz o nieodwracalności - czy to nie jest właśnie to co odróżnia magię krwi od innych praktyk? Że jest permanentna w jakimś sensie? Bo na przykład świeca się wypala i koniec, sól można zmyć, ale krew która wyszła - wyszła.
Słucham was i myślę o tym co babcia robiła z pierwszą krwią przy uboju. Nigdy nie mówiła że to magia, mówiła że tak się robi. Ale robiła to zawsze w tym samym miejscu, zawsze sama, nigdy nie pozwalała żeby ktoś patrzył. Może właśnie ta nieodwracalność o której Gabka mówi - to rozumiała instynktownie.
To 'odwdzięczenie się' jest bardzo archaiczną strukturą myślenia o krwi - krew jako zapłata, jako zobowiązanie zwrócone. W folklorze słowiańskim mamy mnóstwo tego przy ofiarach zakładzinowych, przy pierwszych zbiorach. Interesujące że twoja babcia używała tego słowa instynktownie, nie 'ofiarowuję' ani 'daję', tylko właśnie 'odwdzięczam'.
I tu właśnie wychodzi dlaczego magia krwi jest tak głęboko inna od większości nowoczesnych praktyk. Większość tego co się teraz robi to jest model petycyjny - proszę, wizualizuję, intencjonuję. A krew sugeruje że jesteś już w relacji, że coś ci jest winne albo ty czemuś jesteś winien. To jest fundamentalnie inny ontologiczny punkt wyjścia.
Dobra, ale jak to przekłada się na praktykę? Bo ja jak próbowałam robić coś z krwią to czułam się po prostu dziwnie i nie wiedziałam do końca co robię. Brakuje mi jakiegoś... nie wiem, ramy? Nie mówię że przepisu, ale czegoś co by ustawiło intencję.
To 'niedokończone' - to brzmi znajomo. Robiłam raz coś impulsywnie, z krwią, i przez długi czas miałam wrażenie jakby ten moment wisiał gdzieś w tle. Nie strasznie, ale wyczuwalnie. Dopiero kiedy do tego wróciłam i jakoś domknęłam - z intencją zamknięcia - to przeszło.
Gabka, co znaczy 'domknęłaś'? Pytam poważnie, nie przekornie - bo to jest coś o czym chyba w tym wątku nie mówiliśmy jeszcze w ogóle. Zamykanie, kończenie rytuałów. To może być osobny temat ale bardzo związany.
Klimcia, 'domknięcie' to dla mnie był po prostu powrót do tego momentu z pełną świadomością. Nie powtarzałam rytuału, nie robiłam czegoś symetrycznego. Usiadłam, przypomniałam sobie ten moment, i powiedziałam sobie - i temu co było po drugiej stronie, jeśli cokolwiek było - że to jest skończone. Że nie wisi. Brzmi banalnie ale poczucie się zmieniło od razu.
okej, ale skąd wiedziałaś że 'zadziałało'? Że naprawdę zamknęłaś, a nie tylko wmówiłaś sobie że zamknęłaś? To nie jest złośliwe pytanie, serio mnie to ciekawi.
To co opisuje Gabka jest chyba jednym z najtrudniejszych momentów w ogóle w pracy rytualnej - odróżnienie domknięcia od samookłamywania. Ja nie mam na to recepty, ale zauważyłam że po prawdziwym zamknięciu przestaję wracać myślami do danej rzeczy. Nie z wysiłku, po prostu odpada.
Ja bym chciała wrócić do tego co Klimcia mówiła wcześniej o placebo. Bo to mi siedzi w głowie. Jeśli krew działa przez zmianę stanu wewnętrznego, a nie przez jakiś dosłowny mechanizm - to po co w ogóle krew? Dlaczego nie wystarczy sama intencja i mocne skupienie?
Ale czy ta logika nie działa też w drugą stronę? Że właśnie dlatego że jest trudniej i boli bardziej, to mózg przywiązuje do tego większą wagę - i to jest cała magia? Nie mówię że krew nie robi nic, pytam czy nie jest to po prostu psychologia podniesionej stawki.
Wega, ale czy to nie jest właśnie dlatego że krew jest widoczna i dramatyczna? Ślina i pot się nie wyróżniają wizualnie. Krew jest czerwona i wyraźna i od razu widać że coś się dzieje. To może być ewolucyjne, nie nadnaturalne.
Słucham was i przypomina mi się że przy pewnych obrzędach na wsi - tych starszych, nie tych kościelnych - krew zawsze musiała być 'własna'. Nie z obcego zwierzęcia, nie z czegoś kupionego. Własna albo z własnej hodowli. Jakby chodziło o to żeby między tym co dajesz a tym co jesteś nie było żadnego pośrednika.
Arat, to mi się spina z tym co czuję przy własnej krwi versus kiedy próbowałam raz pracować z czymś symbolicznym, zastępczym. Czerwony barwnik, czerwona nitka - i zawsze był ten sam problem, że gdzieś w połowie czułam że to jest udawanie. Jakby coś wiedziało że to nie to.
No ale to jest kwestia twojego przekonania, nie? Jeśli wierzysz że barwnik to udawanie, to twój rytuał jest 'udawaniem' bo tak to zdefiniowałaś dla siebie. Ktoś inny mógłby pracować z barwnikiem bez tego problemu.
Paradoxa, ale z tego wynika że każdy ma indywidualny system który tylko dla niego działa. Jak wtedy w ogóle mówić o magii krwi jako o czymś? Skoro nie ma żadnych wspólnych zasad?
A co z ADHD czy podobnymi rzeczami? Pytam serio, bo ja mam strasznie trudno z utrzymaniem skupienia przez rytuał i zastanawiam się czy to w ogóle ma sens jak połowę czasu myślę o zupełnie czymś innym. Przy krwi to jest szczególnie dziwne bo z jednej strony bardziej 'realne', z drugiej głowa ucieka jeszcze bardziej.
Wera, ja mam podobnie. I dla mnie właśnie dlatego krótkie rytuały z krwią działają lepiej niż długie ceremonie - bo nie ma czasu żeby odpłynąć. Jeden gest, jedna intencja, koniec. Struktura nie musi być długa żeby być strukturą.
czyli ty w ogóle nie robisz długich przygotowań? Pytam bo gdzieś czytałam że im dłuższe przygotowanie tym lepsza praca i zawsze czułam się winna że mi to nie wychodzi.
Bluszczyk, absolutnie nie. Długie przygotowania to mit który ktoś kiedyś wrzucił do zbiorowej wyobraźni i teraz wszyscy się czują winni że nie palą kadzidła przez godzinę przed. Moje najlepiej działające rzeczy zajmowały może minutę. Krew akurat dobrze się wpisuje w tę logikę - bo jest natychmiastowa. Nie ma jak przeciągać czegoś co jest teraz.
