To jest dobry punkt Bluszczyk. Chyba można zrobić kopię do celów badawczych i zatrzymać oryginał. Ale mam inne pytanie do całej rozmowy - czy te zapiski u Gabki mówią cokolwiek o tym DLACZEGO akurat krew, a nie np. ślina czy pot? Czy jest tam jakieś wyjaśnienie, czy po prostu instrukcja bez uzasadnienia?
Ruta, w zapiskach babci nie ma żadnego wyjaśnienia dlaczego krew, a nie coś innego. Po prostu jest krew i tyle, jakby to było oczywiste. Ale jak o tym myślę, to może chodzi o to że krew jest widoczna? Ślina czy pot to coś co wyparowuje, znika. Krew zostaje, widać ją, ma kolor, ma zapach. Może dlatego miała inny status.
To co mówisz o widoczności to ciekawa obserwacja, ale myślę że kluczowe było coś innego. Krew jest bezpośrednio związana z życiem i śmiercią w sposób który jest natychmiastowy i oczywisty dla każdego człowieka niezależnie od kultury. Utrata krwi to zagrożenie życia. To jest somatyczna wiedza, nie wyuczona. Ślina też ma status magiczny w wielu tradycjach, ale krew ma dodatkowy wymiar - jest cenniejsza bo bardziej kosztuje.
Też tak to odbieram, i zastanawiam się czy to nie jest właśnie problem z całą magią krwi dla współczesnych ludzi. Ten transakcyjny model jakoś... nie przystaje do tego jak teraz myślimy o duchowości. Choć może to jest moje własne uprzedzenie.
I tu jest chyba różnica między tradycją wschodnioeuropejską a tym co teraz się popularyzuje jako 'magia krwi' na różnych anglojęzycznych forach. Tam to często jest estetyzacja - ciemna estetyka, Instagram, grymuarowe notatki. A w folklorze to był gest konkretny, osadzony w kontekście który wszyscy rozumieli bez tłumaczenia.
To brzmi jak argument że tradycja jest lepsza od improwizacji. Ale skąd wiadomo że tradycja sama w sobie nie była kiedyś improwizacją kogoś kto po prostu coś wymyślił?
Znam osoby które pracują z krwią i które nie mają żadnej tradycyjnej inicjacji, a ich praktyka jest bardzo świadoma i przemyślana. I znam osoby które 'mają tradycję' a robią rzeczy bez żadnego zrozumienia. Więc nie przywiązywałabym się zbyt mocno do tego podziału tradycja-improwizacja jako miernika czegokolwiek.
To jest pytanie które mnie samą trapi odkąd czytam te zapiski. Bo babcia wiedziała co może a czego nie może, bo ktoś jej powiedział. A ja skąd mam wiedzieć gdzie są granice jeśli uczę się sama?
Gabka, właśnie dlatego pisałam wcześniej o kontakcie z etnografami - nie po to żeby ktoś wydał ci pozwolenie, ale żeby mieć kontekst. Bez kontekstu granice są arbitralne. I to jest chyba większy problem niż samo pytanie czy magia krwi działa.
Dobra ale czy możemy wrócić do pytania z tytułu wątku? Bo mamy tu już dużo teorii, a mało odpowiedzi na to czy to w ogóle działa. Ktoś próbował czegoś konkretnego i ma jakieś obserwacje? Nie musicie szczegółów, ale chociaż ogólnie.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę powiedzieć że moja mama nigdy nie tłumaczyła czy to działa czy nie. Ona by się śmiała z tego pytania. Dla niej to było jak pytanie czy woda jest mokra. Może to jest odpowiedź sama w sobie - że pytanie 'czy działa' pochodzi z zupełnie innego sposobu myślenia niż ten w którym te praktyki powstały.
Krysia_58 właśnie powiedziała coś co mnie zatrzymało. Że jej mama śmiałaby się z pytania 'czy działa'. I to jest ciekawe, bo w zasadzie każda tradycja operacyjna - nie tylko magiczna - ma ten moment kiedy pytanie o skuteczność przestaje być sensowne z wewnątrz tej tradycji. Cieśla nie zastanawia się czy młotek działa. Używa go albo nie. Pytanie o działanie jest pytaniem z zewnątrz.
Słucham waszej dyskusji i wracam myślami do tych zapisków. Babcia opisywała jeden konkretny rytuał z krwią przy świętach wiosennych, coś co miało zabezpieczać plony. I ona nigdy nie pisała 'potem działało' albo 'nie działało'. Pisała co zrobiła, kiedy, z czym. Jakby samo wykonanie było wystarczające. Może Krysia_58 ma rację że my zadajemy złe pytanie.
ale Gabka, to jest trochę frustrujące. Bo może to dla twojej babci było oczywiste, ale my żyjemy w zupełnie innym świecie. Nie mamy plonów do ochrony, nie mamy tej samej struktury życia. Jak przenieść coś takiego do teraźniejszości bez wiedzy o tym czy w ogóle jest sens?
Mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś wie jak wyglądało to w tradycjach słowiańskich konkretnie? Bo dużo się tu mówi o folklorze generalnie, ale czy mamy jakieś źródła dotyczące tej konkretnej praktyki na naszym terenie? Pytam bo widzę dużo odwołań do anglojęzycznych źródeł i zastanawiam się czy nie tracimy czegoś z oczu.
Dobra, ale wróćmy do czegoś bardziej przyziemnego bo ta rozmowa robi się bardzo akademicka. Paradoxa mówiła wcześniej o tym rytuale ze snem i o skupieniu. Krysia_58 mówiła o mamie która nigdy nie tłumaczyła. Gabka ma zapiski babci. To wszystko są różne poziomy tej samej rzeczy - osobiste doświadczenie, przekaz rodzinny, praktyka konkretna. Czy ktoś z was miał efekt który naprawdę was zaskoczył? Nie 'inne skupienie', ale coś czego nie spodziewałaś się?
Właśnie to 'otwarte pytanie' jest chyba czymś czego mi brakowało kiedy zaczynałam czytać te zapiski. Chciałam żeby to była albo instrukcja albo bajka. A to jest coś zupełnie innego - relacja z praktyki, bez konkluzji. I może to jest właśnie najbardziej realistyczny zapis jak magia krwi rzeczywiście funkcjonuje w tradycji - nie jako system z gwarantowanymi wynikami, ale jako praktyka z konsekwencjami których nie zawsze się rozumie.
To mi trochę przypomina jak psychiatrzy opisują działanie niektórych leków - wiemy że działa, nie zawsze wiemy dlaczego. Tylko że tutaj nie mamy nawet badań klinicznych. Więc skąd w ogóle wziąć punkt odniesienia?
Moja mama mówiła że jak się robi coś na poważnie to się czuje w kościach czy wyszło. Śmiałam się z tego jako dziecko. Teraz myślę że ona miała na myśli dokładnie to co Paradoxa opisuje - że jest coś co wiesz bez dowodów. Nie widzę dlaczego krew miałaby być wyjątkiem.
I chyba właśnie to jest odpowiedź na tytułowe pytanie tego wątku, choć pewnie nie ta której ktokolwiek szukał. Czy działa czy mit - to jest pytanie które zakłada że istnieje zewnętrzny weryfikator. A praktyka rytualna, zwłaszcza tak intymna jak praca z krwią, może być po prostu poza tym podziałem. Nie mit, nie potwierdzona metoda. Coś trzeciego.
Arat, ale to 'zewnętrzny weryfikator' to chyba nie jest tak prosta sprawa. Bo babcia w tych zapiskach jednak coś weryfikowała - tylko że przez powtarzalność i obserwację. Jak robiła coś trzy lata z rzędu przy tej samej okazji i notowała co się dzieje przez sezon, to to nie jest przypadek ani wishful thinking. To jest jakiś rodzaj metody, nawet jeśli nie naukowej. Więc może pytanie 'działa czy mit' jest złe nie dlatego że nie ma weryfikatora, ale dlatego że weryfikacja działa inaczej niż myślimy?
Gabka, a te jej notatki były narracyjne czy bardziej takie punktowe? Pytam bo to by dużo zmieniało w tym jak interpretujemy jej obserwacje. Narracja zawsze dobiera fakty pod jakąś historię.
I to jest właśnie ten problem z którym borykamy się w tym wątku od początku. Mówimy o praktyce używając języka który z definicji ją spłaszcza. Antropologowie to dobrze znają - Franz Boas całe życie walczył z tym żeby nie przykładać zachodnich kategorii do praktyk rdzennych kultur. A my tu robimy dokładnie to samo próbując zdecydować czy magia krwi 'działa' według kryteriów które wzięliśmy z innego porządku myślenia.
Dobra, ale ja mam pytanie praktyczne bo ta dyskusja robi się coraz bardziej filozoficzna i ja po prostu chcę wiedzieć - czy ktoś z was robił coś z krwią w ostatnim czasie i co z tego wyszło? Nie teorię, nie antropologię. Konkretne doświadczenie.
To co Paradoxa mówi o powadze - to rozumiem. U nas w domu jak babcia coś robiła z krwią przy drobiu to wszyscy milkli. Nie dlatego że tak kazała, ale dlatego że atmosfera była inna. Może właśnie o to chodzi - że ta substancja sama w sobie wymusza inny rodzaj uwagi?
Jest taki termin w socjologii - moc performatywna. Austin to opisywał przy okazji aktów mowy. Wypowiedziane słowa w odpowiednim kontekście zmieniają rzeczywistość - 'ogłaszam was mężem i żoną' jest realnym aktem, nie opisem. Rytuał z krwią może działać dokładnie tak samo. Problem polega na tym że performatywność zakłada wspólnotę interpretacyjną - ktoś musi uznawać ten akt za ważny żeby zadziałał.
To co Znachorka mówi o przekazie - babcia uczyła się od swojej matki i nigdy nie pytała 'dlaczego krew'. To było po prostu część tego co się robi w określonym momencie roku. I może właśnie dlatego to miało jakąś moc - bo nie było oderwane od reszty życia, od pór roku, od konkretnych prac. Teraz jak próbuję to przenieść, brakuje mi tej reszty.
