Ale skąd właściwie wzięło się to przekonanie o długich przygotowaniach? Pytam serio, bo jak szukam źródeł to albo jest jakiś grimoire z XVII wieku napisany przez kogoś komu wyraźnie podobało się komplikowanie, albo jest coś z neopogańskiej literatury lat 90. Czy ktoś ma lepsze źródła?
No właśnie, bo ja za każdym razem czytam że 'przygotowanie jest równie ważne co sam rytuał' i myślę sobie - a co jeśli moje przygotowanie trwa trzydzieści sekund i jest równie dobre? Nikt mi nie odpowie na to pytanie wprost.
Wracając jeszcze do Wery i ADHD - jest coś czego tutaj nie powiedzieliśmy, a co mi się wydaje ważne. Rozproszenie w połowie rytuału niekoniecznie go niszczy. Znam ludzi którzy mają silnie nieliniowe myślenie i ich rytuały wyglądają chaotycznie z zewnątrz, ale wewnętrznie mają jakiś swój porządek. Pytanie czy ty sama czujesz że to 'odpływanie' ci przeszkadza, czy tylko zakładasz że powinno.
Czekajcie, ale czy wy nie mieszacie teraz dwóch różnych rzeczy? Skupienie podczas rytuału to jedno, a krew jako element rytuału to drugie. Czy ADHD czy brak skupienia zmienia w ogóle cokolwiek w tym co krew robi, jeśli w ogóle cokolwiek robi?
To ma sens. Mnie samej krew bardziej 'przywołuje z powrotem' niż cokolwiek innego co próbowałam. Ale mam pytanie do Paradoxy - czy to kotwiczenie nie jest po prostu reakcją na ból lub stres? Bo jak się skaleczę to naturalnie jestem bardziej w ciele.
Słyszę was i myślę sobie że na wsi nikt nie zastanawiał się nad 'kotwiczeniem' ani nad ADHD. Po prostu wiedziało się kiedy i jak, przekazywało z ust do ust, i było. Nie było teorii, była praktyka. Czy myślicie że to nadmierne teoretyzowanie nam nie przeszkadza?
Nie powiedziałam że teoria jest zła. Tylko że czasem teoria staje się wymówką żeby nie sprawdzić. Sama tak miałam - zanim cokolwiek zrobiłam to czytałam przez pół roku i w końcu i tak zrobiłam po swojemu.
Krysia, to jest bardzo uczciwe. Ja też przez jakiś czas zbierałam 'właściwy moment' i w końcu zrozumiałam że właściwy moment nie nadejdzie dopóki nie zacznę. Pierwsze próby były nieudane, ale nieudane inaczej niż się spodziewałam - uczyłam się przez to co szło nie tak, nie przez czytanie.
A co znaczy 'nieudany rytuał z krwią'? Serio pytam, bo nie wiem jak to mierzyć. Nic się nie wydarzyło? Złe samopoczucie? Coś poszło inaczej niż chciałaś?
To co Gabka opisuje - ten brak kontaktu - jest według mnie jednym z lepszych wskaźników. Jeśli jesteś przy rytuale jak przy myciu podłogi, to coś jest nie tak z nastawieniem. Niekoniecznie z techniką, z nastawieniem.
No to skąd wiadomo kiedy brak odczuć to spokój i rutyna, a kiedy to sygnał że coś jest nie tak? To chyba jest najważniejsze pytanie w tym wątku i nikt jeszcze na nie nie odpowiedział porządnie.
No więc pytanie zostaje w powietrzu. Ktoś ma jakiś sposób żeby to odróżnić? Bo ja nie mam i zaczyna mnie to irytować - siedzimy tu od jakiegoś czasu i kręcimy się w kółko przy tym samym miejscu.
Uczciwie to nie ma jednej odpowiedzi i mnie trochę denerwuje że Ruta oczekuje że ktoś jej teraz powie 'zrób test A, B, C i będziesz wiedziała'. To tak nie działa. Ale mogę powiedzieć co u mnie działa jako orientacja - jeśli po rytuale z użyciem krwi mam poczucie że coś się domknęło, nawet bez uniesienia, to był dobry rytuał. Jeśli mam pustkę i nic, zero, jakby nic się nie wydarzyło - to wracam i szukam gdzie odpadłam.
Raz chyba tak. Tylko raz, więc nie wiem czy to było to.
To że raz brzmi dla mnie bardziej wiarygodnie niż gdybyś powiedziała że zawsze. Jedna wyraźna chwila jest więcej warta jako punkt odniesienia niż dziesięć rozmytych. Możesz powiedzieć więcej o tym jednym razie, co wtedy użyłaś?
Myślę że porównywać można, bo to o czym mówi Paradoxa to nie jest właściwość krwi jako takiej, tylko właściwość tego stanu. Krew może do niego prowadzić, ale to nie jedyna droga. Pytanie jest czy dla konkretnej osoby jest drogą skuteczniejszą niż inne.
To zmienia trochę całą rozmowę, bo właściwie przez chwilę rozmawialiśmy o tym jak się skupić, a nie o tym czy magia krwi działa. Myślę że to co Gabka powiedziała na początku wątku było bardziej dosłowne - czy krew jako element rytuału robi coś specyficznego. Wracam do tego bo tego jeszcze nikt nie rozstrzygnął.
Ja to wiem tylko z tego co słyszałam od starszych kobiet. Mówiły że krew to nie jest symbol, to jest ty sama. Że jak dajesz krew, to dajesz siebie, a nie intencję. I dlatego jest mocniejsze niż słowa. Czy to 'działa' - nie wiem jak to zmierzyć, ale to rozróżnienie mi zostało.
Nie substytut, raczej uszczegółowienie. Intencja mówi 'chcę tego'. Krew mówi 'to moje, przychodzi ze mnie, nie z życzenia'. To subtelne ale nie bez znaczenia. Przynajmniej tak to rozumiem w tym co czytałam o tradycjach w których krew nie jest metaforą.
Materialny łącznik to jest klucz do tego wątku i myślę że tego brakowało w całej tej rozmowie. Krew jest genetycznie unikalna. Nie ma drugiej takiej samej. W tym sensie jest czymś co identyfikuje ciebie precyzyjniej niż imię, data urodzenia czy zdjęcie. Jeśli w ogóle zakładamy że rytuał potrzebuje 'adresu', to krew jest tym adresem.
Dobra ale poczekajcie, to teraz brzmi bardzo konkretnie i właściwie zakładacie że adresat istnieje. To jest ogromne założenie. Czy ktoś w tym wątku może powiedzieć wprost że w to wierzy i na jakiej podstawie, zamiast mówić 'jeśli zakładamy'?
Ja mogę powiedzieć wprost. Wierzę że coś jest, nie potrafię tego opisać ani udowodnić, i nie mam zamiaru tego udowadniać. Podstawa jest doświadczalna i moja. Nie przekonuję nikogo.
To mi się podoba - że Gabka mówi jasno zamiast owijać w bawełnę. Sama jestem sceptyczna ale właśnie dlatego tu czytam, bo chcę wiedzieć co ludzie naprawdę myślą, nie co im wypada powiedzieć. Pytanie mam inne - czy ktokolwiek tutaj miał złe doświadczenia z magią krwi, takie że żałował że zaczął?
I tu wracamy do początku całego wątku - czy to mit czy działa. Chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo pytanie zakłada że jest jakaś obiektywna weryfikacja. A z tego co mówicie wynika że to jest bardzo subiektywna praktyka gdzie weryfikacją jesteś ty sam.
Dobra, ale to co Klimcia powiedziała na końcu - że weryfikacją jesteś ty sam - to mnie trochę niepokoi. Bo jeśli weryfikacją jesteś ty sam, to jak w ogóle odróżnić że coś zadziałało od tego że po prostu sobie wmówiłaś? Szczerze pytam, bo to mnie blokuje.
No ale to jest pułapka, bo tym samym argumentem można uzasadnić absolutnie wszystko. Placebo też działa, ale nie dlatego że lek był skuteczny. Rozumiem co Znachorka mówi, ale to nie jest odpowiedź na pytanie Wery, to jest ominięcie pytania.
Właśnie. Jak wracam do pierwotnego pytania z tego wątku, to chyba nigdy nie chodziło mi o to żeby udowodnić że coś nadnaturalnego się stało. Bardziej o to, czy jest coś specyficznego w krwi jako elemencie, czego inne elementy nie dają. I po tej całej rozmowie mam poczucie że tak - ale nie potrafię tego precyzyjnie opisać.
