Mam ostatnio taką myśl, która nie daje mi spokoju i chciałam ją gdzieś wyrzucić, bo w głowie robi się coraz ciaśniej. Chodzi o koncentrację podczas rytuałów, ale też o coś szerszego - o to, jak my w ogóle podchodzimy do zasobów, które przy tym zużywamy. Sporo tradycji, o których czytałam, traktowało naturę jako partnera w praktyce, nie jako magazyn surowców. Czytałam o tym jak rdzenne kultury amazońskie prowadziły swoje ceremonie - zbieranie roślin wyglądało tam jak negocjacja, nie eksploatacja. Zostawiali część, dziękiwali, czasem prosili o zgodę zanim cokolwiek wzięli. I teraz mam pytanie do was: czy to ma jakieś przełożenie na koncentrację, którą wkładamy w rytuał? Tzn. czy ten szacunek do materiałów, ich świadome zbieranie, jest już częścią pracy magicznej, czy to tylko etyka ekologiczna, która z magią nie ma nic wspólnego?
Zastanowiło mnie to co napisałaś, bo sama od jakiegoś czasu pracuję z roślinami i zauważyłam, że jak zbieram coś bez skupienia, w pośpiechu, to potem sam rytuał jakoś nie ma tego samego ciężaru. Nie wiem czy to psychologia czy coś więcej, ale wydaje mi się, że intencja zaczyna się dużo wcześniej niż myślimy. Nie przy samym rytuale, ale przy pierwszym kontakcie z materiałem. Czy to znaczy, że koncentracja absolutna - jak w tytule tematu - to nie jest jeden moment, tylko coś rozciągniętego w czasie?
To co mówisz, Kamilka, mi przypomina coś z tradycji szintoistycznej, gdzie każde działanie z przyrodą jest już samo w sobie aktem rytualnym. Nie ma ostrego cięcia między przygotowaniem a rytuałem właściwym. W wielu europejskich tradycjach zielarskich zresztą też tak było - zbieranie o świcie, w milczeniu, z konkretną intencją, to było coś, co integralnie należało do całości. Ale wróćmy do pytania Irenki, bo jest w tym coś, co mnie zastanawia: skąd w ogóle wzięło się to przekonanie, że koncentracja powinna być absolutna, skokowa, jak wyłącznik? W Goetii masz precyzyjne instrukcje skupienia, ale w folklorze słowiańskim czy celtyckim to rzadko wygląda tak zero-jedynkowo.
Zatrzymuję się przy tym co Irenka napisała, bo to mi układa pewną całość. W tradycjach nordyckich, z którymi pracuję, jest coś co można by opisać jako "odpowiedzialność wobec materiału". Jeśli używasz drewna do wyrzynania run, to ideałem jest znać to drzewo, wiedzieć kiedy je ścięto, mieć z nim relację. To nie jest estetyka, to jest robocza zasada - bo materiał, który niesie historię i relację, "trzyma" intencję inaczej. Ale mam pytanie do wszystkich: czy wy rozróżniacie między koncentracją jako stanem umysłu a koncentracją jako jakością relacji z tym, na czym pracujecie? Bo to chyba dwa różne zjawiska.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale trochę mi umknęło - mówicie o koncentracji podczas rytuału czy o przygotowaniu do niego? Bo jak dla mnie to są dwie różne sprawy i mieszacie je w jedno. Chciałbym żebyście to rozdzielili, bo inaczej rozmowa idzie w kółko.
Wróćmy może do tego wątku ekologicznego, bo Irenka go otworzyła i jest tu coś konkretnego do powiedzenia. Mnie zastanawia czy magia z syntetycznych materiałów - parafina zamiast wosku pszczelego, inkens kupiony w plastikowym opakowaniu z Chin - działa inaczej z powodów czysto energetycznych, czy to jest nasza interpretacja, nasze poczucie winy ekologicznej, które zaburza skupienie?
Słucham tej rozmowy od początku i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Piszecie dużo o tradycjach, które miały szacunek do zasobów. Ale przecież te tradycje powstawały w czasach kiedy nie było wyboru - jeśli żyłeś w zgodzie z naturą, to dlatego, że od niej zależałeś. Teraz jesteśmy oderwani od tych cykli. Czy możemy naprawdę praktykować te same zasady bez udawania że żyjemy w innym czasie? Pytam serio, bo nie wiem.
Zastanawiam się czy ktoś próbował robić rytuały z materiałów w pełni ekologicznych i miał jakieś konkretne obserwacje. Nie żeby potwierdzić teorię, ale żeby sprawdzić praktycznie. Bo czytam tę dyskusję i jest mi trudno ocenić czy to są nasze przekonania czy coś co się daje zaobserwować.
Kamilka powiedziała coś ważnego, a mnie to kieruje z powrotem do pytania tytułowego. Może "absolutna" koncentracja jest po prostu złą metaforą. W tradycjach, które mają dłuższą ciągłość niż nowożytna magia ceremonialna - czy to w Japonii, Amazonii, czy w słowiańskim folklorze - praktyka nie polega na wyłączeniu się od kontekstu i wejściu w "tryb skupienia". Polega na pogłębionej obecności w tym, co jest. I ta obecność obejmuje wiedzę skąd pochodzi kadzidło, jaki masz z nim kontakt, co o nim czujesz. To jest może bardziej wymagające niż absolutna koncentracja, bo nie ma granicy kiedy się kończy.
To co Kamilka opisuje to jest chyba jeden z trudniejszych progów do przejścia. Szukamy zewnętrznego potwierdzenia stanu wewnętrznego, a tego po prostu nie ma. W tradycjach szamańskich, z którymi miałem kontakt pośrednio przez literaturę - mam tu na myśli opisy praktyk tunguzkich - adept uczył się rozpoznawania własnego stanu przez próby i błędy latami, nie przez definicję.
Wracając do tego co Prokop pytał - mnie pomogło inne ustawienie pytania. Zamiast "czy jestem wystarczająco skupiona" zaczęłam pytać siebie "czy jestem tutaj". To drugie jest sprawdzalne w praktyce, to pierwsze prowadzi do wiecznej wątpliwości.
Słuchajcie, mam pytanie trochę z boku, ale chyba pasuje. Mówimy o materialnym kontekście, o ekologii, o byciu "tutaj". Czy to znaczy że magia praktykowana w mieście, w bloku, z kupionym kadzidłem i świecą ze sklepu jest z definicji uboższa w tej warstwie skupienia? Bo jeśli tak, to brzmi trochę elitarnie.
Arkania pyta o coś ważnego. Bo jak wchodzę w tę dyskusję, to trochę czuję że idealny praktyk to ktoś kto mieszka blisko lasu, ma pasiekę i zbiera wszystko sam. A to jest obraz dostępny dla bardzo niewielu osób.
Mam inną interpretację tej rozmowy. Nie chodzi o to gdzie mieszkasz ani co masz pod ręką, tylko o to czy twój rytuał jest zakorzeniony w rozumieniu materiału. Ktoś w warszawskim bloku może to zrobić lepiej niż ktoś na wsi, jeśli ma głębszą refleksję nad tym co używa. To jest kwestia postawy, nie geografii.
Dobra, ale ja wracam do swojego pytania bo nadal nie dostałem odpowiedzi na to co chciałem wiedzieć. Mówicie o świadomości, o kontekście, o byciu tutaj. Ale czy to znaczy, że ktoś kto jest zdolny do absolutnej koncentracji w klasycznym sensie - wyciszenia wszystkiego - ma gorzej? Bo to brzmi jakbyście teraz mówili że stary model jest zły.
Mam takie wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych modelach skupienia i warto by je oddzielić, bo inaczej będziemy się kręcić. Jeden to koncentracja ekskluzywna - wykluczasz wszystko poza celem. Drugi to koncentracja inkluzyjna - obejmujesz wszystko co jest w tym momencie. I te dwa modele nie są sprzeczne, ale mają różne zastosowania chyba?
Okej, to rozumiem i zgadzam się. Ale mam jeszcze jedno pytanie do Klimci - mówiłaś że pracowałaś przez kilka miesięcy tylko z materiałami, które sama zebrałaś albo dostałaś od kogoś bliskiego. I że rytuały miały "inny charakter". Czy możesz powiedzieć więcej co to znaczyło w praktyce? Bo to jest konkret, który mnie ciekawi.
Kamilka powiedziała coś co mi wydaje się bardzo uczciwe - nie rozdzielę tych dwóch rzeczy. I to chyba jest sedno. Nie mamy dobrych metod żeby oddzielić efekt materiału od efektu intencji i przygotowania. To jest jeden z powodów dla których magia jest trudna do badania i jednocześnie trudna do upraszczania w regułki. Każda zmienna ciągnie za sobą inną.
Dobra, Rasphul powiedział że to jest trudne do zbadania bo nie da się rozdzielić. Ale mnie zastanawia coś innego - jeśli naprawdę nie możemy rozdzielić efektu materiału od efektu intencji, to po co w ogóle dyskutujemy o materialnym zakotwiczeniu? Może to wszystko i tak sprowadza się do głowy?
I właśnie tu wracamy do pytania z tytułu, bo Prokop w sumie dotyka czegoś realnego. Jeśli cała praca to głowa, to absolutna koncentracja staje się jedynym wymaganiem. Ale jeśli materiał i intencja są ze sobą splecione, to skupienie na samej głowie może być właśnie tym co sprawia że rytuał jest płaski.
Mam pytanie bo trochę zgubiłem wątek - kiedy mówicie o tym że materiał "wnosi coś" do rytuału, to co konkretnie macie na myśli? Chodzi o jakiś wpływ fizyczny na stan, na przykład przez zapach? Czy o coś innego?
Elfin pyta o coś ważnego i dobrze że to wyciąga. Bo w tej rozmowie mieszamy dwie rzeczy: efekty sensoryczne, które są całkiem dobrze opisane w badaniach nad oddechem i uwagą, oraz coś co moglibyśmy nazwać semiotycznym wymiarem materiału - materiał jako znak, jako nośnik historii i miejsca. To są mechanizmy różnego rodzaju i warto je rozróżniać nawet jeśli w praktyce działają razem.
Irenka opisała to lepiej niż ja byłam w stanie. "Przestać pilnować skupienia i po prostu być." Mnie się to zdarzyło przy ziołach zebranych samodzielnie i dokładnie tak to wyglądało - znikło to ciągłe sprawdzanie czy jestem wystarczająco skupiona.
Ale czekajcie - to może być efekt samego procesu zbierania, a nie materiału jako takiego. Kiedy sama zbierasz coś przez kilka godzin, naturalnie robisz jakiś rodzaj przygotowania do rytuału, nawet tego nie planując. Nie możecie wiedzieć czy to był materiał czy ta wcześniejsza historia z nim.
Arkania zadała dobre pytanie i chcę je rozwinąć, bo to dotyczy też ekologicznego aspektu tej rozmowy. Jeśli efekt bierze się z procesu, a nie z samego materiału, to czy można go zreplikować inaczej - na przykład przez świadome kupowanie z dobrym rozeznaniem skąd pochodzi? Albo przez jakieś inne przygotowanie?
To ciekawe bo to de facto przekłada ciężar z dostępności geograficznej na dostępność informacyjną. Każdy może w teorii poczytać o swoich materiałach, nawet jeśli nie może ich zbierać. Czy wy myślicie że to jest ekologicznie lepsza praktyka niż masowe zbieranie przez każdego praktyka osobno?
To jest ciekawe odwrócenie - zazwyczaj myślimy że głębsza praca wymaga lepszych materiałów, więcej, mocniejszych. A tu wychodzi że głębsza praca może prowadzić do mniejszego zużycia, bo rozumiesz co bierzesz i bierzesz mniej albo inaczej.
