To co Sliwka mówi o nieregulnościach jest ważne bo kupowałam raz dwa kamienie tego samego rodzaju - sugillit - jeden surowy jeden szlifowany i ten surowy miał takie jedno miejsce gdzie skóra prawie 'siadała' sama. Polerowany był piękny ale jakoś bezosobowy. Brzmi głupio ale tak to czułam.
Ale może właśnie to jest sedno? Że to 'znaczenie poza estetycznym' to pojęcie z innej rozmowy. Estetyczne, sensoryczne, emocjonalne - to może być jedno i to samo tylko opisywane różnymi słowami zależnie od tego czy siedzisz na forum ezoterynym czy w pracowni naukowej.
Wikusia, to jest filozoficznie nierozstrzygalne i oboje o tym wiemy. Nie mówię że to błąd w twoim rozumowaniu - mówię że to jest granica na której stoi ta cała dyskusja od początku. Za tą granicą jest albo materializm, albo coś innego. I zależnie od tego gdzie stoisz, inaczej interpretujesz te same obserwacje.
I wracając do tytułu wątku - placebo czy działanie - może odpowiedź jest po prostu 'oba i to zależy kiedy'? W sensie: przy pierwszym kontakcie głównie sensoryka i sugestia, przy długim używaniu buduje się coś co zaczyna działać inaczej, bardziej jako kotwica uwagi albo coś głębszego. Niekoniecznie sprzeczne.
to by było spójne z tym jak działają w ogóle praktyki uważnościowe. Na początku efekt jest mocno zależny od środowiska i rytuału, z czasem sama obecność obiektu lub zapachu czy dźwięku uruchamia stan. Warunkowanie. Ale czy to redukuje wartość praktyki? Niekoniecznie.
Czyli jak rozumiem - kupując kamień pierwszy raz lepiej nie zaczynać od czegoś drogiego bo i tak na początku trochę się uczymy jak z nim być? To miałoby sens. Ale to też oznacza że ten tani ametyst z allegro może być równie dobry na start co coś za 200zł ze sklepu?
No dobra, to jak z tym allegro kontra sklep - serio pytam, bo mam ochotę zacząć od czegoś taniego żeby się przekonać. Ale widziałem że na allegro część to barwiony agat sprzedawany jako co innego. Jak odróżnić?
Ja kupowałam kiedyś na allegro i szczerze - dwa kamienie z tej samej paczki miały zupełnie inny ciężar, jeden był ewidentnie za lekki. To też znak. Choc nie kazdy bedzie to od razu wyczuwał.
Wracając do tego co Bernadka mówiła o kotwicy - mam pytanie. Masz jakieś kamienie których już nie używasz aktywnie, ale nadal je trzymasz? I czy dalej robią coś z twoją uwagą czy to się po prostu wygasza z czasem?
Mam kilka takich. Jeden labradoryt którego przestałam używać regularnie jakieś dwa lata temu - leży na półce i szczerze, jak go wezmę do ręki to jest jakieś przebłysk stanu, ale słabszy. Jak ściszony. Nie wiem czy to kamień 'pamięta' czy to ja pamiętam że kiedyś z nim pracowałam i to samo robi różnicę.
To co mówisz o 'ściszonym' brzmi znajomo. Ja mam taki obsydian z którym przestałam pracować po bardzo intensywnym okresie i teraz traktuję go bardziej jak obiekt z historią niż aktywny element praktyki. Ale dziwne jest to że nie chcę go oddać ani sprzedać. Nie wiem czy to przywiązanie do kamienia czy do tamtego okresu.
Zastanawiam się czy właśnie nie o to chodzi w całej tej debacie placebo versus działanie. Może granica jest nie w tym czy kamień 'ma energię', tylko w tym jak angażuje zmysły. Papier jest wzrokowy. Kamień jest dotykowy, termiczny, ciężarowy. To jest inne wejście do układu nerwowego.
Bo zwykły szary otoczak nie ma nazwy, historii i przypisanych właściwości. Mam wrażenie że część pracy wykonuje kontekst kulturowy zanim jeszcze pierwszy raz weźmiemy kamień do ręki. Czytamy że labradoryt jest 'kamień transformacji', więc już pierwsze trzymanie go w ręce jest naładowane oczekiwaniem.
dobra, ale to znowu wraca do placebo. Tyle że teraz placebo jest napędzane przez marketing i historię kulturową zamiast przez tabletki.
Genek, placebo to nie jest słowo do wyczyszczenia zjawiska z wartości. Placebo działa na ból lepiej jeśli ktoś w biały fartuch poda droższy lek. To jest udokumentowane. Kontekst kulturowy kamienia działa może podobnym mechanizmem - i to nie sprawia że efekt jest fałszywy, tylko że jest psychologiczny. To są dwie różne rzeczy.
Okej, ale dla kogoś kto nie ma żadnego kontekstu kulturowego - no bo ja nie wychowałem się w środowisku gdzie się o kamieniach rozmawiało - to czy ten efekt w ogóle jest możliwy od zera? Czy trzeba najpierw przyswoić tę całą narrację żeby cokolwiek poczuć?
Mnie się raz zdarzyło coś podobnego - w sklepie wziełam do ręki kamień którego w ogóle nie znałam, nie patrzyłam na etykietkę, i miałam bardzo konkretne odczucie w nadgarstkach, takie lekkie mrowienie. Potem sprawdziłam - turkus. Który podobno ma działać na komunikację i gardło, a nie nadgarstki, więc może moje odczucie było zupełnie moje własne a nie z żadnej tradycji.
Dobra, ale ta kwestia rozstrzygalności którą Kryska poruszyła - to jest chyba sedno całej tej dyskusji. Bo jeśli coś jest nierozstrzygalne, to jak w ogóle podejmujesz decyzję że to działa? Na jakiej podstawie kontynuujesz praktykę?
Właśnie - myślę że za dużo szukamy jednego mechanizmu. Jak coś działa na poziomie skupienia, na poziomie sensorycznym, na poziomie kulturowym i na poziomie nawyku - to wszystkie te warstwy są jednocześnie prawdziwe. Nie trzeba wybierać jednej.
ale to wymaga żebyś była uczciwa wobec siebie w tym, która warstwa działa w danym momencie. Bo inaczej latami używasz czegoś jako 'kamień transformacji' a tak naprawdę korzystasz z prostego efektu zakotwiczenia i nigdy tego nie sprawdzisz.
A po co sprawdzać? Szczerze pytam. Jeśli efekt jest - to co zmienia etykietka którą mu przykleisz?
To jest dobry punkt. Mnie się zdarzało właśnie tak - że zamiast zobaczyć że jestem po prostu bardziej rozkojarzona albo że coś trudnego się w życiu wydarza, szukałam przyczyny w kamieniu. Że może źle naładowany, może trzeba wyczyścić. To trochę przeniesienie odpowiedzialności.
Zaraz, zaraz - mówicie o czyszczeniu kamieni jak o czymś oczywistym. Co to właściwie znaczy w praktyce? Bo słyszałem o tym sól i księżyc ale nie bardzo wiem o co chodzi od strony... no, mechanizmu.
To jest bardzo stary problem z tą całą branżą - informacje krążą bez weryfikacji i nikt nie sprawdza czy dany kamień w ogóle nadaje się do danej metody. Ametyst, fluoryt, różowy kwarc, akwamaryn - wszystkie są podatne na blaknięcie. Ktoś kiedyś napisał 'słońce ładuje kamienie' i poszło w świat.
Dokładnie to samo z solą i wodą - halit, selenityt, malachit, pirit - żadnego z nich nie powinno się moczyć ani trzymać w soli. Pirit utlenia się, selenityt jest miękki i rozpuszczalny, malachit zawiera miedź która reaguje. Trochę szkoda że ta wiedza nie jest tak popularna jak ogólne 'wyczyść na księżycu'.
To ciekawe że w tej rozmowie dochodzimy do wniosku że sporo popularnych porad o kamieniach jest po prostu błędnych na poziomie chemii i mineralogii - i to niezależnie od tego co myślimy o ich 'działaniu'.
No to mam teraz inne pytanie - skoro tyle jest błędnych informacji, to gdzie w ogóle szukać rzetelnych danych o kamieniach? Nie w sensie ezoterycznym tylko właśnie fizycznym, mineralogicznym?
