Mam problem z okadzaniem i szukam czegoś, co faktycznie działa, a nie tylko wygląda znajomo. Mieszkam z osobą, która ma astmę, więc szałwia czy kadzidła odpada w zasadzie całkowicie. Próbowałam otwierać okna i "wietrzenie z intencją" - brzmi śmiesznie, wiem - ale szczerze mówiąc nie czułam żadnej różnicy. Zastanawiałam się ostatnio, czy twórcze działanie w przestrzeni - malowanie, rysowanie, pisanie - może pełnić podobną funkcję. Nie mam na myśli tworzenia sigili, to osobna sprawa. Chodzi mi bardziej o sam akt tworzenia jako rodzaj czyszczenia. Ktoś to praktykuje albo w ogóle rozważał w tym kontekście?
To nie jest wcale tak odległy pomysł, jak mogłoby się wydawać. W tradycji tybetańskiej mnisi tworzą mandale z kolorowego piasku przez wiele dni, a potem je niszczą - i właśnie ten proces zniszczenia jest kulminacją, nie sama mandala. Pytanie do Ciebie: czy chodzi Ci o czyszczenie przestrzeni fizycznej, energetycznej, czy może psychicznej? Bo w zależności od odpowiedzi, te mechanizmy działają trochę inaczej.
Dźwięk też jest w stanie zastąpić dym w tym kontekście. Stroik, śpiewające misy, nawet głośne klaskanie w rogach pomieszczenia - to praktyki z różnych tradycji, które spełniają podobną funkcję co okadzanie. Nie trzeba nic spalać. Ale wracając do pytania o twórczość - tu bym się zatrzymał, bo to naprawdę odrębna kategoria i nie wiem czy można to po prostu podstawić w miejsce okadzania jak zamiennik.
Zoroastryzm ma ciekawą odpowiedź na ten problem. Używali dymu z drewna sandałowego i żywic, ale też hafiz - recytację fragmentów Awesty - jako substytut w przestrzeniach, gdzie dym był niemożliwy. Sam głos traktowany był jako nośnik zamiaru, nie tylko tekstu. Nie jest to oczywiście tożsame z twórczością wizualną, ale wskazuje, że idea "aktywności zamiast substancji" jest stara i poważna tradycyjnie.
No ale tu jest jeden problem, który warto rozgryźć zanim pójdziemy za daleko. Okadzanie działa na kilku poziomach jednocześnie: zmiana zapachu w przestrzeni, dym fizycznie przemieszcza się i niesie intencję, no i sam rytuał sensoryczny. Jak zastępujesz to twórczością, to rezygnujesz z co najmniej dwóch z tych warstw. Zostaje głównie warstwa intencyjna i rytualna. Pytanie czy Tobie to wystarczy i czy wcześniej pracowałaś głównie na tej warstwie, czy na wszystkich?
jeśli tak, to masz odpowiedź na swoje pytanie. Twórczość jako rytuał ma sens właśnie wtedy, kiedy podmiana zapachu/dymu na działanie wizualne nie wytrąca Cię z koncentracji intencyjnej. Jedyna rzecz, o której bym pomyślał - twórczość ma w sobie egotyczny element, zaangażowanie umysłu w ocenę, korektę, estetykę. To może rozpraszać. Ale może nie - zależy jak pracujesz.
Jest jeszcze jedna tradycja, którą warto tu rzucić. Hinduscy kolam - rysunki z mąki ryżowej tworzone codziennie przy progu domu przez kobiety. To nie jest dekoracja, to codzienne odnawianie granicy między wnętrzem a tym co na zewnątrz. Zniszczenie i odtworzenie jest częścią cyklu. Sam akt tworzenia progowego wzoru jest ochroną i czyszczeniem jednocześnie. I żaden dym.
Kolam to piękny przykład, bo tam jest jeszcze jeden element - codzienność. Nie robi się tego raz na jakiś czas po kłótni, tylko każdego ranka. Zastanawiam się czy regularność ma znaczenie dla skuteczności, czy można to zrobić doraźnie i liczyć na podobny efekt.
A czym w tej dyskusji jest skuteczność? Konkretnie? Bo rozmawiacie trochę jakby to było oczywiste, a dla mnie nie jest. Simma, co by dla Ciebie oznaczało że to zadziałało - co musiałoby się zmienić w tej przestrzeni po kłótni żebyś powiedziała: tak, ta metoda jest dobra?
Tu jest ciekawy problem praktyczny, który ma paralele w tradycjach kontemplacyjnych. W buddyzmie tybetańskim istnieje rozróżnienie między praktyką jutro-yogi wykonywaną w stanie wzburzenia emocjonalnego a tą samą praktyką w stanie spokoju - to nie są te same praktyki, choć wyglądają identycznie z zewnątrz. Wzburzenie jest traktowane tam nie jako przeszkoda, ale jako surowiec. Nie wiem czy twórczość jako czyszczenie musi być spokojne - może właśnie po kłótni ten materiał emocjonalny jest czymś z czym można pracować, a nie czym trzeba walczyć.
To jest naprawdę dobre pytanie Hani, bo tradycje się tu różnią. W niektórych podejściach opierających się na koncepcji genius loci przestrzeń ma własną charakterystykę miejsca niezależną od aktualnych użytkowników. W innych jest czysto relacyjna. Ale wracając do sedna tematu - jeśli mówimy o alternatywach dla okadzania przy czyszczeniu przestrzeni o takiej historii, to twórczość bez elementu zniszczenia lub transformacji może być niewystarczająca. Jakaś forma zmiany stanu końcowego wydaje się potrzebna.
Simma na początku pisała o szukaniu czegoś co nie wymaga dymu, więc spalanie też odpada. Ale zakopanie - to jest ciekawa opcja. Zniszczenie przez ziemię, nie przez ogień. I ma tę zaletę że jest dostępne nawet w mieście, nawet doniczka z ziemią robi robotę symbolicznie.
Zakopanie mnie nie przekonuje jako substytut, bo trochę mam problem z wyobrażeniem sobie że tworzę coś specjalnie żeby zniszczyć. Przy kolam jest inaczej, bo tam zniszczenie jest codziennym cyklem, nie jest wyjątkowym aktem. Ale zupełnie nowe pytanie do wszystkich - czy ktoś tu faktycznie próbował twórczości jako czyszczenia przestrzeni, a nie tylko rozmawiamy o tym teoretycznie? Bo mam wrażenie że trochę budujemy zamki na piasku.
Właśnie to chciałam zapytać - czy ktoś próbował czegoś twórczego w takim stanie napięcia i wyszło z tego czyszczenie, a nie tylko wylanie emocji na papier? Bo rozróżnienie Ninki mnie tu zatrzymuje. Mam wrażenie że sama nie wiem czy szukam czegoś dla przestrzeni czy dla siebie, i czy to w ogóle można sensownie rozdzielić.
Mam takie doświadczenie i nie potrafię powiedzieć co było co. Grałem kiedyś na bębnie po dość ciężkiej nocy, bez żadnego planu, po prostu żeby coś z siebie wyrzucić - i dopiero po fakcie zorientowałem się że mam poczucie innej przestrzeni, nie tylko innego nastroju. Ale mogę się mylić co do kolejności.
To by tłumaczyło czemu tyle tradycji ma jakieś wstępne oczyszczenie przed oczyszczeniem. Zanim zrobisz rytuał dla przestrzeni, zrób coś małego dla siebie żeby wejść w odpowiedni stan. Kadzidło, oddech, cokolwiek. To nie jest tylko ceremonialność dla samej ceremonialności.
Zimna woda. Dosłownie. Umycie rąk albo twarzy zimną wodą przed czymkolwiek rytualnym działa na mnie jak reset. Nie wiem czy to ma jakieś głębsze uzasadnienie tradycyjne ale czuję różnicę wejścia w działanie przed i po.
A czy to musi być zimna? Pytam bo mam wrażenie że ciepła działa na mnie inaczej, bardziej rozluźniająco, a nie jako reset. Czy to ma znaczenie dla tego czego szuka Simma?
Hania dotknęła czegoś co siedzi mi w głowie od kilku postów. W praktycznie każdej tradycji którą znam nie ma oddzielnych protokołów dla "oczyszczam siebie" i "oczyszczam przestrzeń". Jest jeden protokół który robi obydwa naraz. Może to celowe, a nie niedopatrzenie. Może rozdzielanie tego to nowoczesny pomysł który nie ma pokrycia w tym jak te praktyki faktycznie działają.
Czekajcie - Simma na początku wątku pisała konkretnie o alternatywach dla okadzania u siebie w domu, gdzie sama jest. To nie jest przypadek pustego mieszkania Ninki. Może zamiast rozwiązywać teoretyczny problem warto wrócić do jej kontekstu i zapytać: co konkretnie próbowałaś do tej pory poza okadzaniem?
Zielarz zadał dokładnie to pytanie które chciałem zadać. I dodam do niego drugie: czy po tym rysowaniu zrobiłaś coś z tym rysunkiem, czy zostało na biurku? Bo jeśli to wrócimy do całej rozmowy o zamknięciu rytuału i stanie końcowym - może przypadkowe działanie zadziałało właśnie dlatego że nie było planu, ale czy bez jakiegoś domknięcia to się powtórzy jako metoda?
To jest bardzo ważne rozróżnienie które teraz robisz. Intencja była nieobecna na początku, ale czy pojawiła się po drodze? Bo rysowałaś żeby "nie wiedzieć co z sobą zrobić" - to brzmi jak ujście, nie jak rytuał. A wyrzucenie po kilku dniach to coś innego niż świadome zamknięcie.
Hania ma punkt. Simma, jak opisujesz to co czułaś po tym rysowaniu - bardziej jako "odreagowałam i dlatego było lepiej" czy jednak coś z przestrzenią się faktycznie zmieniło? Bo to dwie różne diagnozy i prowadzą do różnych odpowiedzi.
To jest bardzo uczciwa odpowiedź i myślę że ten problem dotyczy większości metod niematerialnych. Dźwięk, oddech, wizualizacja - zawsze jest pytanie czy działamy na przestrzeń czy na siebie. Może te dwie kategorie są po prostu złe jako punkt wyjścia?
A można by coś takiego zrobić w zwykłym mieszkaniu? Pytam bo to brzmi jak coś bardzo konkretnego, nie wymaga żadnego specjalnego stanu.
Ale to działa jako czyszczenie czy jako ochrona? Bo shimenawa o ile wiem wyznacza przestrzeń sacrum, nie usuwa tego co już w tej przestrzeni jest. Simma miała konkretny problem - napięcie po kłótni, resztki złej atmosfery. Wyznaczenie granicy temu nie pomaga.
I to może tłumaczyć dlaczego ciężko znaleźć jeden zamiennik. Simma szuka czegoś co robi obydwa - usuwa resztki i zapobiega powrotowi. Dźwięk może rozprasza, sól chroni, rysowanie odreagowuje - żadna z tych rzeczy nie robi wszystkiego naraz.
