Tylko że 'puste' czytanie jest bardzo trudne do odróżnienia od czytania, które coś daje, tylko ty nie masz dostępu. I to jest chyba jeden z najtrudniejszych momentów przy pracy z intuicją - kiedy cisza to sygnał, a kiedy to tylko twój własny szum.
Mam wrażenie, że ta rozmowa dotknęła czegoś, o czym nie mówiłam wprost na początku, ale miałam to z tyłu głowy - że praca z intuicją wymaga czegoś w rodzaju zaufania do braku rezultatu. I zastanawiam się, czy to jest coś, co można jakoś trenować, czy raczej przychodzi samo z doświadczeniem.
Trening zaufania do braku rezultatu brzmi jak coś bardzo trudnego. Bo mamy ciągłe oczekiwanie, że jak coś robisz, to musi coś z tego wyjść. Nawet jeśli tylko dla siebie.
Jest taka koncepcja w badaniach nad medytacją - effortless effort albo wu wei jeśli ktoś zna taoizm - gdzie chodzi o robienie czegoś bez intencji osiągnięcia. I może właśnie o to chodzi z tymi pustymi sesjami: że dopiero kiedy przestajesz wymagać wyniku, masz szansę cokolwiek usłyszeć.
Mnie to przypomina coś, co kiedyś opisała mi znajoma pracująca z astrologią. Mówiła, że najlepsze odczyty robiła, kiedy nie zależało jej na tym, co wyjdzie - bo klient był dla niej emocjonalnie obojętny. I zaraz potem dodała, że to jest dość ponure odkrycie o sobie. Ale prawdziwe.
Czyli im mniej nam zależy, tym lepsza intuicja? To jest trochę sprzeczne z tym, jak zwykle myślę o tych rzeczach - że motywacja i zaangażowanie pomagają.
Nie do końca tak bym to ujęła. Myślę, że chodzi o rodzaj zaangażowania. Można być bardzo skupioną na pracy i jednocześnie nie być przywiązaną do konkretnego wyniku. To są dwie różne rzeczy, które łatwo wrzucić do jednego worka.
Wracając do tego, co mówiłam - to rozróżnienie między zaangażowaniem a przywiązaniem do wyniku jest czymś, o czym rzadko się mówi wprost. W runach jest na to nawet coś w rodzaju struktury: kiedy wyciągasz losowy kamień bez pytania, bez kontekstu, często dostajesz więcej niż przy starannie sformułowanym zapytaniu. Jakby intencja sama w sobie potrafiła zagłuszać odbiór.
To, co Berkana opisuje, pasuje do czegoś, o czym czytałam w kontekście projekcji w psychologii Jungowskiej - że brak ramowania pytaniem daje inny dostęp do materiału. Nie dlatego, że odpowiedź jest 'czystsza', ale dlatego że twój aparat interpretacyjny pracuje inaczej. Czy to magia czy psychologia, efekt bywa podobny.
Ciekawi mnie jedna rzecz przy tej rozmowie o zaangażowaniu i dystansie - czy to znaczy, że intuicja działa lepiej, kiedy jesteś jakby obok tematu? Bo ja mam odwrotne doświadczenia z tarotem - że przy sprawach, które mnie bardzo dotyczą, czasem wychodzą mi rzeczy, które potem okazują się bardzo trafne. Tylko wtedy rzadko je słyszę od razu.
to co piszesz jest spójne z tym, co mówiłaś wcześniej - że trafność wychodzi dopiero przy wracaniu do notatek. Może zaangażowanie emocjonalne nie przeszkadza w samym odbiorze, tylko w rozpoznaniu w czasie rzeczywistym?
To by dużo tłumaczyło. Ja mam podobnie z astrologią - kiedy analizuję własny chart, dużo rzeczy widzę po fakcie. A przy obcym człowieku, który dla mnie jest abstrakcją, patrzę inaczej, spokojniej. Ale to nie znaczy, że mój odczyt jest trafniejszy - może jest po prostu bardziej płynny.
A czy jest jakiś sposób na to rozróżnienie w momencie, kiedy to się dzieje? Bo to brzmi jak coś, co można zobaczyć tylko z dystansu.
Właśnie dlatego notatki są dla mnie absolutną podstawą. Bez nich nie wiem nic o tym, jak moja intuicja działa, mam tylko wrażenia, które się mieszają. A jak mam zapiski z kilku miesięcy, to zaczynam widzieć pewne wzorce - które sygnały u mnie znaczą cokolwiek, a które to szum.
Jest w tym coś ważnego - że praca z intuicją to nie tylko kwestia otwierania się na sygnały, ale też budowania własnego 'słownika'. I to jest długi proces, nie da się tego przyspieszyć.
Zastanawiam się, wracając do pytania z początku wątku, czy te osoby, które mają inaczej zorganizowany sposób przetwarzania - ADHD, autyzm - mają ten słownik zbudowany inaczej od podstaw. Nie lepiej ani gorzej, ale inną strukturę. I czy standardowe podejście do rytuałów w ogóle do tego pasuje.
To jest coś, o czym myślę od jakiegoś czasu. Mam wrażenie, że klasyczne rytuały - ze stałą sekwencją, konkretnym czasem, tym samym miejscem - są projektowane z myślą o pewnym domyślnym typie skupienia. A jeśli twoje skupienie działa inaczej, to ten projekt może być przeszkodą, a nie pomocą.
To jest właśnie pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi, i myślę, że świadomie. Widziałam różne podejścia - u jednych to był zapach (konkretna żywica, zawsze ta sama), u innych dźwięk, u jeszcze innych fizyczny gest, jak trzymanie konkretnego kamienia w dłoni przed rozpoczęciem. Nie chodzi o to, żeby to 'działało' w jakimś obiektywnym sensie, tylko żeby twój układ nerwowy zapamiętał, że zaraz zaczyna się coś innego niż codzienność.
To brzmi trochę jak klasyczne warunkowanie. W zasadzie to nie jest krytyka, po prostu widzę, że wiele rzeczy w rytuałach działa właśnie na tej zasadzie - powtarzalność buduje skojarzenie, skojarzenie uruchamia pewien stan. Pytanie, czy to wystarczy, żeby powiedzieć, że rytuał 'działa'.
Znam ten opór i rozumiem, skąd pochodzi, ale też się z nim nie zgadzam. Pytanie 'czy to działa przez mechanizm psychologiczny czy przez coś innego' zakłada, że te dwie opcje się wykluczają. A mnie się wydaje, że niekoniecznie. To nie jest tak, że skoro coś angażuje układ nerwowy, to wyklucza inne warstwy.
Mam wrażenie, że ta dyskusja jest ważna, ale trochę odchodzi od tego, co Pytia pytała na początku - mianowicie, czy inaczej zorganizowany sposób przetwarzania oznacza inaczej zbudowany słownik intuicji. Można wrócić do tego? Bo mnie to konkretnie interesuje.
Właśnie to miałam na myśli - i może nie wyraziłam tego dość jasno. Nie chodziło mi o to, że rytuał musi działać tak czy owak, tylko o to, że cały przekaz wokół intuicji i magii zakłada pewien domyślny sposób doświadczania. 'Wycisz się, posłuchaj ciszy wewnętrznej, poczekaj na sygnał.' A co, jeśli twoja cisza wewnętrzna jest pełna szumu i to jest norma, nie przeszkoda?
To jest coś, co czuję od dawna, ale nigdy nie umiałam tak powiedzieć. Zawsze miałam wrażenie, że nie potrafię zrobić tego 'właściwie', bo mi się myśli rozlatują i nie ma żadnej ciszy. A może ten szum to nie jest brak skupienia, tylko po prostu inny kanał?
Ale jak odróżnić 'inny kanał' od zwykłego rozproszenia? Bo to brzmi ładnie, ale zastanawiam się, czy to nie jest trochę zbyt łatwe usprawiedliwienie dla każdego, kto po prostu nie chce się skupić.
Okay, to ma sens. Ale jak to wygląda w praktyce przy tarocie na przykład? Bo ja jak się rozpraszam przy czytaniu, to po prostu nie pamiętam, co widziałam na kartach.
To może być kwestia tego, że tarot w standardowym ujęciu wymaga pewnej sekwencji - rozłożenie, skupienie na każdej karcie z osobna, narracja. Jeśli twój sposób przetwarzania jest bardziej holistyczny, możliwe że lepiej działa u ciebie coś innego. Na przykład spojrzenie na całe rozłożenie naraz i zarejestrowanie pierwszego obrazu, który przyciągnie uwagę, zanim zaczną się interpretacje.
Próbowałam czegoś podobnego i u mnie to rzeczywiście daje inne wyniki niż chodzenie po kolei. Trudno mi powiedzieć, czy lepsze, ale inne. Mam wtedy więcej skojarzeń, które są mniej dosłowne, bardziej metaforyczne. Czasem to jest coś, z czym nie wiem co zrobić od razu, a potem po paru dniach się okazuje, że to było trafne.
