Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad tym, co tak naprawdę dzieje się z ciałem podczas rytuału. Nie mówię o intencji, koncentracji ani o tym co wszyscy powtarzają - tylko dosłownie o ruchu. Gest, krok, obrót. W tradycji wicca jest sporo chodzenia w kółko, w szamanizmie mamy taniec do utraty przytomności, w ceremonialnej magii zachodniej - precyzyjne gesty różdżką albo nożem. Ale dlaczego w ogóle to działa? Czy to jest coś, co pomaga skupić się mózgowi, czy naprawdę coś "robi" energetycznie? Pytam, bo przy każdym rytuale chodzę wokół ołtarza i mam wrażenie, że kierunek ma znaczenie, ale nie do końca rozumiem skąd to przekonanie we mnie siedzi.
To ciekawe pytanie, bo właśnie ta granica między fizjologią a czymś więcej jest rozmyta. Rhythmic movement - rytmiczny ruch - obniża aktywność kory przedczołowej, co neurologicznie wygląda bardzo podobnie do stanów medytacyjnych. To samo robi bębnienie, śpiew gardłowy, wirowanie sufich. Więc zanim w ogóle powiemy "to działa magicznie", mamy już solidne neurobiologiczne wyjaśnienie, dlaczego praktyk jest po takim ruchu inaczej nastawiony. Ale to nie wyklucza tego drugiego. Co do kierunku - deosil i widdershins to stara konwencja, ale konwencja oparta na obserwacji słońca na półkuli północnej. Jeśli pracujesz z kimś z Australii, ten kierunek jest odwrócony. Więc pytanie, czy to ty nadajesz mu znaczenie, czy ono jest "tam" niezależnie od ciebie.
Widziałam kiedyś opis galdrów w kontekście runicznych - że samo wymawianie run to jedno, ale są też tak zwane stadhagaldr, czyli przyjmowanie pozycji ciałem, które odpowiada kształtowi runy. To jest mega konkretne - stoisz w kształcie Isa, Tiwaz, Algiz. I to nie jest medytacja, to jest dosłownie wcielenie symbolu w ciało. Zastanawia mnie, czy ktoś tutaj to praktykował, bo czytałam o tym sporo, ale sama nie wiem, jak do tego podejść żeby nie było to tylko gimnastyka.
to jest uczciwe pytanie i dobrze że je stawiasz. Stadhagaldr - tak naprawdę ta nazwa i skodyfikowana forma pochodzi od Edred Thorssona, lata 70-80. Ale samo ciało jako medium symboliczne w germańskiej tradycji? Tu już jest trudniej - galdr oznaczało śpiew, inkantację, do tego dochodziły gesty. Czy to były konkretne pozy ciała? Nie ma na to jednoznacznych źródeł historycznych. Więc masz rację - to jest w dużej mierze rekonstrukcja, ale to nie znaczy, że nie działa. Pytanie, czy dla ciebie ważne jest historyczne zakorzenienie, czy skuteczność.
Słucham tej dyskusji i mam trochę inne doświadczenie. Nie pracuję z konkretnym systemem, bardziej intuicyjnie, i właśnie ruch jest dla mnie tym co najbardziej "odpala" kontakt z czymkolwiek. Ale to nie jest skodyfikowany gest, to jest ruch który wychodzi sam. Czasem to jest kiwanie się, czasem coś w rękach. Zastanawia mnie, czy ktoś z was miał coś podobnego - że ciało zaczyna się ruszać jakby samo wiedziało co robić, bez że to jest wyuczona forma? Nie wiem jak to opisać żeby nie brzmiało absurdalnie.
Szczerze? W ciszy prawie nigdy. Albo jest muzyka, albo coś mamroczę, czasem tylko oddycham głośno. I masz rację, że jak próbowałam raz zrobić rytuał w absolutnej ciszy, to był kompletnie inny charakter. Nie gorszy, ale jakby bardziej wewnętrzny, mniej... hmm, mniej kinetyczny? Trudno to opisać. Ale właśnie to pytanie o oddech mnie zatrzymuje - bo w jodze i qigong oddech jest dosłownie tym co napędza ruch, bez oddechu gest nie ma sensu. Może to jest klucz, a nie sam ruch?
Ja bym tu dodał, że ta synchronizacja oddechu z ruchem to jest technicznie koherencja sercowo-naczyniowa - masz na to badania z HeartMath Institute. Kiedy oddech jest rytmiczny i głęboki, rytm serca się wyrównuje i wtedy mózg jest inaczej "gotowy". To wyjaśnia dlaczego tańce szamanistyczne albo procesje rytualne działają - to jest dosłownie zmiana stanu fizjologicznego przed czy w trakcie działania magicznego.
Przepraszam, wchodzę z boku, bo czytam i się gubię trochę. To znaczy, że jak ktoś po prostu tańczy w rytm muzyki i ma przy tym jakąś intencję, to to też jest coś? Czy to musi być konkretny wyuczony ruch z tradycji, żeby "liczyło się"? Serio pytam, bo dla mnie to jest niejasne.
Wracając do wątku o różnych kulturach - bo to mnie tu najbardziej interesuje. W tradycjach afrykańskich jak kandomblé czy voudon, taniec jest dosłownie zaproszeniem dla ducha lub bóstwa żeby weszło w ciało tancerza. To nie jest metafora, to jest dosłowna teologia posiadania. I tam gest nie jest precyzyjny w sensie zachodnim - każde bóstwo ma swój charakterystyczny ruch, ale to są raczej cechy rozpoznawcze niż partytura. Zupełnie inny model niż ceremonialny Zachód gdzie gest jest jak formuła chemiczna.
Mam pytanie do Sauwaka, bo on wspominał o historyczności - czy w germańskiej tradycji jest cokolwiek o tańcu jako praktyce magicznej, nie tylko o galdr i stadhagaldr? Bo mam wrażenie, że Scandynawia jest trochę "tanecznie uboga" w porównaniu z innymi tradycjami, ale może się mylę i to tylko kwestia tego, co przetrwało w źródłach.
To jest ciekawe rozróżnienie samo w sobie - ruch jako technika, którą stosujesz celowo, kontra ruch który pojawia się jako wynik czegoś innego. Przy runach mam podobne pytanie do siebie. Kiedy przyjmuję pozycję stadhagaldr, to jest to coś wyuczonego, więc ciało wykonuje instrukcję. Ale kiedy potem coś się "uruchamia" w tej pozycji, to już jest co innego. I nie wiem, które z tego jest ważniejsze - ten moment wejścia w pozycję czy to co się dzieje potem.
To, co piszesz, jest bliskie temu, co ja obserwuję u siebie, tylko odwrotnie. Zaczynam od czegoś spontanicznego i gdzieś w środku tego pojawia się coś, co ma formę. Jakiś powtarzający się gest, który wraca. Nie wiem, czy to jest moje ciało wymyślające coś, czy jakiś wzorzec, który gdzieś istnieje niezależnie. Brzmi metafizycznie, ale nie mam lepszego opisu.
Przepraszam, że wchodzę znowu, bo jestem trochę zagubiona. To znaczy, że jak ktoś na przykład ma jakiś gest, który zawsze pojawia się przy modlitwie albo przy jakimś skupieniu, to to jest to samo, o czym wy mówicie? Mam na myśli coś kompletnie nieświadomego, co robi się od lat.
Intencja jako wymóg to jest stosunkowo nowy koncept w magii zachodniej - silnie podkreślany od XIX wieku, mocno wzmocniony przez Crowleya i thelemic model. W starszych tradycjach operacyjna skuteczność rytuału zależała bardziej od precyzji wykonania niż od "stanu wewnętrznego". W wielu systemach szamańskich trans jest właśnie wyjściem poza intencjonalność - nie chodzi o to, żebyś wiedział, co chcesz, tylko żebyś był wystarczająco "otwarty" na to, co przychodzi. Więc to "gdzieś indziej myślami" może być celem, nie przeszkodą.
Dorzucę tu coś, bo pracowałam z oboma modelami. Ten "nowoczesny" model intencjonalny ma jedną wadę, której się nauczyłam na własnej skórze - kiedy zbyt mocno trzymasz się wyobrażenia o tym, czego chcesz, to możesz nie zauważyć, co się faktycznie dzieje w rytuале. Ruch, który jest mechaniczny i precyzyjny, paradoksalnie potrafi puścić umysł wolno bardziej niż koncentracja na intencji. Nie wiem czy to jest argument za starszym modelem, ale coś w tym jest.
Wchodzę tu po raz pierwszy, bo czytałam i nie mogłam nie odezwać się przy tej kwestii. Ta dyskusja między mechanizmem a czymś więcej wygląda znajomo - to samo pojawia się przy numerologii, kiedy ktoś pyta "ale dlaczego miałoby działać". I zawsze dochodzę do wniosku, że nie wiem dlaczego, ale obserwuję co się dzieje. Więc może pytanie "jak" (mechanizm) i pytanie "dlaczego" (sens) to są różne pytania i oba mogą mieć swoje odpowiedzi.
Słyszałam podobne rzeczy i zawsze się zastanawiałam, czy to jest ostrzeżenie, które ma sens, czy raczej taki element, który służy temu, żebyś brała to poważnie i skupiała się. Znaczy - jeśli wierzysz, że zły ruch coś psuje, to automatycznie jesteś bardziej uważna. To może być funkcja samego ostrzeżenia, nie opis czegoś dosłownego.
W tradycji ceremonialne tego jest sporo - np. w rytuałach Golden Dawn kierunki mają konkretne znaczenie i odwrócenie ruchu (banishing vs invoking) robi coś przeciwnego. To jest zakodowane. Ale to działa w ramach systemu, który zakłada, że te kierunki coś znaczą. Wychodząc poza ten system, trudno powiedzieć, czy "zły ruch" istnieje obiektywnie. Chyba że ktoś ma empiryczne doświadczenie, że coś konkretnie poszło nie tak po konkretnym ruchu - to by było interesujące.
Mam takie jedno doświadczenie, ale nie wiem, czy to jest odpowiedź na to pytanie. Przy stadhagaldr - Isa - raz zrobiłam to bez skupienia, dosłownie mechanicznie, myślami byłam kompletnie gdzie indziej. I nic nie poczułam. Ale nie wiem, czy to był "zły ruch", czy po prostu brak obecności sprawił, że nic się nie wydarzyło. Nie wiem, jak odróżnić te dwie rzeczy.
To jest właśnie to pytanie, którego nie da się łatwo rozstrzygnąć. Bo jeśli ruch bez skupienia nie działa, to czy to ruch był problemem, czy skupienie? Przy swojej praktyce czakrowej nauczyłam się, że kiedy robię coś automatycznie, to efekt jest... nijaki. Ale też nigdy nie miałam sytuacji, gdzie coś poszło wyraźnie odwrotnie. Raczej - nic. Pustka. Więc pytanie o "zły ruch" mnie też ciekawi, bo zakłada, że ruch sam w sobie coś robi niezależnie od wykonującego.
Słuchajcie, mam pytanie do tej standaryzacji - czy nie jest tak, że spora część tych "protokołów" wyewoluowała po prostu dlatego, że ludzie lubią powtarzalność i przewidywalność? Nie mówię, że efektu nie ma, mówię tylko, że może mechanizm jest bardziej psychologiczny niż metafizyczny. I to wciąż nie umniejsza działania, ale zmienia pytanie o to, czemu konkretny gest miałby robić coś złego.
Mamuna zadała dokładnie to pytanie, które mi siedziało w głowie. Bo jeśli "zły ruch" ma znaczenie tylko w kontekście systemu, który przypisuje ruchom konkretne znaczenia, to poza tym systemem pojęcie "złego ruchu" traci sens. I tu wracamy do tego, co wcześniej - czy ruch ma znaczenie sam w sobie, czy tylko w ramach konwencji.
To mi zmienia całą perspektywę na to pytanie. Bo jeśli "zły ruch" to ruch wytrącony z kontekstu, to może właśnie o to chodzi w tych ostrzeżeniach - nie o jakieś absolutne szkody, ale o to, że wypadasz z rytmu całego rytuału. Rozbijesz coś, co budowałaś.
tylko że to zakłada, że rytuał ma jakiś rytm do rozbicia. A co z praktykami, które są bardzo płynne, niestrukturyzowane? Jak na przykład automatyczny taniec, o którym wcześniej mówiłam - nie ma tu struktury, którą można rozbić. Czy tam "zły ruch" w ogóle istnieje?
Ruch z ego kontra ruch głębszy - to brzmi jak rozróżnienie, które zakłada, że wiesz, skąd pochodzi twój ruch. A skąd wiesz? To jest jedno z tych pytań, gdzie każda odpowiedź jest kołowa.
A ten błędny taniec z szamanizmu - jak oni to rozpoznawali z zewnątrz? Czy to było widoczne dla obserwatorów, czy tylko szaman wiedział?
Słuchajcie, ale wróćmy na chwilę do tego, czym właściwie jest ten "błędny taniec". Bo mam wrażenie, że używamy tego pojęcia trochę swobodnie. W kontekście tunguskim to był bardzo konkretny termin z bardzo konkretnym znaczeniem - utrata kontaktu z duchem opiekuńczym. A my przykładamy to do stadhagaldr, do automatycznego tańca, do czegoś jeszcze. Czy to nie jest nadużycie tej kategorii?
