Właśnie byłam napisać coś podobnego. Mnie bardziej ciekawi strona praktyczna - okay, mam tę intuicję albo nie mam, ale co z tym robię przy rozkładaniu kart? Czy wy w ogóle zatrzymujecie rytuał, jak coś nie gra? Bo ja próbowałam ostatnio i czułam się głupio, jakbym się sama siebie słuchała zbyt dosłownie.
Chyba to drugie. Znaczy - siedziałam z kartami, poczułam, że nie chcę teraz tego kontynuować, ale zaraz po tym pomyślałam 'no ale przecież zaraz będę żałować, że się zatrzymałam'. I kontynuowałam. I szczerze? Nic z tego odczytania nie zostało ze mną. Byłam przy tym, ale jakby mnie tam nie było.
Ten opis 'byłam przy tym, ale jakby mnie tam nie było' - bardzo to znam. Mam w notatkach kilka takich sesji, gdzie pisałam potem 'byłam tu fizycznie, nic nie wyszło'. Zawsze retrospektywnie okazuje się, że wcześniej był jakiś moment, który powinnam była posłuchać. Ale z drugiej strony - jak mam być uczciwa - zdarzało mi się też zostać i wyjść z czegoś naprawdę wartościowego, mimo że zaczynałam bez chęci.
No właśnie, i tu wracamy do mojego problemu z afirmacjami. Bo jak czytam to co piszecie, to mam wrażenie, że to rozróżnienie - zniechęcenie kontra sygnał - to jest coś, co przychodzi z czasem i z obserwacją siebie. Nie ma na to skrótu? Muszę po prostu zbierać te dane przez rok, żeby wiedzieć?
Mam wrażenie, że pytasz o coś, na co wszyscy po cichu chcieliby odpowiedź. Ja też. Bo brzmi sensownie, że to kwestia czasu i obserwacji, ale jednocześnie to jest trochę frustrujące, kiedy masz pytanie teraz i chcesz wiedzieć teraz.
Ale to jest uczciwa odpowiedź, nie? Że nie ma skrótu? Mam wrażenie, że duża część ezoteryki - i może nie tylko ezoteryki - sprzedaje pewność i szybkie klucze do czegoś, co po prostu wymaga czasu. Nie mówię tego złośliwie, tylko mi się to układa w pewien wzorzec.
Szczere pytanie. Chyba... zmienia stosunek do opisywania. Bo sama praktyka - siedzenie, obserwowanie, sprawdzanie - to jest coś, co rozumiem. Tylko że większość tego, co czytam, jest opakowana w język, który brzmi, jakby w trzy kroki miało być wszystko jasne.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że zeszliśmy na coś, o czym nie pisałam w pierwszym poście, ale może właśnie o to chodziło. Tamarka powiedziała 'byłam przy tym, ale jakby mnie tam nie było' - i mnie to bardzo uderzyło. Bo chyba właśnie o to chodzi w tej magii intuicji: być obecną. Nie poprawną, nie skuteczną, ale obecną. Czy wy myślicie, że struktura rytuału może w tym pomagać, czy raczej skupia uwagę na poprawności wykonania i tym samym od tej obecności odciąga?
Pytia, dla mnie to zależy od tego, kto układał tę strukturę i w jakim celu. Kiedy sama tworzę sekwencję dla siebie - na przykład jak pracuję z konkretną runą przez kilka dni z rzędu - to ta struktura staje się czymś w rodzaju ramy, która paradoksalnie daje wolność w środku. Wiem, kiedy zacząć, kiedy skończyć, i nie myślę o tym - więc mogę być bardziej w środku. Ale kiedy próbowałam przejmować cudze rytuały jeden do jednego, to byłam głównie przy pilnowaniu kolejności kroków.
To co Hellan napisał o rusztowaniu kontra przepisie - siedzę nad tym od kilku minut. Bo chyba właśnie w tym mam problem z kartami. Jak siadam z konkretnym zestawem kroków - wymieszaj tak, połóż trzy karty, zacznij od lewej - to czuję się jak ktoś, kto wypełnia formularz. A nie jak ktoś, kto pyta o coś ważnego.
Mnie to przypomina coś, co czytałem o improwizacji muzycznej - że żeby improwizować, musisz mieć jakąś strukturę z tyłu głowy, bo inaczej to nie jest wolność, tylko chaos. Nie wiem, czy to pasuje do tego, o czym mówicie, ale ta analogia mi się tu narzuciła.
Wracając do tego, co powiedziała Pytia wcześniej - że struktura może dusić albo uwalniać. Mnie zastanawia jedno: czy wasza struktura jest wasza własna, czy przejęta z zewnątrz? Bo podejrzewam, że to robi dużą różnicę. Ja swoje sekwencje z runami budowałam latami, trochę metodą prób i błędów, i one są inne niż to, co znalazłabym w jakiejkolwiek książce.
To jest bardzo konkretne pytanie, Berkana, i teraz myślę nad odpowiedzią. Moje podejście do run na początku było prawie całkowicie z literatury - Elder Futhark, znaczenia z Eddy, potem Blum, potem inne źródła. I długo pracowałam z tym tak, jakby każda runa miała jedno właściwe znaczenie. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że moje odczytania zaczynają żyć inaczej niż to, co było w książkach.
Szczerze? Nie jeden moment, ale był jeden odczyt, gdzie wyciągnęłam Hagalaz i dosłownie poczułam coś przeciwnego do tego, co mówi każda definicja. I zamiast to odrzucić, zostałam z tym. Potem sprawdziłam, jak się sprawy potoczyły. I wyszło, że to moje odczucie było bliżej sytuacji niż 'oficjalne' znaczenie. To nie zmieniło wszystkiego z dnia na dzień, ale coś wtedy puściło.
Ale czekaj - jak potem wiesz, że to nie jest po prostu życzeniowe myślenie? Czyli: wyciągam kartę, czuję coś innego niż mówi definicja, i interpretuję po swojemu. A jak wychodzi dobrze, to potwierdzam własną intuicję. Tylko że mózg jest mistrzem w znajdowaniu potwierdzeń, kiedy szuka. Jak wy z tym pracujecie?
To co Gienia opisuje to brzmi jak coś, co wymaga dużo cierpliwości. Mam wrażenie, że ja zawsze chcę wiedzieć od razu, czy idę w dobrą stronę. I właśnie ten brak cierpliwości chyba mi psuje czytania - siedzę, ciągnę kartę, i zanim w ogóle zdam sobie sprawę co czuję, już szukam znaczenia w głowie.
Tamarka, to jest bardzo uczciwe. I myślę, że dużo osób by się pod tym podpisało, tylko głośno nie mówi. Mnie zawsze interesowało, co się dzieje w tym ułamku sekundy między wyciągnięciem karty a myślą. Bo tam jest coś - tylko że jest tak krótkie, że zanim je zauważysz, umysł już podstawia interpretację.
A da się w ogóle to ćwiczyć? Żeby ten moment był dłuższy albo bardziej zauważalny? Bo jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że mówicie o czymś, co jest bardzo ulotne i dla mnie w ogóle nieoczywiste, jak to złapać.
Jest taka koncepcja w psychologii ucieleśnionego poznania - embodied cognition - która mówi, że ciało przetwarza informacje równolegle z umysłem, często szybciej. To, co Berkana opisuje z dłonią na runie, może być po prostu sposobem na spowolnienie pętli 'bodziec-interpretacja', żeby to fizyczne przetwarzanie zdążyło się ujawnić. Nie mówię, że to wyjaśnia wszystko, ale mnie to rozróżnienie pomaga myśleć o własnych praktykach.
Szczerze, nie wiem, czy 'każdy'. Ale myślę, że większość osób robi to za szybko i nie wie, że robi za szybko. Spowolnienie nie gwarantuje, że coś poczujesz - ale daje tej możliwości więcej miejsca.
Zostałam z tym, co napisała Filomena o Hagalaz. Bo to jest dokładnie ta sytuacja, od której zaczęłam ten wątek - że magia intuicji to nie jest coś, co dostajesz z zewnątrz, ale coś, do czego dochodzisz przez tarcie z materiałem. I teraz zastanawiam się: czy są rituały albo formaty, które waszym zdaniem to tarcie przyspieszają? Albo takie, które je wygaszają?
Mam wrażenie, że rytuały bardzo uschematyzowane - te z krokami do wykonania w konkretnej kolejności - wygaszają. Przynajmniej u mnie. Zrobiłam kiedyś taki rytuał z dokładną instrukcją i przez całą czas myślałam o tym, co jest następne, a nie o tym, co czuję. Ale może to kwestia tego, że byłam nowa dla tego formatu?
Gienia, to jest ciekawy punkt - że znajomość kroków zwalnia głowę zamiast ją ładować. Ale zastanawiam się, ile to zajmuje? Bo u mnie jest tak, że zanim cokolwiek 'wchodzi' na tyle, żebym przestała o tym myśleć, mija sporo czasu i w tym czasie mam wrażenie, że ćwiczę mechanicznie, a nie naprawdę.
No właśnie, to jest chyba osobna kwestia - co się dzieje w tym środkowym etapie, kiedy kroki już znasz, ale jeszcze cię rozpraszają. Bo może to nie jest wada tego podejścia, tylko po prostu nieuniknialna faza, przez którą każdy musi przejść?
A czy to nie jest przypadkiem tak, że te mechaniczne przejścia uczą czegoś innego niż myślimy, że uczą? Mam na myśli - może nie uczą rytuału, ale uczą skupienia mimo rozproszenia. I to jest może bardziej przydatna umiejętność.
To jest dobre spostrzeżenie, krokus, choć trochę odchodzi od tego, o czym wcześniej mówiłyśmy. Wracając do pytania Pytii o to, jakie rytuały wspierają intuicję - mam wrażenie, że te, które mają jakiś element niepewności wbudowany. Nie do końca wiadomo, co wyjdzie. Przy runach mam tak z losowaniem z woreczka, kiedy nie widzę, co ciągnę. Ten moment zawieszenia przed odwróceniem jest dla mnie więcej wart niż cała reszta.
To, co Berkana mówi o 'pustych sesjach' - to jest coś, co zajęło mi dużo czasu, żeby zaakceptować. Przez długo traktowałam każde czytanie, które nic nie dało, jako porażkę. A teraz myślę, że to jest może najbardziej szczera odpowiedź, jaką można dostać - nic tu nie ma, idź dalej.
