Tak, właśnie to robię. Dosłownie piszę 'nie wiem, co to oznacza, ale mam obraz X i skojarzenie Y' i tyle. Bez interpretacji. A potem wracam. Część nigdy nie nabiera sensu i to też jest informacja - że ten sygnał był szumem. Ale część zaczyna pasować do czegoś, co się wydarzyło.
To jest metodologia, którą można by opisać jako fenomenologiczną - rejestrujesz doświadczenie bez natychmiastowego kategoryzowania. W astrologii próbowałam czegoś podobnego z tranzytami - notować odczucia w danym dniu bez wiedzy o tym, jaki tranzyt był aktywny, a potem zestawiać. Ciężkie, ale ciekawe.
Ale czy to nie sprawia, że trzeba się bardzo dobrze zorganizować, żeby to w ogóle prowadzić? Dla kogoś z ADHD to brzmi jak dodatkowa bariera - notatki, daty, zestawianie. Zamiast upraszczać dostęp do intuicji, dodajemy kolejną warstwę struktury.
To jest chyba clou tego, o czym rozmawiamy od dłuższego czasu. Że struktura, która dla jednej osoby jest rusztowaniem i pomaga, dla innej jest klatką. I nie ma jednego rozwiązania na poziomie 'jak pracować z intuicją', bo to zależy od tego, jak jesteś zbudowany. Mam wrażenie, że dużo przekazu w tym temacie jest pisanych z jednej perspektywy.
To skąd wziąć inne perspektywy? Pytam serio, bo nie za bardzo wiem, gdzie szukać czegoś, co uwzględnia te różnice.
krokus, to zależy, czego szukasz. Jeśli mówisz o praktyce z runami, to sporo tekstów skandynawistycznych i germańskich, niekoniecznie ezoterycznych, opisuje różne sposoby pracy z symbolami - i tam perspektyw jest więcej niż w typowych poradnikach 'jak słuchać intuicji'. Ale jeśli pytasz ogólnie o pracę z intuicją w kontekście inaczej działającej uwagi, to szczerze - nie znam jednego dobrego źródła. Bardziej to zbierałam od różnych osób, w różnych kontekstach.
Właściwie to jest szersza kwestia - czy w ogóle istnieje literatura ezoteryczna, która wprost adresuje ten temat? Nie mówię o ogólnych 'zaufaj sobie', tylko konkretnie: że różne rodzaje przetwarzania dają różne rodzaje dostępu do intuicji. Nie spotkałem.
Jung to dla mnie zawsze był trochę trudny wjazd. Nie dlatego, że nie rozumiem, tylko dlatego, że jego pisma są gęste i wymagają dużego skupienia linearnego, a to jest dokładnie coś, z czym mam problem. Czyli znowu - dostęp do treści jest zaprojektowany pod jeden typ odbiorcy.
Emilian, ale to nie jest specyfika Junga, to w ogóle większość tekstów akademickich czy półakademickich. Czy ty szukasz czegoś, co jest inaczej napisane, czy czegoś, co inaczej podchodzi do tematu?
To co mówi Emilian to jest chyba sedno tego wątku, od którego się trochę oddaliliśmy. Nie chodzi tylko o to, jak zorganizować praktykę technicznie, żeby dało się ją przeprowadzić. Chodzi o to, czy model, na którym ta praktyka jest oparta, w ogóle pasuje do tego, jak ktoś działa. Jakbyś próbowała przełożyć tekst napisany w jednym języku przez słownik, który ma połowę słów - coś z tego wychodzi, ale nie wiesz, czy to jeszcze ten sam tekst.
To jak w ogóle zacząć budować własny słownik, jak nie masz wzorca? Bo to, co opisujecie - że trzeba szukać między wierszami, zbierać od różnych osób - to wymaga już jakiegoś zasobu i orientacji. A jak zaczynasz i wszystko jest nowe, to skąd wiesz, że to co czujesz to sygnał, a nie po prostu chaos?
To ma sens. Ja pracuję z przedmiotami i tam jest podobnie - mam jakieś 'słowa kluczowe' dla każdego kamienia czy materiału, które są jak szkielet, ale to, co przychodzi podczas sesji, często zupełnie nie mieści się w tych kategoriach. I wtedy właśnie notuję bez interpretacji, tak jak mówiłam wcześniej. Może to jest właśnie sposób na budowanie własnego słownika - zbieranie surowego materiału zanim próbujesz go kategoryzować?
Ale jak długo trzymasz ten surowy materiał zanim go kategoryzujesz? Bo mnie chodzi o to, że mogę zapisać coś bez interpretacji, ale jak wracam do tego po tygodniu, to już nie pamiętam kontekstu emocjonalnego. Nota jest, ale jest jak zdjęcie bez daty - nie wiem, kiedy i przy jakim świetle.
Wrócę na chwilę do pytania krokus o rozróżnienie sygnału od chaosu, bo chyba nie odpowiedzieliśmy na to wprost. Mnie wydaje się, że jednym z kryteriów jest powtarzalność bez świadomego przypomnienia - czyli że coś wraca samo, zanim sięgniesz po notatki, zanim aktywnie przypomnisz sobie tamtą sesję. To nie jest absolutny wyznacznik, ale jakaś wskazówka.
Właśnie to 'smak' albo 'jakość' to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. Cała literatura skupia się na treści - co widziałaś, co poczułaś, co to znaczy. A ta warstwa, którą Paradoxa opisuje, jest jakby metasygnałem. Mnie też się zdarzało mieć bardzo różne obrazy, które wiedziałam, że 'są z tej samej szuflady', zanim w ogóle próbowałam to zrozumieć.
No to właśnie o tym mówię, że to jest coś, czego nie da się po prostu wytłumaczyć komuś kto zaczyna. Nie wiem, co to jest 'smak' sygnału, dopóki go nie miałam. I nie wiem, czy miałam, bo nie mam porównania. Trochę błędne koło.
To trochę smutne, ale jednocześnie uczciwe. Bo większość tekstów sugeruje, że jak zastosujesz właściwy rytuał albo odpowiednie podejście, to intuicja 'odpowie'. A tu wychodzi, że to jest raczej kwestia nagromadzenia doświadczenia, które samo w sobie nie jest ani spektakularne, ani szybkie.
To co Emilian mówi o nagromadzeniu doświadczenia - mnie to nie smuci, raczej jest dla mnie ulgą. Bo przez długi czas myślałam, że coś robię źle, skoro 'nie przychodzi'. A potem okazało się, że po prostu nie miałam jeszcze wystarczająco dużo materiału, żeby w ogóle wiedzieć, czego szukam. To nie jest pesymistyczna wiadomość, to jest po prostu uczciwa.
Ale czy to znaczy, że przez cały czas wcześniej działałaś trochę na ślepo? Bo to brzmi jakby ta cała praca przez pierwsze miesiące była bez żadnego sprzężenia zwrotnego.
Ja to trochę porównuję do uczenia się języka. Na początku słyszysz mowę i nie wychwytłujesz nic prócz melodii. Potem zaczynam wychwytywać pojedyncze słowa. Potem zdania. A w środku każdego z tych etapów nie masz poczucia, że się uczysz - masz raczej poczucie, że nie rozumiesz. I to poczucie nie znika, dopóki nagle nie zniknie.
Właśnie to pytanie Paradoxy mnie przez długi czas blokowało. I chyba nadal nie mam na nie odpowiedzi, tylko mam za sobą dość dużo sytuacji, gdzie to co przyszło - zostało potwierdzone przez coś zewnętrznego. Nie zawsze, nie często, ale wystarczająco, żeby mieć podstawę do dalszego działania.
Spójność to chyba lepsze słowo niż trafność. Bo 'trafność' zakłada, że mierzysz coś w stosunku do zewnętrznej rzeczywistości, a nie zawsze to jest dostępne. Natomiast spójność możesz sprawdzić wewnętrznie - czy to co dostajesz daje się jakoś z sobą połączyć w czasie.
Ale czy spójność nie może być złudzeniem? Jakbym bardzo chciała, żeby coś było spójne, to mój mózg znajdzie połączenia nawet tam, gdzie ich nie ma.
To z zapisywaniem przed interpretacją jest dla mnie kluczowe, ale mam z tym jeden problem - przy ADHD ten moment między odebraniem a zapisaniem jest bardzo krótki, zanim coś innego wejdzie i przykryje. Więc notuję bardzo skrótowo, czasem jednym słowem, i potem wracam. Ale pytanie czy to jedno słowo wystarczająco łapie to, co było.
Może to nie musi być jedno albo drugie. Metodologia jest wtedy użyteczna, kiedy odpowiada temu, jak faktycznie działa twój umysł. Jak nie odpowiada - to jest tylko obciążenie.
I to właściwie jest sedno tego, o czym rozmawiamy od początku. Że nie ma jednego formatu dla intuicji, tak jak nie ma jednego formatu dla myślenia. I że większość instrukcji które istnieją - zakłada konkretny typ umysłu, konkretny typ skupienia, konkretny rytm. A jak masz inny, to jesteś z tym sam i musisz to odkrywać metodą prób.
Chociaż dobrze, że przynajmniej jest gdzie zapytać innych, czy mieli podobnie. Bo to też coś - wiedzieć, że to nie jest brak zdolności, tylko brak dopasowania formatu.
