Mam pytanie bo trochę zgubiłam watek - mówimy teraz o tym czy analzowanie jest dobre czy złe dla rytuału? Bo jeśli tak to mnie bardziej interesuje praktyczna strona. Czy ktoś miał tak że przez za duże myślenie o tym CO robi przestał CzUĆ to co robił?
Ale to co opisujesz to nie jest efekt analizy jako takiej, tylko efekt przejęcia cudzych standardów przez tę analizę. Gdybyś analizowała swoje własne odczucia zamiast porównywać z tym 'jak powinno być', to może inaczej by wyszło? Mam takie wrażenie że problem nie leżał w myśleniu tylko w tym do czego to myślenie prowadziło.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i muszę powiedzieć że zmieniliście mój sposób myślenia o pewnej rzeczy. Zawsze zakładałam że albo ktoś wierzy i robi rituały 'na serio', albo to jest tylko kulturowy folklor. A tu wynika że większość ludzi działa gdzieś pomiędzy i że to jest właśnie norma, nie jakiś niedoskonały stan do poprawienia.
Halny, to ciekawe co mówisz o nowoczesności. Bo mam wrażenie że ten przymus zajęcia stanowiska - czy wierzę czy nie - mocno komplikuje przekazywanie tradycji. Dziecku trudno przekazać coś co sam musisz najpierw zdefiniować i obronić. Babcia po prostu robiła, nie tłumaczyła.
To tłumaczy dlaczego tak trudno przejąć tradycję z książki albo z internetu. Można przeczytać każdy krok i wciąż nie wiedzieć jak to zrobić 'właściwie', bo ta wiedza była w ruchach rąk, w intonacji głosu, w tym że się stało obok i patrzyło. I tego po prostu nie ma jak odtworzyć jeśli nie było tego przekazu bezpośredniego.
To co pisze Henia jest ważne i myślę że odpowiedź brzmi: tak, jest brak, i nie, nie da się go w pełni załatać - ale to nie znaczy że nie można zbudować czegoś wartościowego na tym czego nie ma. Może właśnie te urywki i fragmenty to nie jest 'zepsuta tradycja', tylko tradycja w innej formie. Trochę jak garnek po babci z nową przykrywką.
Garnek z nową przykrywką - dobre określenie. Choć zastanawiam się czy jest jakiś moment kiedy nowych elementów jest już za dużo i przestaje to być tamta tradycja, a staje się nową. I czy to problem czy po prostu jak działa każda tradycja przez pokolenia.
To co Runiarka mówi o rdzeniu - to mnie uderzyło. Bo ja też mam wrażenie że nie wiem jak ten rdzeń nazwać, ale go rozpoznaję kiedy jest, i rozpoznaję kiedy go nie ma. Jak robię coś 'mechanicznie' to czuję pustkę, nawet jeśli każdy krok jest identyczny jak zawsze. I odwrotnie - zrobiłam kiedyś coś zupełnie inaczej niż zwykle i było 'to'. Skąd to się bierze?
To jest stare pytanie i nie ma na nie dobrej odpowiedzi metodologicznej, ale mam hipotezę. Ten 'rdzeń' o którym mówicie to prawdopodobnie nie jest treść rytuału tylko relacja między tobą a nim. Czy jesteś w nim obecna, czy go wykonujesz. Victor Turner opisywał to jako różnicę między 'performans' a 'performance' - jedno to odegranie roli, drugie to przekształcenie przez akt. Może dlatego to samo działanie raz ma ten ciężar a raz nie.
Ale chwila - bo to co mówi Halny brzmi logicznie, ale mam z tym problem. Jeśli rdzeń to relacja a nie treść, to dlaczego w ogóle zależy nam na tym żeby zachować akurat te konkretne gesty, te przedmioty, tę kolejność? Moja mama miała bardzo konkretny sposób na pewne rzeczy i mnie zależy żeby to było właśnie tak, nie podobnie. Czy to sentyment czy coś więcej?
No i tu dochodzimy do czegoś ważnego. Bo chyba przez całą tę rozmowę mieszamy ze sobą dwie rzeczy: rytuał jako coś co ma działać na zewnątrz, i rytuał jako coś co działa na nas. I może tradycja rodzinna to jest zawsze to drugie - niezależnie od tego co ktoś w niej pierwotnie widział.
Hmm, ale czy to rozróżnienie jest takie ostre? Mam wrażenie że to co działa na nas w środku i to co działa na zewnątrz to czasem jedno i to samo, po prostu opisywane różnym językiem. Kiedy jesteś spokojniejsza, bardziej skupiona, pewniejsza - to wpływa na twoje decyzje, na to jak reagujesz, na to co tworzysz. Skąd wiemy gdzie jest granica?
Ja tu słucham i mam proste pytanie - czy ktoś z was próbował świadomie przekazać coś dalej, do dziecka, do siostry, do kogokolwiek? I jak to wyszło? Bo teoretycznie dużo rozmawiamy, a ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce gdy stajesz przed kimś i mówisz 'naucz się tego ze mną'.
A czy ktoś miał sytuację odwrotną - że to ty chciałaś się nauczyć, a osoba która mogła przekazać nie chciała albo nie umiała? Pytam bo w mojej rodzinie jest ktoś kto 'coś robi' od lat, ale na moje pytania odpowiada że to nie na przekazywanie, że ja bym tego nie zrozumiała. I to jest frustrujące bo nie wiem nawet czy chcę tego samego co ona czy czegoś innego.
To jest chyba jeden z głównych powodów dlaczego tradycje giną a nie dlatego że ktoś je odrzuca. Po prostu nie ma momentu przekazania, bo przekazujący czeka na jakiś sygnał którego nigdy nie daje albo nie widzi. A potem jest za późno i zostają przedmioty bez kontekstu.
Zresztą to nie jest nowe zjawisko - w wielu tradycjach wiedza była celowo chroniona i przekazywana tylko 'gotowym'. Problem polega na tym że te systemy miały kryteria gotowości i sposób ich oceny. Kiedy to odpada zostaje sama idea że 'nie każdy zasługuje' bez żadnego mechanizmu który by decydował kto zasługuje. I to się rozsypuje samo.
Wracając trochę do tego co mówiła Henia o córce - mnie ciekawi ten moment gdy mówisz 'dlaczego dla mnie' zamiast 'jak'. Bo to jest zmiana języka z instrukcji na relację. I zastanawiam się czy właśnie tego brakuje gdy próbujemy zachować tradycję rodzinną - zamiast kroków, mówić o tym co te kroki dla nas znaczą.
No ale może właśnie o to chodzi. Żadna tradycja nie przetrwała jako identyczna kopia - przetrwały te które były wystarczająco elastyczne żeby każde pokolenie mogło do nich wejść ze swoim doświadczeniem. To co jest 'tą samą tradycją' po stu latach to może być tylko wspólna nazwa i kilka gestów, a reszta jest nowa. I jakoś to wciąż żyje.
No ale może właśnie o to chodzi. Żadna tradycja nie przetrwała jako identyczna kopia - przetrwały te które były wystarczająco elastyczne żeby każde pokolenie mogło do nich wejść ze swoim doświadczeniem. To co jest 'tą samą tradycją' po stu latach to może być tylko szkielet z oryginalnego gestu, reszta narosła sama.
Mnie to co mówi Nokturnia bardzo dotyka bo u mnie w rodzinie jest podobnie. Prababcia coś robiła, babcia wiedziała trochę, mama już prawie nic, i ja teraz próbuję sklejać z okruszków. I nie wiem czy to co mam to jeszcze ta sama rzecz czy już coś zupełnie nowego co sobie wymyśliłam.
To jest bardzo typowy obraz - zostają artefakty bez kontekstu. Historycznie ten problem dotyczył wszystkich tradycji które przechodziły przez okresy represji albo przyspieszonej urbanizacji. Polska wieś w PRL-u to był dokładnie ten mechanizm - praktyki skrywano, dzieci wychowywano w oderwaniu, zostały przedmioty. Anthropolodzy mówią o tym jako o 'dezartykulacji' tradycji - elementy są ale połączenia między nimi zostały utracone.
Nie wiem czy to rozróżnienie jest aż tak ważne w praktyce. Rozumiem co Jurek mówi, ale kiedy siadam z tym kamieniem który był prababci, to czy naprawdę musi mi to przeszkadzać że nie wiem dokładnie co ona z nim robiła? Może sam gest trzymania czegoś co było jej wystarczy.
Ale to co opisujesz to jest właśnie praktyka w sensie emocjonalnym - łączność przez przedmiot. Jurek chyba nie mówi że to jest mniej wartościowe, tylko żeby nie mylić tego z odtworzeniem konkretnego rytuału. Możesz mieć jedno i drugie albo tylko jedno, to nie jest hierarchia.
Mnie to rozróżnienie które robi Jurek wydaje się praktyczne. Bo jeśli powiem sobie 'odtwarzam autentyczną tradycję' a w środku wiem że sklecam z fragmentów, to jest napięcie. A jeśli powiem 'buduję coś nowego na bazie tego co ocalało' to mogę to robić bez poczucia że kłamię.
Wracam do tego co mówiłam wcześniej o córce - może właśnie to był błąd, że mówiłam jej że przekazuję tradycję rodzinną. Jak by to zabrzmiało gdybym powiedziała 'pokazuję ci coś co wypracowałam i co ma korzenie w rodzinie, ale zrób z tym co chcesz'? Może by mniej stawiała opór.
Jest coś paradoksalnego w tym że to co miało być drogą do łączności staje się barierą przez sam sposób opowiedzenia. To sam język decyduje czy zapraszasz czy zamykasz drzwi.
Ja właśnie dlatego chyba nigdy nikomu nie mówiłam że 'przywracam tradycję'. Mówię że interesuję się tym co robiła prababcia i szukam swojej drogi z tym. I ludzie z rodziny reagują inaczej - bardziej chcą mówić, więcej pamiętają nagle.
