To ciekawe bo jak myślę o rytuałach które przejąłem po rodzicach, to właśnie to przejście jest tym co czuję. Że jest moment przed i moment po. Nawet przy czymś drobnym jak zapalenie świecy w konkretnym miejscu. Ale u mnie to nie jest inicjacja, to raczej reset. Może te kategorie nie muszą być stosowane twardo.
Mam pytanie do Spellbound i do Wladka w zasadzie - czy ta forma musi być stała żeby działał ten efekt resetu? Bo zastanawiam się czy jak za każdym razem zrobię coś trochę inaczej, to czy to jeszcze działa tak samo.
oj tak, u mnie tak jest ze jak zaczynam zawse tak samo to potem reszta jakoś idze sama. ale jak zacznę nie tak to czuje że coś nie gra nawet jeśli reszte zrobię tak samo. dziwne jak to działa
Dobra ale jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie że opisujecie głównie efekty psychologiczne. Pavlov, uwarunkowanie, asocjacja. Czy nie ma tu czegoś więcej niż tylko 'nauczyłam się że jak zacznę tak to znaczy że robię to'? Bo jeśli nie ma, to czy to jest w ogóle magia czy zwykłe nawyki?
Nokturnia poruszyła coś co mnie też chodzi po głowie od początku tej dyskusji. Ja sama nie rozróżniam ostro między 'to tylko psychologia' a 'to coś więcej'. Moja mama nigdy tego nie rozróżniała i jakoś tradycja działała. Może samo stawianie tego pytania jest czymś specyficznym dla naszego pokolenia.
To prawda co mówi Barwinek. Moja babcia też nigdy nie analizowała czy jej rytuały to psychologia czy metafizyka. Po prostu robiła i wiedziała że tak trzeba. Może ta potrzeba kategoryzowania to nasza cecha a nie cecha tradycji.
Ale to jest trochę idealizowanie starszego pokolenia, nie? Moja mama też 'po prostu robiła' i połowa tych rzeczy była robiona ze strachu albo z przyzwyczajenia bez żadnej świadomości. Nie mam pewności że brak refleksji jest zaletą.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale właśnie czytam tę rozmowę i mam pytanie do Dominisi - co rozumiesz przez 'ze strachu'? Bo u mnie w domu też były rzeczy które wyglądały na strach i zastanawiam się czy to też jest forma tradycji czy raczej coś co warto zostawić za sobą.
To jest bardzo ważne rozróżnienie. Są rytuały które trzymają cię blisko siebie i są takie które trzymają cię w napięciu. I przez lata mogą wyglądać tak samo z zewnątrz. Dopiero jak zaczniesz patrzeć na to co czujesz w środku, widać różnicę.
Słucham tego i myślę że to jest właśnie serce tego wątku. Tradycja rodzinna w magii to nie jest jeden monolityczny blok. To jest mieszanka - część rzeczy która naprawdę coś dla ciebie robi, część która jest neutralna i po prostu porządkuje dzień, i część która jest pozostałością po czymś czego już nie chcesz. I praca polega na tym żeby to posortować, nie żeby wszystko wyrzucić albo wszystko zatrzymać.
Mam pytanie może trochę z boku - jak wy w ogóle zaczęłyście rozróżniać co jest 'magiczne' w sensie rytuału, a co jest po prostu przesądem który przejęłyście bezrefleksyjnie? Bo u mnie w domu było tego dużo i dopiero teraz próbuję to jakoś poukładać.
To rozróżnienie które robi Wladek jest bliskie temu co Mauss opisywał przy analizie magii i religii - czy akt jest defensywny czy intencjonalny. Ale Mauss pisał też że te dwie kategorie historycznie bardzo się przenikają, szczególnie w kontekście domowym gdzie magia jest nieformalna i nie ma kapłana który by ją kodyfikował. Stąd w folklorze słowiańskim te same gesty mogą być ochronne i inicjujące jednocześnie, zależy od kontekstu i od osoby która to wykonuje.
a co ze spisywaniem? bo ja zaczenam zapisywac co robimy w rodzinie i od kiedy i skąd to pochodzi i to mi pomagało rozróżniać. jak nie wiem skąd coś pochodzi to staram sie dotrzeć do babci albo do starszej ciotki. ale niektóre rzeczy nikt już nie pamięta skąd się wzięły
Wracam bo chcę dopytać Barwinek o to sortowanie. Jak to robi w praktyce? Bo jak siedzę nad czymś takim, to mam wrażenie że za dużo analizuję i sam akt analizy już zmienia to co analizuję. Jakbym miała przez to przestać ufać własnym odczuciom.
Nokturnia, problem z analizowaniem w czasie robienia to jest coś z czym się bardzo utożsamiam. Byłam kiedyś na spotkaniu gdzie ktoś powiedział że rytuał i refleksja nad rytuałem to są dwa różne tryby i nie da się być w obu naraz. I to mi bardzo dużo wyjaśniło, bo przestałam próbować.
A czy to nie jest problem jeśli coś jest za bardzo automatyczne? Bo zastanawiam się czy jak robię coś całkowicie bez myśli, to czy w ogóle jestem przy tym obecna. I wtedy po co to robię.
To dobra analogia Wladek. Słyszałem podobne porównanie z perspektywy praktyk kontemplacyjnych - że powtarzalność formy daje umysłowi coś w co może się wpiąć żeby nie błądzić. Mantra działa podobnie - nie chodzi o treść słów w sensie semantycznym, tylko o to że masz się czego trzymać kiedy reszta się odpuszcza.
Właśnie to jest dla mnie centralne pytanie tego wątku tak naprawdę. Nie czy magia działa czy nie, ale czy to co przejęłam od rodziny ma inną wagę niż to co sama stworzyłam. I szczerze - nie wiem. Mam rzeczy po mamie i mam rzeczy które sama wymyśliłam i obie grupy działają, ale może inaczej. Trudno to porównać bo nie ma grupy kontrolnej.
Barwinek, to co napisałaś na końcu - że obie grupy działają podobnie, te przejęte i te wymyślone - to jest dla mnie zaskakujące. Bo wydawało mi się że powinno być jakieś odczuwalne 'coś więcej' w tych dziedziczonych. Jakiś ciężar, historia. I naprawdę tak nie czujesz różnicy?
Mnie to pytanie Nokturni też trzyma. Ale zastanawiam się czy 'ciężar historii' który wspomina to nie jest po prostu nasza własna narracja którą dokładamy do rzeczy starych. Znaczy - skąd wiemy że rytuał ma ten ciężar, jeśli nie od siebie samych? I może to jest właśnie to co sprawia że działa, a nie jakieś obiektywne właściwości formy. Jurek, masz na to jakiś bardziej trzeźwy kąt?
