To co piszesz o rachunkach jako 'tym co było dostępne' - mam wrażenie, że to klucz do całej tej historii. Ale Ilonka, wróćmy do ołtarzyka. Czy zabrałaś stamtąd cokolwiek po tym, jak babcia trafiła do szpitala? Albo czy ołtarzyk nadal stoi w jej pokoju, czy go już rozebrałaś?
Rozebrałam go po jej śmierci, nie wiedziałam co z tym zrobić. Zabrałam obrazek i jedną świecę, reszty nie pamiętam co się stało. Świeca stoi teraz w szufladzie w sypialni, akurat w tej samej, gdzie się to wszystko dzieje.
Świeca leży w szufladzie. Nieużywana. W tej samej sypialni, gdzie jest wgłębienie i gdzie palą się rachunki. Ilonka, czy to przypadkiem nie jest jedyna świeca, którą zabrałaś? I czy ona była zapalona, kiedy babcia ostatni raz ją użyła przed szpitalem?
Przepalona. Nie do połowy, ale wyraźnie używana. Jest z jednej strony bardziej ścięta, jakby stała krzywo albo ciągnęło od okna. Nigdy nie zwróciłam na to uwagi.
Ścięta świeca to podobno znak że podczas palenia coś się działo, ciągnęło w jedną stronę. Ale czy to ma znaczenie skoro leży zamknięta w szuladzie? Czy sama obecność wystarczy?
O, dobre pytanie. Muszę pomyśleć... chyba zaczęło się mniej więcej w tym samym czasie. Ale nie pamiętam dokładnie kiedy wpakowałam tę świecę do szuflady, to było przy przeprowadzce i dużo się wtedy działo.
A skąd w ogóle wiadomo, że te rachunki to nie było zwykłe samozapalenie przez jakiś defekt elektryczny albo kontakt z czymś gorącym? Pytam szczerze, bo zanim pójdziemy dalej ze świecą, warto mieć pewność co do tego ognia.
Instalacja jest nowa, mieszkanie po remoncie. I te rachunki leżały na komodzie, z dala od gniazdek i od okna. Nie było tam nic co by mogło zainicjować ogień. Właśnie to mnie tak zbiło z tropu na początku.
Dobra, zostawmy więc kwestię elektryki. Wróćmy do świecy, bo Lipka poruszyła coś ważnego. Ilonka, czy babcia uczyła cię kiedyś jak się obchodzić z tym ołtarzykiem? Jak zapalała świece, co mówiła, czy był przy tym jakiś rytm?
Ja to samo chciałam zapytać. Czy ona robiła to w ciszy, czy może przy modlitwie?
Zawsze przy modlitwie, różaniec. Codziennie wieczorem, po kolacji. Pamiętam to z dzieciństwa, to było tak naturalne jak mycie zębów. Nigdy nie myślałam o tym jako o rytuale, to było po prostu to co babcia robi wieczorem.
Wieloletnia, codzienna intencja kierowana w konkretne miejsce, o konkretnej porze. To nie był przypadkowy rytuał, to była kotwica jej duchowości. Kiedy to ustało nie z jej woli, ta intencja nie miała gdzie pójść. Ilonka, czy po śmierci babci odmówiłaś różaniec? Przy tej świecy albo gdziekolwiek?
Nie wiem czy to dobry kierunek, bo to bardzo katolickie odczytanie sytuacji, a nie ezoteryczne. Chociaż... może w tym przypadku właśnie o to chodzi, skoro babcia tak żyła? Nie wiem, trochę mi się tu miesza co jest nadprzyrodzone a co religijne.
Nie pospieszajmy z rozwiązaniami, bo jeszcze nie wiemy czy Ilonka chce to 'zamykać'. Może to nie jest coś co chce kończyć. Ilonka, jak ty to czujesz - chcesz żeby to ustało, czy może właśnie nie?
Nie wiem jak mam odpowiedzieć na to pytanie Helenki. Szczerze? Trochę i tak, i nie. Boję się tych rachunków, bo to jest niebezpieczne z ogniem. Ale samo wgłębienie, ta świeca, poczucie że ktoś jest... nie chcę żeby to znikło. To brzmi głupio pewnie.
Nie brzmi głupio. To jest chyba najważniejsza rzecz którą powiedziałaś w całym tym wątku. Czyli chcesz zachować obecność, ale zatrzymać ogień. To zmienia dużo w tym jak myśleć o kolejnych krokach.
Hej, ja tu mam takie proste pytanie bo nie do końca rozumiem. Jeśli Ilonka chce żeby babcia 'była', to czy zapalenie tej świecy i domówienie różańca by nie wzmocniło tego kontaktu zamiast go zamknać? Albo otworyło coś szerszego? Trochę się tu pogubiłam.
Ale moment - my tutaj zakładamy że ta świeca w ogóle ma jakieś znaczenie dla tych rachunków. Czy ktoś sprawdził czy te zdarzenia w ogóle są ze sobą powiązane? Bo może wgłębienie to jedno, a ogień to zupełnie coś innego i szukamy połączenia którego nie ma.
Mam pytanie do Ilonki. Czy te rachunki paliły się więcej niż raz? Bo czytam od początku i widzę że to był wątek otwierający temat, ale potem poszliśmy w stronę świecy i wgłębienia. Czy to się powtórzyło po tym pierwszym razie?
Tak, paliły się dwa razy. Pierwszy raz napisałam o tym tutaj, a drugi raz po kilku dniach - inne kartki, ale znowu na tej samej komodzie. Tym razem to były ulotki i jeden list. Też bez żadnego wyraźnego źródła ognia. Nie przypalały się od brzegu, po prostu miały spalone fragmenty w środku.
Poczekaj - spalone fragmenty w środku, nie od brzegu? To jest bardzo specyficzne. Normalny ogień idzie od krawędzi. Czy to wyglądało jakby coś gorącego leżało na kartce, czy bardziej jakby ogień był pod spodem, od spodu?
Bardziej jakby coś leżało na kartce. Taki owalny spalony ślad. Pierwszy raz myślałam że może coś upuściłam na te papiery i nie pamiętam, ale za drugim razem już wiedziałam że czegoś tam nie kładłam.
Owalny ślad. To jest bardzo konkretny kształt. Ilonka, czy ten kształt mniej więcej odpowiada wielkości dłoni? Albo może jest mniejszy, bardziej okrągły? Pytam bo kształt i wielkość mogą tu dużo powiedzieć o naturze tego co się dzieje.
Ja też o to chciałam zapytać. I czy oba razy ślad był podobnej wielkości, w tym samym miejscu na komodzie?
Chyba podobnej wielkości, choć nie mierzyłam. Trochę mniejszy niż dłoń dorosłego człowieka. I tak, za każdym razem mniej więcej w tym samym miejscu na komodzie, po lewej stronie.
Powtarzające się miejsce to nie jest przypadek. To jest coś co wraca w ten sam punkt. Ilonka, czy ta komoda stała w pokoju babci? Albo czy babcia kiedykolwiek przy niej siadała, trzymała tam swoje rzeczy?
Nie, komoda jest moja, kupiłam ją już po śmierci babci. Ale... hm. Stoi mniej więcej tam gdzie w tamtym mieszkaniu stał jej ołtarzyk. Nie pomyślałam o tym wcześniej.
