A czy twój partner wie w ogóle że tu jesteś i że to przepracowujesz? Pytam bo zastanawiam się czy zmiana po twojej stronie nie wpłynie na dynamikę relacji w sposób którego on się nie spodziewa.
Właśnie że zwykłego. Muladhara to jest czakra najbardziej zakorzeniona w fizyczności - i ciało rozumie fizyczny kontakt z ziemią zanim rozum zrozumie teorię. Nie trzeba wiedzieć dlaczego to działa żeby to działało.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie trochę z innej strony - czy ta praca z Muladharą przez relację z rodzicami dotyczy tylko relacji trudnych? Czy ktoś kto miał spokojne dzieciństwo też może mieć zablokowaną czakrę korzenia i skąd to wiedzieć?
O tym poczuciu że coś może się posypać - to jest to. Mam stabilną pracę, nic złego się nie dzieje, a i tak gdzieś z tyłu głowy jest taki niepokój. Myślałem że to po prostu mój charakter. To może to jest właśnie kwestia Muladhary?
To co piszesz o rozróżnieniu przez ciało jest ważne. Ale mam pytanie - czy to rozróżnienie przyszło samo, czy ktoś ci powiedział żebyś zwróciła na to uwagę? Bo mam wrażenie że spora część ludzi tego nie czuje bo po prostu nie wie że ma szukać.
Właśnie to mnie zastanawia od jakiegoś czasu. Skoro tyle osób nie wie że to blokada a nie charakter, to jak w ogóle zaczyna się to rozpoznawać? Jest jakiś moment, znak, coś co mówi 'hej, tu jest problem z Muladharą'?
Wracając do tego co pisała Bluszczyk o wzorcu przeniesionym z domu - mnie zawsze ciekawi jedno. Czy ta blokada w Muladharze dotycząca relacji z rodzicami, to jest blokada 'ich energii' w nas, czy raczej naszej własnej reakcji na to co przeżyliśmy? Bo to ma chyba różne implikacje dla pracy z tym.
To co Goplana napisała o warstwach - to jest coś z czym się bardzo identyfikuję. Mam wrażenie że intelektualnie przepracowałam relację z mamą już dość dawno. Ale coś zostało w ciele i to jest właśnie ta warstwa której nie dotknęłam jeszcze porządnie.
A co to 'przepracowałam intelektualnie' znaczy dla ciebie? Pytam serio, bo to jest często pułapka - mylimy zrozumienie z uzdrowieniem. Można rozumieć bardzo dobrze dlaczego mama była taka a taka, i nadal trzęsieć się z niepokoju w trudnych sytuacjach.
Jak to w ogóle wygląda w praktyce, to przesunięcie z głowy do ciała? Bo dla kogoś kto głównie myśli i analizuje to brzmi jak przeprawa przez obcy język.
Mam pytanie do Goplany albo Halineczkaa - skoro ta praca z Muladharą dotyczy też relacji z rodzicami nawet gdy dzieciństwo było spokojne, to jak to rozróżnić od zwykłego lęku egzystencjalnego? Mam wrażenie że opis 'niepokoju bez powodu' pasuje do bardzo wielu rzeczy.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że im głębiej schodzimy, tym bardziej wychodzi że Muladhara to nie jest 'jedna czakra do naprawienia' tylko coś co przecina przez całe życie. Czy ktoś ma poczucie że kiedyś skończy tę pracę, czy to jest bardziej proces bez końca?
Bo mam wrażenie że im dłużej czytam ten wątek, tym bardziej rozumiem że ta praca nie ma punktu dojścia w sensie 'gotowe'. Ale jednocześnie zastanawiam się czy to nie jest trochę wygodna wymówka żeby nigdy nie powiedzieć sobie że osiągnęło się coś konkretnego.
To pytanie Hyzopu bardzo mnie dotknęło bo sama go sobie nie zadałam porządnie. Myślałam raczej w kategoriach 'kiedy się poczuję lepiej' a nie 'czym jest to lepiej'. Może właśnie brak konkretnego celu to część problemu, nie tylko symptom.
To jest jedna z ważniejszych obserwacji w tym wątku. Praca z czakrą korzenia bez zakorzenienia w konkretnym zamiarze ma w sobie pewną ironię - pracujemy nad bezpieczeństwem bez poczucia że wiemy do czego zmierzamy. Ale żeby nie być gołosłowna: co dla ciebie osobiście byłoby znakiem że Muladhara jest w lepszej kondycji? Jakieś konkretne zachowanie, reakcja, odczucie?
Ta 'chwila przed katastrofą' to jest świetny sposób to opisać. Mnie się wydaje że właśnie o to chodzi z uziemieniem - nie o to żeby nie czuć, tylko żeby mieć ten mały odstęp między bodźcem a reakcją. Muladhara jako bufor, nie tarcza.
Myślę że Pyromantka dotknęła czegoś istotnego. Efekt może być podobny różnymi drogami, ale droga przez ciało i energię jest inna niż przez analizę. Niekoniecznie lepsza, ale inna. Mnie na przykład żadne ćwiczenie terapeutyczne nie dało tyle co praca z uziemieniem przez kontakt z konkretnym miejscem - ziemią, kamieniem, drzewem. Coś się przestawiło inaczej.
A da się w ogóle z góry wiedzieć które miejsce będzie działać? Czy to zawsze metodą prób?
Wracam trochę do tego co pisała Bluszczyk o 'chwili przed katastrofą' bo to mnie bardzo trafiło. Mam dokładnie to samo i zawsze myślałem że to mój temperament, że tak po prostu mam. Nigdy nie połączyłem tego z czakrą korzenia. Jak długo można żyć z czymś i myśleć że to po prostu 'kto' się jest, a nie że to blokada?
To jest trochę smutna obserwacja. Jeśli nie ma alarmu, to co sprawia że ludzie w ogóle zaczynają się zastanawiać? Przypadek? Kryzys? Spotkanie kogoś kto to widzi z zewnątrz?
U mnie był kryzys. Nie dramatyczny, ale taki moment kiedy coś przestało działać tak jak zawsze i nagle zobaczyłam że moje sposoby na 'radzenie sobie' nie są radzeniem sobie. Bez tego nie wiem czy bym trafiła tutaj w ogóle.
A kiedy już trafiłaś i zaczęłaś łączyć te kropki między relacją z mamą a poczuciem bezpieczeństwa teraz - to było ulżenie czy raczej przerażające? Bo wyobrażam sobie że zobaczyć nagle że coś tak głębokiego to nie twoja wina ale i tak twój problem do przepracowania... to nie jest lekkie.
To co Bluszczyk opisuje - to rozróżnienie między ulgą a lękiem jednocześnie - brzmi dla mnie bardzo znajomo. Chyba każdy kto naprawdę zaczyna tę pracę ma taki moment. I myślę że to jest właśnie punkt od którego zaczyna się robić realnie, nie tylko intelektualnie.
Czytam od dłuższego czasu ten wątek i mam jedno pytanie które mnie nurtuje - czy praca z Muladharą i relacją z rodzicami wymaga żeby rodzice jeszcze żyli? Mam na myśli czy coś zmienia się w podejściu jeśli tej relacji już fizycznie nie ma, bo rodzic odszedł?
To co Tymianka napisała o 'kogo przepraszać ani z kim rozmawiać' - to mnie zatrzymało. Bo ja mam rodziców żywych i też nie rozmawiam. I też nie przepraszam. Więc może ta fizyczna obecność rodzica nie jest tak centralnym elementem jakby się zdawało? Przynajmniej jeśli chodzi o samą pracę z blokadą.
Właśnie - mnie się wydaje że w tej pracy chodzi bardziej o relację wewnętrzną niż zewnętrzną. Znaczy o to jaki obraz tego rodzica nosisz w sobie i jak on cię uformował. Ten wewnętrzny rodzic żyje niezależnie. Tymianka, czy masz jakiś wyraźny wzorzec który wiążesz z tatą, coś konkretnego co wróciło kiedy czytałaś ten wątek?
To rozpoznanie w obcym opisie jest chyba jedną z silniejszych rzeczy jakie mogą się wydarzyć na takim forum. I myślę że nie jest przypadkowe - takie wątki przyciągają konkretnych ludzi w konkretnym momencie. Blazej, Tymianka - to że tu trafiłaś i zaczęłaś łączyć, to już jest pewien ruch energii, nie tylko intelektualna obserwacja.
