Mam takie pytanie, bo chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Czytałam sporo o czakrze serca i wszędzie piszą, że żeby ją otworzyć trzeba najpierw pokochać siebie. Tylko że właśnie o to mi chodzi - co jeśli ktoś ma problem z samoakceptacją i nie umie tego zrobić? Czy to znaczy że jest z góry skazany na zamkniętą Anahata? Bo trochę to wygląda jak błędne koło - żeby otworzyć czakrę serca trzeba się kochać, ale żeby móc się kochać to może właśnie ta czakra musi trochę przepuszczać? Nie wiem może źle to rozumiem ale chciałam spytać co wy o tym myślicie.
Postawiłaś ciekawy dylemat, to nie jest takie proste jak w książkach. Też przez długi czas myślałam, że samokochanie to warunek wstępny, ale z czasem zmieniłam zdanie. Anahata to nie jest czakra, którą albo masz otwartą albo nie - to spektrum. I w mojej ocenie można zacząć pracę od środka, nawet bez tej miłości do siebie na starcie. Tylko mam jedno pytanie zanim powiem więcej - skąd wiesz, że twoja czakra serca jest zamknięta? Diagnozowałaś ją jakoś?
To z tym ściskaniem w klatce to klasyczny objaw. U mnie było dokładnie tak samo, latami. Ale chcę nawiązać do tego co napisałaś o błędnym kole, bo mnie to uderzyło. Myślę że faktycznie to nie jest liniowe - że najpierw samokochanie, potem otwarta czakra. Bardziej to widzę jak spiralę. Małe działania na czakrę dają mały dostęp do miłości własnej, która potem trochę bardziej otwiera czakrę itd. Czy ktoś pracował z tym inaczej i ma inne zdanie?
Ja mam pytanie może trochę z boku ale związane z tematem. Bo też mam problem z zamkniętą czakrą serca, ale u mnie to chyba coś innego niż u Polaryskiej. Moje ściśnięcie pojawia się głównie przy myśleniu o konkretnej osobie, nie generalnie. Czy to może być blokada wynikająca z relacji, a nie z braku miłości własnej? I czy taką blokadę leczy się inaczej?
Przepraszam że się wtrącam, ale mam wrażenie że wszyscy zakładamy że blokada serca to zawsze coś złego do usunięcia. A co jeśli ta czakra zamknęła się dlatego że musiała, bo ciało tak chroniło człowieka? Czy nie powinno się najpierw zrozumieć dlaczego jest zamknięta zanim się zaczyna ją na siłę otwierać?
No dobra ale ile czasu to zajmuje w takim razie? Bo czytam ten wątek i wszystko jest 'delikatnie', 'spirala', 'z czasem'. Mnie interesuje czy jest jakaś konkretna metoda która daje efekty w tygodniu, dwóch? Nie mam cierpliwości do miesięcznych procesów.
Słucham tego wątku z dużą ciekawością, bo jestem dość sceptyczna co do całej tej terminologii. Ale to co Polaryska opisała na początku - to ściskanie przy komplementach, niemożność przyjęcia miłości - to jest coś co znam z własnego doświadczenia i psychologia nazywa to po prostu niskim poczuciem własnej wartości. Czy w waszym rozumieniu praca z czakrą serca to jest coś innego niż praca nad samooceną? Bo mi wygląda jakby to był ten sam problem opisany różnym językiem.
Właśnie o to mi chodziło na początku - że może obie te rzeczy trzeba robić razem? Ale mam pytanie do Pajeczyna - kiedy mówisz że blokada jest wgrana w ciało, to masz na myśli że da się ją wyczuć fizycznie? Bo ja czasem odczuwam napięcie między łopatkami i nie wiem czy to jest związane z czakrą serca czy to po prostu kręgosłup.
Napięcie między łopatkami to jeden z bardziej typowych objawów związanych z tylną stroną Anahaty. Czakry mają też swoje odpowiedniki od tyłu i tam często kumuluje się napięcie które nie jest widoczne od przodu. Zielony awenturyn albo różowy kwarc przyłożony bezpośrednio na to miejsce podczas leżenia czasem robi więcej niż medytacja od przodu. Próbowałaś kiedyś pracy z kamieniami?
mniej więcej tak, na poziomie środka klatki piersiowej ale od strony pleców. Połóż się na plecach, kamień pod kręgosłupem na tym poziomie i zostań tak z 15-20 minut. Oddychaj normalnie. Niektórzy czują ciepło, mrowienie albo nic - każde z tych odczuć jest ok. Ale chcę doprecyzować - czy to napięcie między łopatkami jest stałe, czy pojawia się w konkretnych sytuacjach?
Wchodzę w ten wątek bo jest naprawdę ciekawy. Chciałam się odnieść do pytania z początku, o to błędne koło samokochania. Bo pracowałam z tym u siebie przez długi czas i odkryłam coś co mi pomogło. Zamiast próbować 'kochać siebie' abstrakcyjnie, zaczęłam od współczucia dla siebie. To łatwiejsze wejście, mniejszy opór wewnętrzny. I to jakoś pchnęło energię w Anahata. Czy ktoś z was próbował takiego podejścia przez współczucie zamiast przez miłość?
Wróciłam do odpowiedzi Pajeczyny o blokadzie relacyjnej - ta osoba jest wciąż w moim życiu, nie mogę jej uniknąć. I teraz się zastanawiam czy najpierw powinnam pracować nad odcięciem tych więzi energetycznych czy nad samą czakrą? Bo nie wiem od którego końca zacząć.
Czytam ten wątek od początku i nie pisałam, ale muszę zapytać o jedno. Kilka osób mówiło o diagnostyce wahadełkiem czy odczuwaniem dłonią. Czy ktoś mógłby opisać jak to dokładnie wygląda w praktyce z czakrą serca? Bo chciałabym sprawdzić u siebie ale nie wiem jak.
Czytam ten wątek od początku i nie pisałam, ale muszę zapytać o jedno. Kilka osób mówiło o diagnostyce wahadełkiem czy odczuwaniem dłonią. Czy ktoś mógłby opisać jak to dokładnie wygląda w praktyce z czakrą serca? Bo chciałabym sprawdzić u siebie ale nie wiem od czego zacząć.
Z wahadełkiem nad czakrą serca - kładziesz się na plecach albo siedzisz, trzymasz wahadełko kilka centymetrów nad mostkiem, mniej więcej na poziomie środka klatki piersiowej. Obserwujesz ruch. Obrót zgodny z ruchem wskazówek zegara zwykle wskazuje na aktywną czakrę, ruch eliptyczny lub brak ruchu na blokadę, ruch chaotyczny na rozregulowanie. Ale uwaga - to wymaga praktyki i spokojnej ręki. Pierwsze próby mogą być mylące.
Wracam do mojego pytania o blokadę relacyjną, bo Pajeczyna napisała że powinnam doprecyzować i trochę się bałam pisać szczegóły. Ta osoba to moja matka. I teraz rozumiem czemu to jest skomplikowane, bo ona wciąż jest w moim życiu, nie ma jak uciąć kontaktu. Czy praca z czakrą serca w takim układzie w ogóle ma sens bez przepracowania tej relacji?
Nawiązując do wątku Stasi - mam wrażenie że podchodzimy do tego zbyt technicznie. Jakbyśmy chciały naprawić czakrę jak silnik. A może właśnie ta blokada relacyjna jest czymś czego czakra jeszcze nie jest gotowa puścić? Pytanie które mam to czy ktoś z was miał sytuację kiedy zaczął otwierać serce i to było za dużo naraz?
Płakanie bez powodu to jeden z częstszych sygnałów że czakra serca zaczyna się ruszać, nie że coś idzie nie tak. Ciało wyrzuca to co trzymało zaciśnięte. Ale rozumiem że to może przestraszyć, szczególnie jeśli nikt wcześniej nie powiedział że tak może być. Lebiodka, czy po tym płakaniu czułaś się jakoś inaczej - lżej, czy wręcz przeciwnie?
To co Lebiodka opisuje - płakanie bez powodu i potem spokój - to brzmi dokładnie jak ten mechanizm o którym Hortensja pisała wcześniej o ochronnej blokadzie. Że czakra trzyma coś zamkniętego, a jak zaczyna otwierać to to wszystko wychodzi. Mam wrażenie że bałam się tego samego u siebie, że jak zacznę to nie będę wiedzieć jak to zatrzymać. Czy da się jakoś kontrolować tempo tego procesu?
Tempo da się regulować przez intensywność praktyki. Jeśli robisz medytację z mantrą YAM codziennie przez godzinę to otwierasz szerzej i szybciej. Jak raz w tygodniu, spokojnie i krótko, to proces idzie wolniej ale łagodniej. Różowy kwarc działa delikatniej niż zielony awenturyn - to też ma znaczenie przy wyborze. Ale powiem ci jedno, Polarysko - całkowitej kontroli nie ma i chyba nie powinna być. Część tej pracy polega na zaufaniu procesowi.
Słucham tego i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Mówimy o kontrolowaniu procesu, o tempie, o tym żeby nie otworzyć za mocno. Ale czy to nie jest przypadkiem ta sama blokada w innej formie? Znaczy - może strach przed płakaniem, przed tym co wyjdzie, to jest właśnie ten wzorzec zamkniętego serca? Pytam szczerze, nie żeby krytykować, bo sama to rozpoznaję u siebie.
No ale wtedy można w nieskończoność analizować i nigdy nic nie zrobić. Kiedy w końcu po prostu zacznąć zamiast pytać czy jestem gotowy?
A wracając do pytania o samoakceptację z tytułu wątku - bo jakoś nam to uciekło - czy ktoś próbował afirmacji specyficznie do czakry serca? Bo widziałam zestawy afirmacji w stylu 'jestem godna miłości', 'otwieram serce' i zastanawiam się czy to w ogóle działa jeśli człowiek w to nie wierzy wypowiadając te słowa.
O, to jest moje pytanie z początku wątku właściwie. Bo sama próbowałam takich afirmacji i czułam się jak bym kłamała samej sobie. Jak można afirmować coś w co się nie wierzy i żeby to cokolwiek robiło? Może ktoś ma na to odpowiedź bo mnie to zatrzymuje.
A czemu nie można po prostu CZUĆ tej afirmacji zamiast analizować czy jest neutralna czy pozytywna? Jak wchodzisz w to emocjonalnie to chyba działa lepiej niż zimne powtarzanie.
U mnie sygnałem było to że afirmacja przestała brzmieć pusto. Wcześniej mówiłem 'otwieram serce na miłość' i brzmiało to jak wyrecytowany wiersz. Potem w pewnym momencie to samo zdanie wywołało coś w klatce piersiowej, lekki ucisk ale nie nieprzyjemny. Jakby ciało zareagowało. Nie wiem czy to był ten moment ale od tamtej pory coś się zmieniło w praktyce.
Wracając do tematu samoakceptacji - bo to mnie bezpośrednio dotyczy - zastanawiam się czy samoakceptacja i samokochanie to jest to samo. Bo Polaryska pyta czy można otworzyć czakrę serca bez samokochania i ja też mam ten problem, ale może akceptacja jest łatwiejsza do osiągnięcia? Znaczy - akceptuję że jestem taka jaka jestem, nawet jeśli mi się to nie podoba?
