Ale czy samo uświadomienie to nie za mało? Mam wrażenie że w wielu wątkach tutaj pojawia się taki moment 'rozpoznałem/am' i potem już nie wiadomo co dalej. Zwłaszcza dla kogoś nowego jak Tymianka albo Blazej - co jest tym pierwszym krokiem po rozpoznaniu?
to zalezy od osoby szczerze. i od tego jak głęboko blokada siedzi. mnie trwało kilka miesięcy zanim poczułam że mam jakiś grunt pod nogami i dopiero potem praca z Muladharą przez medytacje zaczęła dawać cokolwiek. jak szłam od razu do medytacji to trochę jakby budować na piasku, efekty były ale nie zostawały.
To z tym budowaniem na piasku - tak to właśnie u mnie wygląda. Mam sesje gdzie coś czuję, jakieś rozluźnienie, i potem po kilku dniach wszystko wraca. Zastanawiałam się czy robię coś źle ale może po prostu nie mam jeszcze wystarczająco tego podstawowego gruntu o którym Halineczkaa i Hyzop mówią.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i ta ostatnia obserwacja - że bezpieczeństwo zbudowane w relacji musi być może też w relacji naprawiane - brzmi dla mnie jak coś ważnego. Ale też trochę trudnego. Bo jeśli masz lęk z relacji z rodzicem to zaufanie kolejnej osobie, nawet terapeucie, samo w sobie jest aktem na który trzeba się zdecydować. Jak wy to przeszłyście?
To co napisałam o tej pętli - zaufanie kolejnej osoby kiedy właśnie relacja cię zraniła - chyba wymaga jakiegoś mostu. I zastanawiam się czy tym mostem nie jest właśnie praca z ciałem zanim w ogóle wejdziesz w relację z terapeutą. Że najpierw trochę bezpieczeństwa we własnych granicach, potem otwierasz się na kogoś drugiego?
To pytanie o granice mnie zatrzymało, bo chyba w moim przypadku obie są naruszone jednocześnie. Dosłownie mam problem z mówieniem 'nie' i dosłownie mam zimne stopy przez większość roku, co bioenergoterapeuta raz skomentowała jako brak uziemienia. Nie wiem od której strony w ogóle zacząć.
Ale ta bioenergoterapeuta mówiła ci coś więcej o tym zimnie w stopach? Mnie też się zdarza i nie wiedziałam że to może być czytane przez kogoś jako sygnał energetyczny. Myślałam że po prostu mam słabe krążenie.
Ja tak trochę nieświadomie prowadziłam coś takiego w głowie - i rzeczywiście widzę że moje napięcie w brzuchu i bóle karku nasilają się zawsze albo przed kontaktem z rodziną, albo po czymś co mi rodzinę przypomina. To nie jest przypadek, to jest absolutnie powtarzalny wzorzec. Ale co to daje kiedy już to widzisz?
To zderzenie tych dwóch podejść jest dla mnie bardzo na miejscu, bo przez długi czas szukałam jednej odpowiedzi - albo ciało, albo psychika. I może właśnie to szukanie jednej drogi powoduje że nic się nie trzyma. Pracuję z ciałem, czuję chwilową ulgę, ale wzorzec relacyjny wróci bo go nie ruszyłam.
A czy w przypadku gdy blokada jest z relacji rodzinnej, praca z samą czakrą bez jakiejkolwiek terapii psychologicznej w ogóle ma sens? Pytam bo trochę gubię granicę między tym co jest pracą energetyczną a co powinno być terapią.
Słucham Was i myślę że mój błąd był właśnie taki że traktowałam te dwie rzeczy jako alternatywę. Albo kamienie i medytacja, albo psycholog. A może potrzebuję obu jednocześnie tylko w inny sposób. Ta bioenergoterapeuta o której wspominałam pracowała też trochę przez rozmowę, przez pyta nie co czuję kiedy coś się zmienia w ciele. Może powinnam jednak wrócić.
Wróć. Serio, to co opisujesz przez cały ten wątek brzmi jak coś co naprawdę zasługuje na więcej niż samodzielna praca. I myślę że masz to wiedzę, stąd ten wątek, stąd ta rozmowa. Czasem sami siebie prowadzimy do potrzebnych miejsc.
Ta bioenergoterapeuta pracowała ogólnie z całym układem, ale mówiła że moja Muladhara jest jakby skulona, to było jej słowo. Skulona. I że zanim cokolwiek powyżej ma szansę się otworzyć, trzeba najpierw tam coś zrobić. Wróciłam do niej raz po tamtej sesji i potem życie poszło w inne strony, ale to co mówi Hyzop o ciągłości - chyba masz rację. Może to jest właśnie ten moment żeby zadzwonić.
to 'skulona' jest świetnym obrazem. słyszałam też 'zwinięta', 'zaciśnięta' - i to wszystko mówi o tym samym, o czakrze która nie krąży swobodnie tylko trzyma się kurczowo. i wiesz co ciekawe - to jest często obronny wzorzec. nie złośliwość ciała, tylko coś w rodzaju dawnego przyzwyczajenia do bycia małą.
A czy to 'skulenie' może być widoczne w postawie ciała? Bo teraz siedzę i uświadamiam sobie że mam ramiona lekko do przodu i jakby się garbi kiedy myślę o rodzinie. To jest związane z korzeniem czy to już wyższe czakry?
Siedzę tu i myślę że mam dokładnie ten problem z korzeniem - to skulenie o którym mówi Hyzop. Tylko że u mnie nie ma żadnej bioenergoterapeuta ani nikogo takiego. Jak w ogóle zacząć samodzielnie, nie robiąc sobie krzywdy?
Wróćcie na chwilę do tego co mówiła Bluszczyk - że traktowała ciało i psychikę jako alternatywę. Bo ja mam wrażenie że w ogóle nie wiedziałem że można to łączyć. Myślałem że praca energetyczna to jedno, terapia to drugie i to są zupełnie osobne światki. Czy naprawdę wielu ludzi pracuje z obiema naraz?
To co opisuje Bluszczyk i Tymianka - 'ciało żyje w innym czasie' - to chyba jest serce tej całej pracy z korzeniem przy traumie rodzinnej. Że umysł już przepracował, ale system nerwowy jeszcze nie. I może właśnie dlatego potrzeba czegoś co trafia do ciała bezpośrednio a nie przez rozumienie.
To co mówi Hyzop o dzienniku ma sens, ale mam pytanie praktyczne - co właściwie zapisywać? Bo jak siądzę i myślę 'no i co się dziś zmieniło w mojej Muladharze' to szczerze mówiąc nie mam pojęcia co obserwować.
Ja zaczęłam prowadzić coś w tym stylu jakieś dwa miesiące temu i powiem szczerze - nie po to żeby mierzyć postęp. Bardziej żeby nie czuć się tak bezradnie. Jakby zapisanie 'dziś przez godzinę czułam się bezpiecznie' dawało temu jakiś kształt. Bez tego wszystko się zlewa.
A jak to wyglądało na początku? Bo martwię się że będę siadać, patrzeć w kartkę i nie wiedzieć co pisać. Albo że napiszę i zrobi mi się gorzej bo zacznę analizować.
Mam pytanie trochę z boku - jak Muladhara jest mocno zablokowana przez relację z rodzicami, to czy praca tylko z korzeniem wystarczy? Bo mam wrażenie że u mnie to jakoś łączy się też z Anahata, taki ból w okolicach serca kiedy myślę o domu z dzieciństwa. Czy to dwa osobne tematy?
Wróćcie do tego co mówiła Bluszczyk wcześniej - że wiedza jest w głowie ale nie dociera do ciała. Ja dokładnie tak mam i zastanawiam się: czy może chodzić o to że ja w ogóle nie czuję swojego ciała? Tzn. jak robię skan ciała to nie wiem co odczuwam, czy to ciepło, mrowienie, czy to moja wyobraźnia. Może najpierw trzeba nauczyć się w ogóle słuchać ciała?
Rozumiem to co mówi Sonia, ale mam wrażenie że wpadamy w błędne koło - żeby pracować z czakrą potrzebujesz czuć ciało, ale żeby nauczyć się czuć ciało potrzebujesz bezpieczeństwa, a bezpieczeństwo jest tym co blokuje Muladhara. Jak to w ogóle przerwać?
A ja mam pytanie do Goplany albo kogokolwiek - czy to uziemienie przez naturę można jakoś zastąpić zimą albo w mieście? Bo jestem w bloku, nie mam ogrodu i czytam o tych ćwiczeniach i czuję że połowa z nich jest dla kogoś z działką.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i myślę że wszystko wraca do jednego: że praca z korzeniem przy traumie rodzinnej to nie jest sprint tylko długi marsz. I że może nie ma tu jednej metody tylko raczej codzienna zbieranina małych sygnałów, że ciało zaczyna się czuć trochę mniej zagrożone. Czy ktoś miał moment kiedy naprawdę poczuł że coś drgnęło? Nie chodzi mi o punkt przełomu, ale o ten pierwszy mały sygnał.
To co napisała Bluszczyk o nogach mnie uderzyło. Że takie małe ciało to zrobiło i dopiero potem to zauważyłaś. Czy to znaczy że te zmiany dzieją się same, bez że ty świadomie nad tym pracujesz? Bo ja ciągle mam wrażenie że muszę coś robić, kontrolować postęp, a tu wychodzi że akurat tego się nie da zaplanować.
