Właśnie ta odpowiedź coś mi wyjaśniła. Bo się zastanawiałam, czy oczekiwania wobec afirmacji nie są za wysokie. Chyba tak - oczekuje się transformacji, a to bardziej jak... latarnia na jedną chwilę?
Ale czy to, co mówi Mikolajek, nie sprowadza afirmacji do czegoś w rodzaju placebo? Jeśli zmienia tylko chwilę, w której ją wypowiadasz, to czy to nie jest po prostu chwilowe odwrócenie uwagi od problemu?
To jest trop, który warto rozwinąć. U mnie też tak to wyglądało - najpierw zmiana w oddechu, potem dopiero jakaś myśl. Zdanie wypowiadane na głos angażuje oddech, rytm, napięcie mięśni twarzy. To nie jest czysto mentalna praktyka, jest też fizyczna. I być może dlatego działa nawet wtedy, gdy umysł kompletnie nie współpracuje.
Dziękuję za to, co napisała Eleonorka, bo to mi coś rozjaśnia. Ale chcę zapytać - czy macie jakiś sposób na to, żeby w środku kryzysu w ogóle pamiętać, żeby sięgnąć po afirmację? Bo u mnie problem jest taki, że wiem, że to mogłoby pomóc, a i tak nie sięgam.
A czy ktoś próbował pisać afirmacje ręcznie, nie na telefon, tylko na papier? Gdzieś czytałem, że ręczne pisanie angażuje inaczej niż czytanie gotowego tekstu, ale nie wiem, czy to ma tu jakieś znaczenie.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, bo trochę się zgubiłam. Czy wynika z tego, że afirmacje są przede wszystkim dla osób, które już trochę wychodzą z kryzysu, a nie dla tych, którzy są w samym środku? Bo z wielu wypowiedzi tak to słyszę.
Myślę, że to jest właśnie to, o czym mało kto mówi wprost - afirmacja w kryzysie nie może być aspiracyjna. Nie 'jestem silna i wszystko mi się udaje', bo to jest za daleko od prawdy i ciało to czuje. Coś bliżej stanu faktycznego - 'oddycham', 'jestem tu', 'to minie' - to jest zasięg, który jest możliwy. Aspiracja może poczekać.
To zdanie 'to minie' - mnie ono nie przekonuje, szczerze. W środku kryzysu moje myśli mówią dokładnie odwrotnie, że nie minie. Jak powtarzam coś, w co absolutnie nie wierzę, to mam wrażenie, że kłamię sama sobie. Nie wiem, jak przez to przejść.
Dziękuję za ten wątek z pytaniem zamiast twierdzenia, bo to jest coś, czego mogłabym spróbować. Ale chcę się upewnić - czy to 'pytanie' też się powtarza wielokrotnie, tak jak klasyczna afirmacja? Czy raczej zadaje się je raz i czeka?
Mam wrażenie, że ta rozmowa cały czas zakłada, że ktoś w kryzysie ma dość skupienia, żeby w ogóle dobrać właściwe słowa do swojego stanu. A co, jeśli ktoś jest tak roztrzęsiony, że każde zdanie brzmi głupio, pytanie albo nie? Pytam, bo to nie jest abstrakcja.
A czy to zdanie musi być własne? Czy można wziąć coś gotowego, z książki albo z internetu? Pytam, bo nie wiem, czy mam kompetencje, żeby ułożyć sobie coś samej.
To mnie ciekawi - czy te zdania muszą być o sobie? Bo wszystkie przykłady, które tu padają, są w pierwszej osobie. A co z czymś neutralnym, bez 'ja', bardziej jak obserwacja? Czy to w ogóle ma sens w tym kontekście?
Wracając do tego, co Eleonorka mówiła wcześniej o fizyczności - czy próbowałyście łączyć afirmację z ruchem? Słyszałam o chodzeniu w kółko albo kołysaniu się, żeby zdanie szło razem z ciałem. Ale nie wiem, czy to nie jest zbyt skomplikowane jak na moment załamania.
Ale jak ktoś jest w takim dole, że nawet kołysanie wymaga wysiłku? Pytam serio, bo to, o czym piszesz, brzmi jak coś, co działa, gdy ktoś jest może trochę zmęczony, a nie dosłownie na dnie. Czy te metody w ogóle są dostosowane do naprawdę głębokich kryzysów?
Co to znaczy 'coś innego najpierw'? Masz na myśli pomoc z zewnątrz, czy jakąś inną praktykę? Bo jak to czytam, to mam wrażenie, że afirmacje w prawdziwym dole po prostu nie działają i koniec, a cały ten wątek był po nic.
A ja mam pytanie do tego wszystkiego - czy tu w ogóle mówimy o kryzysie życiowym, czy może o czymś, co wymaga naprawdę specjalistycznej pomocy? Bo czytam ten wątek i część z tego, co tu opisujecie, brzmi jak coś, z czym nie powinno się zostać samemu z afirmacją.
Bardzo dziękuję za to, że to powiedziałaś, Eleonorko, bo to ważne rozróżnienie. Chcę się zapytać o coś innego - czy ktoś z was próbował afirmacji zapisanej ręcznie, nie mówionej? Słyszałam, że pisanie angażuje inną część mózgu i może być łatwiej w trudnym momencie.
Zastanawiam się, czy jest jakaś różnica między powtarzaniem afirmacji w głowie a mówieniem jej na głos. Bo słyszałem, że głos, wibracja, mają znaczenie. Ale jak ktoś jest w kryzysie, to mówienie na głos może być po prostu niemożliwe - szczęka zaciśnięta, głos nie wychodzi. Czy cisza nie niweczy efektu?
To ja zapytam wprost - czy ktoś z was był naprawdę w dole i afirmacja cokolwiek zmieniła? Nie teoria, nie badania, tylko konkretne doświadczenie. Pytam, bo za dużo tu ogólników.
Byłam. I powiemCi szczerze - sama afirmacja nie zmieniła niczego z dnia na dzień. Ale jedno zdanie, które sobie wybrałam wcześniej i powtarzałam mechanicznie, dało mi coś w rodzaju uchwytu. Nie wyjście z dołu, tylko punkt zaczepienia. Różnica między topieniem się a dryfowaniem.
'Punkt zaczepienia' - to rozumiem. Ale jak długo trzeba to powtarzać, żeby cokolwiek poczuć? Dni? Tygodnie? Bo jak ktoś jest w dole, to czas działa inaczej i tydzień to wieczność.
Dodam do tego, co Jarek mówi - dla mnie ważne było to, że afirmacja była moim wyborem. W kryzysie traci się poczucie sprawczości i ten jeden mały akt, choćby powiedzenie sobie jednego zdania rano, dawał mi wrażenie, że jednak coś decyduję. Może brzmi to banalnie, ale to naprawdę miało wagę.
Chcę się zapytać o coś, czego jeszcze nikt nie poruszył - czy afirmacje, które działały przed kryzysem, działają tak samo w kryzysie? Czy trzeba je zmieniać? Bo wyobrażam sobie, że 'jestem spokojna i szczęśliwa' w środku załamania brzmi jak kpina.
Bardzo dziękuję za to rozróżnienie, bo to jest coś, czego szukałam. Mam dodatkowe pytanie - czy afirmacja pisana codziennie, te same słowa, nie traci z czasem znaczenia? Czy powinno się ją zmieniać, czy właśnie powtarzalność jest celem?
Wróćmy na chwilę do pytania o głos, bo nie poczułem, że dostałem odpowiedź na to, co chciałem wiedzieć. Chodzi mi o to: czy brak głosu w kryzysie - fizyczne zaciśnięcie - to jest po prostu przeszkoda do obejścia, czy może to jest informacja, że w tym momencie ciało mówi 'nie teraz'?
Czyli w kryzysie trzeba mieć już jakieś wcześniejsze doświadczenie z afirmacjami, żeby wiedzieć, co ciało mówi? Bo jak ktoś zaczyna od zera właśnie w dole, to nie ma żadnego punktu odniesienia.
Okej, ale jak ktoś jest w naprawdę głębokim kryzysie - mówię o takim, gdzie wstanie z łóżka to sukces - to czy ten eksperyment nie jest po prostu za dużo? Pytam poważnie, bo mam wrażenie, że w tym wątku zakładamy pewne minimum funkcjonowania.
