Słucham tego wszystkiego i zastanawiam się, czy nie chodzi po prostu o to, żeby mieć cokolwiek do złapania. Nie wiem nic o neuroplastyczności ani o self-discrepancy, ale rozumiem złapanie się czegoś. Kiedy wszystko się sypie, ta jedna linijka, którą piszę rano, to jedyna rzecz, którą zrobiłam dla siebie.
To co Jarek napisał o kotwiczeniu - czy to nie jest przypadkiem argument za tym, żeby afirmacje robić właśnie kiedy jest choć trochę lepiej, nie w samym dole? Żeby kotwica łapała ten nieco lepszy stan, a nie najgorszy?
Mam pytanie do osób, które przez to przechodziły. Czy afirmacja musiała być dla was jakoś związana z tym, przez co przechodziliście? Czy lepiej działało, kiedy była ogólna, o spokoju czy wartości własnej, a nie konkretnie o problemie?
Bardzo dziękuję za ten przykład, bo właśnie tego mi brakowało - konkretnego brzmienia, nie zasady ogólnej. Mam wrażenie, że kiedy czytam o afirmacjach, to wszędzie są przykłady dla kogoś, kto chce osiągnąć sukces, a nie dla kogoś, kto po prostu chce przeżyć tydzień.
A co z momentem, kiedy sama afirmacja zaczyna brzmieć jak oskarżenie? Mam na myśli to, że piszę 'jestem wystarczająca' i zamiast ulgi czuję złość, bo przez chwilę myślę: no właśnie nie jestem. Czy to znaczy, że afirmacja działa w złym kierunku, czy to po prostu opór, który trzeba przejść?
To przeformułowanie z 'jestem' na 'uczę się' - czy to nie trochę jak uciekanie od afirmacji? Mam wrażenie, że wtedy to już nie jest afirmacja, tylko przyznanie się do problemu.
Wracam tu po przerwie i widzę, że rozmowa poszła w naprawdę konkretnym kierunku. To, o czym pisze Jarek, jest bardzo bliskie temu, co stosuje się w podejściu opartym na tzw. mostkach przekonań - zamiast skoku z miejsca, w którym jesteś, do miejsca, w którym chcesz być, budujesz pośrednie zdania, po których możesz przejść. To nie jest ucieczka od afirmacji, Klimcia_A, to jest jej bardziej precyzyjna wersja. I w kryzysie ta precyzja często decyduje o tym, czy cokolwiek w ogóle działa.
A skąd wiesz, że te pośrednie zdania są skuteczne? Czy to jest gdzieś zbadane, czy raczej doświadczenie własne? Pytam serio, nie złośliwie.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku. Wszyscy mówicie o afirmacjach pisanych albo mówionych. A co z takimi, które się tylko myśli? Czy to w ogóle ma sens, czy musi być jakaś forma fizyczna - głos, pismo?
Do tej rozmowy o formie - pismo, głos, myśl - dodam, że w wielu tradycjach mówienie słowa na głos miało inny status niż zapisanie. Słowo wypowiedziane uważano za stwórcze, działające w przestrzeni. Zapis - za utrwalenie intencji. To nie jest to samo. Ale w kontekście kryzysu psychicznego nie ma sensu się upierać przy jednej formie. Liczy się to, przy której jesteś w stanie wytrwać. Jeśli pismo działa - piszesz. Jeśli cisza - milczysz i piszesz w głowie. Nie ma tu hierarchii skuteczności.
Dziękuję, że to powiedziałaś Kaczeniec70, bo ja też o to chciałam zapytać i jakoś nie mogłam się przełamać. Mam wrażenie, że w tym wątku jest dużo wiedzy o tym, jak afirmacje działają, ale mniej o tym, jak w ogóle zacząć, kiedy się nie ma zasobów.
To co Eleonorka napisała o jednym zdaniu - tak to u mnie zaczęło. Nawet nie pamiętam, czy w to wierzyłam, kiedy pisałam. Ale napisałam. I było coś w tym, że sama wybrałam te słowa. Nikt mi ich nie podał.
A skąd w ogóle wiedzieć, jakich słów szukać? Bo jak jest się w dołku, to czasem człowiek nawet nie wie, czego chce. Nie umiem nazwać tego, czego mi brakuje, więc jak mam to napisać?
Dziękuję za to, co napisała Eleonorka, bo właśnie tego mi brakowało w tym wątku. To podejście od strony 'co chcę przestać czuć' jest dla mnie znacznie prostsze niż szukanie pozytywnego sformułowania. Czy ktoś tak naprawdę zaczynał i to pomogło?
Ale ile czasu to trwa, zanim coś poczujesz? Bo ja próbuję od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że nic się nie zmienia. Czy to znaczy, że robię coś źle, czy po prostu trzeba czekać?
Ja bym powiedziała, że czujesz to od razu - jak zdanie 'wchodzi', to wchodzi, a jak nie, to jest taki zgrzyt. Nie trzeba tego długo testować.
To mnie trochę niepokoi, że ta metoda wymaga takiej samoobserwacji. Jak ktoś jest naprawdę źle, to skąd bierze zasoby, żeby jeszcze analizować własne opory? Czy nie jest to za dużo przy załamaniu?
Ale to 'skupienie' - czy to w ogóle możliwe przy prawdziwym załamaniu? Mam wrażenie, że wszyscy zakładają jakieś minimum stabilności, od której można zacząć. A co jeśli tego minimum nie ma?
To pytanie, które Oskar zadał, uważam za jedno z ważniejszych w tym wątku. Z tego, co obserwowałam - i u siebie, i u innych - minimum nie jest warunkiem startu. Czasem wystarczy sam ruch ręki. Napisanie jednego słowa. Nawet nie zdania. Jedno słowo, które opisuje to, czego potrzebujesz - spokój, oddech, przerwa. To jest granica, poniżej której afirmacja przestaje być myśleniem, a staje się czymś bliższym gestowi.
Jedno słowo - to mi się podoba. Nie myślałam o tym w ten sposób. Czy to nadal jest afirmacja, czy to już coś innego?
Ale jak mam do tego jakiś opór - nie wiem, może wynikający z tego, że całe życie słyszałam, że 'pozytywne myślenie' to bzdura - to czy ta jedna mantra albo jedno słowo w ogóle przejdzie przez ten filtr? Czy opór ideologiczny działa tak samo jak opór emocjonalny?
To jest coś, nad czym długo siedziałam. Opór ideologiczny i emocjonalny to nie to samo, choć mogą wyglądać podobnie z zewnątrz. Ideologiczny mówi 'to jest głupie' - i tu właśnie jedno słowo ma przewagę nad gotową afirmacją, bo trudniej odrzucić coś, co nie brzmi jak 'myślenie pozytywne'. Słowo 'cisza' albo 'tu' nie atakuje żadnego przekonania.
To ciekawe rozróżnienie, ale mam pytanie - skąd wiesz, że to właśnie ten mechanizm, a nie po prostu efekt placebo? Bo jak ktoś czuje ulgę po jednym słowie, to może to być po prostu chwila skupienia na czymkolwiek, niekoniecznie na tym słowie.
Myślę, że to kwestia regularności. Jak robisz codziennie, choćby raz, to po miesiącu jest różnica. Jak robisz nieregularnie, to efekty są nieregularne.
A jak rozpoznać, że kryzys minął na tyle, żeby zacząć 'budować'? Bo mam wrażenie, że można siedzieć w trybie przetrwania bardzo długo i nie zauważyć, że już można więcej.
Obserwowałam u siebie taki moment - kiedy zdanie przestało być wysiłkiem, a stało się czymś, po co sięgam z wyboru, nie z przymusu. Nie ma tu wyraźnej granicy, ale jest różnica w jakości. Przy przetrwaniu sięgasz po słowo jak po deskę ratunkową. Potem sięgasz, bo chcesz, nie dlatego że toniesze.
Dziękuję za to porównanie, Eleonorko - 'deska ratunkowa' to dokładnie to, czego mi brakowało żeby to zrozumieć. Czy ktoś jeszcze miał moment, kiedy wiedział, że już nie tonie?
