Kilka lat temu przeżyłam coś, co mogę nazwać tylko totalnymi gruzami. Rozpad długoletniego związku, choroba bliskiej osoby i utrata pracy - wszystko w odstępie kilku miesięcy. Znajoma zaproponowała mi afirmacje. Pamiętam, że stałam przed lustrem i powtarzałam 'jestem silna, daję sobie radę' i czułam się przy tym jak ktoś, kto kłamie sam sobie w żywe oczy. Ciało mi dosłownie drżało z napięcia, a słowa brzmiały jak szyderstwo. Ale powtarzałam. Codziennie. I gdzieś po kilku tygodniach coś się przestawiło - nie na zasadzie cudu, tylko jakby mózg przestał tak ostro sprzeciwiać się tej myśli. Czy ktoś miał podobne doświadczenie z tym etapem, kiedy afirmacja jeszcze boli, zanim zacznie pomagać?
Tak, ten etap kiedy afirmacja 'boli' to jest właśnie moment, kiedy stare przekonanie broni swojego terytorium. Czytałam, że najlepiej wtedy nie walczyć z tym oporem, tylko dołożyć afirmację łagodniejszą, coś w stylu 'pozwalam sobie wierzyć, że mogę dać sobie radę' zamiast twardego stwierdzenia 'jestem silna'. Miękka forma działa szybciej, bo mózg jej mniej kwestionuje. Sama stosowałam to po bardzo trudnym roku i po jakichś dwóch tygodniach poczułam wyraźną różnicę w myśleniu.
Ciekawy wątek. Sam przechodziłem przez ciężki okres kilka lat temu i trafiłem na afirmacje trochę przez przypadek - szukałem czegoś do pracy z runami, a natknąłem się na materiały o afirmacjach połączonych z symboliką. Kombinacja mnie zatrzymała. Ale szczerze - pierwsze tygodnie były absurdalne. Siedziałem z kamieniami i powtarzałem formułki, które nic dla mnie nie znaczyły. Efekt przyszedł nie od samych słów, ale od regularności. Ta codzienność zbudowała coś w środku, co trudno opisać inaczej niż 'grunt'. Czy ktoś tu próbował łączyć afirmacje z jakimkolwiek nośnikiem - runą, symbolem, przedmiotem?
Mnie interesuje kwestia czasu. U mnie przy naprawdę złym okresie afirmacje zaczęły cokolwiek robić dopiero po dobrym miesiącu codziennej pracy. I to nie były spektakularne zmiany - po prostu pewnego ranka wstałam i stwierdziłam, że nie mam w głowie tego samego ciągłego czarnego monologu co zwykle. Zastanawiam się, czy to ma coś wspólnego z układem Saturna w moim wykresie, bo ten tranzyt był akurat bardzo napięty. Ale to dygresja. Pytanie do Eleonorki - te kilka tygodni, o których piszesz, to byłeś przy tym konsekwentna, codziennie, czy zdarzały się przerwy?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może brzmieć naiwnie - co tak naprawdę dzieje się w głowie podczas tych afirmacji? Bo rozumiem, że powtarzasz zdanie, ale dlaczego samo powtarzanie miałoby coś zmieniać? Mózg chyba wie, że to nieprawda?
A jest jakiś sposób, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście działa na mnie, czy tylko mi się wydaje, że coś się zmienia? Bo trochę obawiam się efektu placebo - przekonuję siebie, że jest lepiej, ale nic realnego się nie zmienia.
To, co pisze Jarek, jest ważne. Kiedy byłam naprawdę na dnie, każda technika 'obserwowania siebie' wydawała mi się okrucieństwem. Afirmacje działały wtedy, bo były proste i nie wymagały ode mnie analizowania. Po prostu powtarzałam. Myślę, że w kryzysie właśnie ta prostota jest zaletą - nie musisz nic rozumieć, tylko robić.
Słucham i zastanawiam się - a co, jeśli ktoś jest w takim stanie, że nie wierzy dosłownie w nic? Nie w siebie, nie w to, że coś może się zmienić? Czy afirmacje w ogóle mają wtedy sens, skoro ten ładunek emocjonalny, o którym tu mówicie, jest po prostu zerowy?
Mam wrażenie, że w tej rozmowie zakłada się, że afirmacje to zawsze coś nieszkodliwego. Ale czy nie może być tak, że ktoś w kryzysie zamiast sięgnąć po realną pomoc - terapię, lekarza - będzie klepał afirmacje i przez to opóźni to, co naprawdę potrzebne? Pytam poważnie, bo widziałem znajomego, który przez dobre pół roku 'pracował nad sobą' i okazało się potem, że miał depresję wymagającą leczenia.
Właśnie dlatego zawsze mówię, że afirmacje to jeden element, nie cały system. Kiedy sama miałam najgorszy czas, byłam jednocześnie u terapeuty. Te dwie rzeczy się uzupełniały - terapia dawała mi zrozumienie, a afirmacje dawały mi coś do robienia między sesjami, kiedy głowa znowu zaczynała kręcić swoje pętle. Nie wyobrażam sobie, że same afirmacje by wystarczyły.
Dziękuję wszystkim za tę rozmowę, bo naprawdę czegoś mi tu brakuje - skąd wiadomo, jaką afirmację wybrać w takim momencie? Czy to powinno być coś ogólnego, czy bardzo konkretnego pod swoją sytuację? Pytam, bo to chyba nie jest bez znaczenia.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje. Mówicie o tygodniach, miesiącach. A co jeśli ktoś jest w kryzysie bardzo ostrym, dosłownie z dnia na dzień - czy afirmacje robią cokolwiek od razu, czy to zawsze działa dopiero długoterminowo?
Właśnie to. Przynajmniej u mnie tak było. W najgorszym momencie afirmacja nie była dla mnie zdaniem, w które wierzę. Była rytmem. Powtarzałam i liczyłam słowa, skupiałam się na oddechu między zdaniami. Sens przychodził dużo, dużo później. Zaczęłam od mechaniki, nie od wiary.
Ale czy to nie jest trochę jak... modlitwa, w którą się nie wierzy? Mam na myśli - jeśli ktoś tylko mechanicznie powtarza słowa, to co tu właściwie działa? Sam dźwięk? Rytm?
Słucham was i mam pytanie z innej strony - a co z tymi, którzy w kryzysie mają bardzo silny wewnętrzny głos, który dosłownie obalał każde pozytywne zdanie? Tzn. mówisz sobie 'daję radę', a głowa natychmiast odpowiada 'nie, nie dajesz'. Jak wtedy?
Bardzo dziękuję za tę odpowiedź, bo właśnie tego mi brakowało w tym wątku. Ale mam jeszcze pytanie - czy to znaczy, że afirmacje w kryzysie powinny być zawsze w formie teraźniejszej, nie przyszłej? Bo widzę w różnych miejscach, że jedni mówią 'jestem', a drudzy 'będę'.
Ale w takim razie skąd pewność, że to nie jest zwykłe oszukiwanie samego siebie? Bo 'jestem bezpieczna' powiedziane w środku załamania może być po prostu fałszem, który mózg odrzuci i efekt będzie odwrotny od zamierzonego.
A co z sytuacją odwrotną - ktoś nie jest w totalnym dnie, ale nie ma też żadnej energii? Taki stan pomiędzy, nie czarny, ale też zupełnie szary. Czy afirmacje w ogóle mają wtedy sens, skoro nie ma ani kryzysu, który mobilizuje, ani dobrostanu, który nakręca?
A ile to trwało zanim cokolwiek poczułeś? Bo czytam ten wątek i wszyscy mówią tygodnie, miesiące - a co jeśli ktoś nie ma tyle cierpliwości?
Dodam tylko, że intensywność ma znaczenie. Jeśli ktoś zrobi afirmację raz dziennie przez minutę, to po miesiącu będzie miał mniej więcej tyle samo co na początku. Żeby coś drgnęło, potrzeba regularności, ale też pewnego zagęszczenia w ciągu dnia.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie, które może być głupie - czy afirmacje można połączyć z innymi praktykami w kryzysie? Mam na myśli np. pracę z kartami, coś wizualnego? Czy to nie za dużo naraz?
Ale w takim razie jak ktoś w środku kryzysu ma w ogóle zdecydować, przy której praktyce zostać? Przecież wtedy głowa nie myśli tak logicznie.
Dla kogoś, kto nie ma żadnej bazy - afirmacja jest akurat jedną z rzeczy, które można zacząć od zera w środku kryzysu, bez żadnego przygotowania. Nie potrzeba materiałów, miejsca ani rytuału. Potrzeba tylko zdania, które da się powtórzyć. To jest jej przewaga w tym konkretnym momencie.
Mam jednak wątpliwość do tego, co mówi Eleonorka. Jeśli ktoś nie ma żadnego doświadczenia z afirmacjami, to w kryzysie może mu być bardzo trudno sam wymyślić zdanie, które 'działa'. I wtedy wpisuje w Google coś w stylu 'afirmacje na kryzys' i dostaje zestaw zdań, które są zupełnie oderwane od jego sytuacji. To nie pomoże, a może nawet sfrustrować.
Dziękuję za to wyjaśnienie, bo nagle dużo rzeczy mi się układa. Ale chcę zapytać o coś konkretnego - czy jest jakaś granica, przy której afirmacje przestają wystarczać i powinno się szukać innej pomocy? Pytam szczerze, bo nie chcę się łudzić, że to sposób rozwiąże każdy problem.
Ale jak ktoś ma myśli, o których mówi Eleonorka, to chyba w ogóle nie ma siły myśleć o żadnych afirmacjach. To się chyba wyklucza?
A czy ktoś z was miał doświadczenie z tym, że afirmacja dosłownie wyciągnęła z czegoś naprawdę głębokiego? Pytam, bo czytam tu głównie o stanach takich pośrednich, a zastanawiam się, czy to w ogóle sięga tam, gdzie jest najciemniej.
