Ja nie umiałem tego nazwać tak ładnie jak Eleonorka, ale u mnie sygnałem było to, że zacząłem planować - choćby na jeden dzień do przodu. Przy najgorszym czasie horyzont był na godzinę, może dwie. Jak myśl zaczęła sięgać dalej, to wiedziałem, że coś się zmieniło. Afirmacje wróciły potem w innej formie - nie jedno słowo, ale zdania z przyszłością w środku.
A co jeśli ktoś w kryzysie nie jest w stanie myśleć nawet o jutrzejszym śniadaniu? Pytam serio, bo mam wrażenie, że wszystkie te metody zakładają jakiś minimalny poziom funkcjonowania, którego przy prawdziwym załamaniu po prostu nie ma.
To bardzo ważne zastrzeżenie i nie chcę go zamieść pod dywan. Są stany, w których żadna afirmacja nie dotrze - i to jest sygnał, żeby szukać pomocy u kogoś żywego, nie w słowach. Afirmacje działają na granicy kryzysu, nie w jego środku. Jeśli ktoś nie jest w stanie utrzymać myśli przez chwilę, potrzebuje czegoś zupełnie innego.
Dziękuję, Eleonorko, że to powiedziałaś wprost. Bałam się, że brzmi to jakby afirmacje miały być odpowiedzią na wszystko, a tu widzę, że nie o to chodzi. Czy jest jakiś sygnał, który pokazuje, że już można po nie sięgnąć?
Pisanie to w ogóle inna kategoria niż mówienie. Zaangażowanie ręki, oka, spowolnienie - to wszystko sprawia, że mózg inaczej przetwarza treść. Nie wiem skąd to dokładnie, ale czytałam gdzieś, że pisanie odręczne ma tu przewagę nad klawiaturą.
Wracając do tego, co Heksanka pisała - że metody zakładają minimalny poziom funkcjonowania. Czy to nie jest trochę tak, że afirmacje są dla tych, którym i tak lepiej? Że dla kogoś naprawdę w dole to za mały kaliber?
Nie powiedziałabym, że za mały kaliber - powiedziałabym, że inne sposób do innej fazy. Przy najgłębszym dole pracuje się czymś zupełnie innym - obecnością drugiego człowieka, oddechem, ciałem. Afirmacje wchodzą, kiedy umysł zaczyna być gotowy na słowa. To nie jest kwestia tego, komu bardziej zasługuje na pomoc.
Ale czy nie jest tak, że sięganie po afirmacje w złym momencie może zaszkodzić? Jeśli ktoś jest w środku bardzo trudnego stanu i zaczyna powtarzać 'wszystko będzie dobrze', to chyba część z nich poczuje, że to nieprawda i przez to poczuje się jeszcze gorzej?
No i właśnie. Jak czytam te gotowe zestawy z internetu, to tam są zdania w stylu 'Jestem bogata i szczęśliwa' albo 'Przyciągam miłość i dostatek'. Dla kogoś w kryzysie to jest jak czytanie przepisu na tort, kiedy nie ma się nawet mąki. Skąd w ogóle wiadomo, jakie zdanie dobrać do konkretnej chwili?
Dobra, ale to co opisujecie brzmi jak zwykłe pozytywne myślenie. Mam wrażenie, że przez całą tę rozmowę owijamy w bawełnę słowo 'optymizm'. Czy afirmacje to coś więcej, czy to po prostu inaczej nazwane nastawianie się na lepsze?
Różnica jest konkretna. Optymizm to postawa ogólna, afirmacja to celowa, powtarzana praca ze słowem. Mózg inaczej przetwarza to, co mówimy regularnie i świadomie, niż ogólne przekonanie, że jakoś będzie. To nie jest tylko kwestia nazewnictwa. Pytanie, czy ta różnica jest dla ciebie ważna w praktyce - bo dla niektórych nie jest i też mogą skorzystać na samym nastawieniu.
A mnie w całej tej rozmowie zastanawia jedno - mówicie o stopniowaniu, o małych zdaniach, o gotowości umysłu. Ale kto ocenia, czy jest się gotowym? Sama z siebie? Bo w kryzysie chyba niezbyt dobrze się ocenia własny stan.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że za mało mówimy o regularności. Żadna afirmacja, nawet idealnie dobrana, nie zadziała jeśli ktoś powie ją raz i czeka na efekty. To wymaga codziennej pracy, najlepiej o stałej porze, przez co najmniej kilka tygodni.
Bardzo dziękuję za ten wątek o zakotwiczeniu przy posiłku, to brzmi dla mnie o wiele bardziej wykonalnie niż budzik na afirmacje. Czy to działa też przy kolacji, czy pora ma znaczenie?
A co, jeśli ktoś w takim kryzysie mieszka z innymi ludźmi i nie ma jak powiedzieć czegokolwiek głośno bez pytań, dlaczego mówi do siebie? Pytam, bo sama bym się krępowała.
To bardzo praktyczna przeszkoda i nikt jej nie powinien zbywać. Pisanie rozwiązuje ten problem całkowicie - kartka, notes, telefon. Możesz też powiedzieć w myślach, podczas spaceru, pod prysznicem. Afirmacja nie musi być głośna, żeby działała. Głośne mówienie ma swoje zalety, ale nie jest warunkiem koniecznym.
Ale tu się trochę kłócę z tym, co było mówione wcześniej o pisaniu i o spowolnieniu. Jeśli każda forma jest dobra, to co tak naprawdę robi różnicę? Samo zdanie, sama treść, czy może po prostu to, że w ogóle się zatrzymujesz na chwilę?
To jest właśnie to, co chciałem powiedzieć, ale Jarek83 ujął to lepiej. Ale mam kolejne pytanie: jeśli samo zatrzymanie robi robotę, to czy można by zastąpić afirmację czymkolwiek innym? Medytacją, oddechem, chwilą ciszy? Albo po prostu wyłączeniem telefonu na pięć minut? Skąd wiemy, że to słowo robi jakąś różnicę?
Ale to co mówi Jarek83 zakłada, że umysł słucha. A w głębokim kryzysie to chyba właśnie nie działa - mam na myśli to, że można powtarzać zdanie i ono w ogóle nie dociera, bo za dużo hałasu w głowie. Czy ktoś miał takie doświadczenie, że próbował i po prostu nic, jakby mówił do ściany?
Mam wrażenie, że coraz bardziej zbaczamy w stronę technik, a omijamy pytanie z tytułu. Czy afirmacje w kryzysie pomagają - tak czy nie? Bo z całej rozmowy wynika, że może tak, może nie, zależy od dnia, zależy od człowieka, zależy od zdania. To brzmi jak odpowiedź, której nie ma.
