Mama znowu skomentowała. Siedziałam rano przy kawie, powtarzałam sobie po cichu afirmacje i ona weszła do kuchni, usłyszała, po czym powiedziała 'no tak, znowu gadasz sama do siebie'. Nie złośliwie, ale z takim lekkim politowaniem w głosie, które boli bardziej niż otwarta krytyka. I za każdym razem coś mnie ściska w środku, bo zaczynam się zastanawiać czy ona ma rację. A potem wychodzę z rytmu, bo zamiast skupić się na treści, myślę o jej minie. Czy ktoś miał podobnie? Jak w ogóle chronić tę praktykę przed takim codziennym drobnym podgryzaniem?
Znam to uczucie bardzo dobrze. U mnie przez długi czas mąż reagował podobnie - takie westchnienie, zmiana tematu, albo 'okej, okej' tonem, który mówił wszystko. Nie kłócił się wprost, ale dawał wyraźnie do zrozumienia, że uważa to za dziecinną zabawę. Pierwsza rzecz, którą zrozumiałam: nie można próbować nawracać domowników. Każda próba wytłumaczenia 'skąd to działa' kończy się albo kłótnią, albo poczuciem że musisz się bronić przed własną rodziną. Prywatna praktyka to nie jest coś, co trzeba uzasadniać. Ale mam pytanie do ciebie - czy ta praktyka jest rzeczywiście prywatna, czy sama ją 'eksponujesz' nieświadomie? Czasem trudno ją chronić, gdy robimy to w przestrzeni wspólnej.
Rozumiem ten zgrzyt i masz rację, że nie chodzi o chowanie się. Chodzi o to, że praktyki duchowe są z natury wewnętrzne i naprawdę nie potrzebują widzów. To nie jest to samo co kapitulacja. Jak zaczęłam meditować w sypialni z zamkniętymi drzwiami, nic nie straciłam - zyskałam spokój i to, że nikt mi nie wchodzi w słowo. Ale każda z nas to musi sama poczuć.
Wtrącę się, bo obserwuję to z innej strony. Sam przez chwilę miałam podobny opór, tyle że w drugą stronę - ja byłem tym sceptycznym domownikiem wobec praktyk partnera i dopiero z czasem zrozumiałem, skąd ten opór. Często rodzina reaguje krytyką, bo czuje się wykluczona albo nie rozumie i to ją niepokoi. To nie jest złośliwość, to lęk przed czymś nieznanym. Nie mówię, żeby tłumaczyć się przed wszystkimi, ale czasem jedno spokojne zdanie wyjaśnienia - bez emocji - robi więcej niż miesiące milczenia.
Przepraszam że wchodzę, ale mam pytanie ogólne bo dopiero zaczynam z afirmacjami. Czy to normalne że w ogóle mam ochotę ukrywać to przed innymi? Tzn. sam z siebie, bez żadnej krytyki z zewnątrz. Jakoś wydaje mi się że jak ktoś mnie zobaczy jak to robię to będzie dziwnie.
Mnie zastanawia jedno - czy chodzi wyłącznie o komfort praktyki, czy też o to, że ta zewnętrzna krytyka naprawdę wchodzi do środka i zaburza samą pracę z afirmacją? Bo to jest dla mnie kluczowe pytanie w tym temacie. Jeśli ktoś mi mówi 'to nie działa', ale ja mam swoje doświadczenie i wiem co czuję po praktyce, to opinia tej osoby nie powinna mieć żadnego znaczenia. A jeśli ta opinia jednak mnie rusza - to może pytanie brzmi: czy ja sama do końca wierzę w to, co robię?
Słucham tej rozmowy i mam jedno konkretne pytanie: jak długo trwa wasza codzienna praktyka? Mówię o czasie, minutach. Bo zauważyłam że ludzie, którzy mają problem z chwiejącą się wiarą w afirmacje, bardzo często robią to zbyt krótko albo zbyt nieregularnie - i wtedy rzeczywiście każdy podmuch zewnętrzny jest w stanie to rozbić. To nie jest zarzut, naprawdę pytam.
No właśnie. I nie mówię że dziesięć minut to za mało - ale jeśli do tego dochodzą przerwy, to ta praktyka nie zdążyła się jeszcze ugruntować. To trochę jak z nauką języka - po kilku lekcjach nie jesteś jeszcze w stanie rozmawiać płynnie, więc każda trudność wydaje się potwierdzeniem że 'to nie dla ciebie'. Zaczep ją najpierw do czegoś stałego w ciągu dnia, co już robisz. Kubek kawy, szczotkowanie zębów, cokolwiek.
Mam inne podejście do całej tej sytuacji z rodziną. Moja siostra przez dwa lata komentowała moje różne praktyki, karty, afirmacje, wszystko. W pewnym momencie zamiast się bronić albo tłumaczyć, po prostu przestałam reagować w ogóle. Nie ze złości, ale naprawdę z obojętności. I wiesz co? Po jakimś czasie ona też przestała komentować. Bo komentarze żyją tylko tak długo, jak długo ktoś im odpowiada.
Ale to chyba zależy od relacji, nie? Bo jedno to siostra, a drugie to np. mama z którą mieszkasz i siedzisz przy jednym stole. Czy ta obojętność faktycznie daje się zbudować wobec kogoś tak bliskiego?
Czytam i mam pytanie trochę z boku - czy afirmacje w ogóle wymagają wiary żeby działały? Bo czytałam gdzieś że samo mechaniczne powtarzanie już coś robi w mózgu, nawet jak się w to nie wierzy. Czy to prawda czy bzdura?
Do tego co mówi Augurka dodałbym jeszcze jedno: jest różnica między brakiem wiary a aktywnym sabotowaniem siebie. Brak wiary to po prostu neutralna pustka - możesz z nią pracować. Ale jeśli po każdej afirmacji słyszysz w głowie czyjś szyderczy komentarz - mamy do czynienia z czymś, co Augurka trafnie nazwała ping-pongiem. I właśnie dlatego pytanie Kinia05 o rodzinę jest w gruncie rzeczy pytaniem o to, czyj głos mieszka w jej głowie. To nie jest problem z brakiem prywatności, to problem z tym, że ten zewnętrzny głos został zinternalizowany.
Nie ma jednej odpowiedzi. Ale od czegoś muszę zacząć, więc powiem tak: najpierw trzeba ten głos w ogóle zauważyć jako coś zewnętrznego, jako pożyczone zdanie, a nie własne przekonanie. Pomaga mi takie proste ćwiczenie - jak słyszę wewnętrzny komentarz w stylu 'to i tak nie ma sensu', pytam siebie: 'czyje to słowa?'. I zwykle wiem. A jak wiem, łatwiej mi to odłożyć na bok. Ale to naprawdę wymaga czasu.
To co opisuje Kinia05 to jest chyba najczęstszy problem na początku. Mnie też się zdarzało. Zastanawiam się czy to nie jest po prostu kwestia tego, że umysł nie ma jeszcze żadnego nawyku i każdy szum z zewnątrz go wyrywa. Nasturcjo, a jak długo trwało zanim ten wewnętrzny komentarz przestał przerywać ci w połowie?
A czy można w ogóle ćwiczyć afirmacje kiedy w domu jest ktoś sceptyczny i ty sam jeszcze nie masz pewności czy w to wierzysz? Pytam bo u mnie jest podobna sytuacja jak u Kinia05 i zastanawiam się czy to nie jest trochę jak budowanie na ruchomym piasku.
Wracając do tego co mówiłam wcześniej o regularności - Kinia05 wspomniała o przerwach kilkudniowych. Mam pytanie do wszystkich: czy waszym zdaniem kilka dni przerwy to restart czy kontynuacja? Bo słyszałam różne zdania.
To właśnie głowa ci tak mówi, i to jest dokładnie ten sam mechanizm co z tym krytykiem. Przerwa to przerwa, nie kasowanie całego postępu. Tylko że umysł lubi narracje o porażce, szczególnie gdy jesteś w środowisku które wzmacnia zwątpienie.
Przepraszam że wchodzę z inną stroną, ale mam pytanie. Czy afirmacje można robić razem z kimś innym, czy to musi być solo? Pytam bo mam koleżankę która też zaczyna i myślałyśmy żeby ćwiczyć razem, ale nie wiem czy to w ogóle ma sens.
Czytam od początku i mam pytanie może podstawowe, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o 'przepuszczaniu' głosu krytyka i o 'nazywaniu go po imieniu'. Ale co jeśli ten głos ma rację? Skąd wiadomo, że to co mówi rodzina to tylko projekcja ich lęków, a nie obiektywna obserwacja?
Do tego co pisze Nasturcja dodam że rodzina bardzo często nie krytykuje samych afirmacji tylko zmiany jaką widzą albo się boją. To nie jest to samo. Komentarz 'to bez sensu' może znaczyć 'nie rozumiem dlaczego to robisz i trochę mnie to niepokoi'. Odpowiadanie na słowa zamiast na to co za nimi stoi to przepalanie energii.
Przy tym co pisze Mirta - moja mama chyba faktycznie jest po prostu sceptyczna, bez większych podtekstów. Nie boi się że się zmienię, ona po prostu uważa że to jest głupie. I tu nawet nie mam do czego się odnieść, bo nie ma jakiegoś ukrytego komunikatu. Jest taka sytuacja - jak z kimś takim w ogóle rozmawiać jeśli w ogóle ma sens rozmawiać?
To co piszę o mamie - właśnie o to mi chodziło od początku tego wątku. Nie ma tu żadnej warstwy do odkrycia, po prostu słyszę 'to głupoty' i tyle. I nie wiem co z tym zrobić. Ignorować? Tłumaczyć? Milczeć? Bo każda z tych opcji ma jakiś koszt.
Kinia05, a próbowałaś w ogóle nie tłumaczyć? Pytam serio, bo zauważyłam u siebie że im bardziej próbowałam komuś udowodnić że mam rację, tym bardziej sama zaczynałam wątpić. Jakby każde tłumaczenie to był sygnał dla mnie że sama nie jestem pewna.
Ale jak to sprawdzić? Tzn. jest jakiś sposób żeby to ocenić zanim się narobi szkód? Bo próbowanie na żywym organizmie brzmi ryzykownie.
Przepraszam że wchodzę, ale mam podobny problem jak Kinia05 i to co napisała Pelagia wydaje mi się bardzo sensowne. Nigdy bym na to sam nie wpadł, że można najpierw 'potrenować' na bezpieczniejszym rozmówcy. Dziękuję za to.
Mam pytanie może trochę z innej beczki. Czytam ten wątek od początku i zastanawiam się - czy mówienie rodzinie w ogóle jest konieczne? Można to po prostu robić i nie informować? Rozumiem że czasem nie ma wyjścia, ale domyślnie to chyba nie jest obowiązek?
U mnie nie było tak że z własnej woli powiedziałam. Mama weszła kiedy robiłam afirmacje na głos i po prostu usłyszała. Nie miałam wyjścia. I od tamtej pory jest jak jest.
