Pora dnia to ciekawe pytanie i trochę mnie zaskoczyło, bo nie myślałam o tym wcześniej w kontekście tej rozmowy. Ja śpiewam afirmacje głównie rano, przy otwartym oknie, bo tak mi wyszło - nie z teorii, tylko z nawyku. Szept wieczorny też mam, ale to osobna sprawa. Nie wiem czy to jest tak zaplanowane jak przy medytacji o świcie, czy po prostu moje ciało samo wybrało rytm.
Pora dnia ma znaczenie, ale nie w sensie magicznym - raczej fizjologicznym. Rano kortyzol jest wysoki, jesteś bardziej pobudzony, głos niesie dalej, łatwiej o energię w śpiewie. Wieczorem ciało wchodzi w tryb wyciszenia, głos naturalnie mięknie, szept staje się wtedy bardziej spójny z tym co się dzieje w ciele. To nie jest nakaz, tylko obserwacja. Możesz śpiewać afirmacje o północy jeśli chcesz, ale walczysz trochę z własną fizjologią.
Nie mniej skuteczna, tylko inaczej skuteczna. Wieczorem śpiew trafia do innego stanu układu nerwowego. Jeśli afirmacja ma cię pobudzać, wzmacniać działanie, motywować - rano ma lepsze warunki. Jeśli ma cię uspokajać, koić, budować poczucie bezpieczeństwa - wieczór jest zupełnie dobry. Pytanie co chcesz osiągnąć, nie kiedy masz czas.
Czyli śpiew przy przebudzeniu mógłby nawet przeszkadzać, bo wyrywa z tego stanu który Gebda opisuje? Rozumiem to tak że szept tam działa właśnie dlatego że nie budzi za bardzo?
Mam inne doświadczenie z tą porą. Dla mnie najlepiej działają afirmacje śpiewane późnym wieczorem, właśnie przy zasypianiu. Nie wiem czy to hypnagogia czy co, ale czuję że wtedy mniej cenzuruję to co mówię. Rano jestem już w trybie 'robię listę zakupów' i afirmacja brzmi jak kolejny punkt do odhaczenia. Więc chyba to też jest kwestia tego jak ktoś funkcjonuje w ciągu dnia.
Tu mi się to łączy z tym co mówiłyśmy wcześniej o szepcie i zasługiwaniu. Szeptem wieczornym powiedziałam sobie coś o wartości własnej i to akurat weszło bez oporu, jakby właśnie dlatego że nie było głośno, nie było 'wydanego' na świat, tylko dla mnie. Może ta cenzura o której pisze Irenka to jest kwestia ekspozycji - kiedy mówisz głośno masz wrażenie że słyszy to cały świat łącznie z tą częścią ciebie która się nie zgadza.
To co pisze Krystynka to bardzo do mnie trafia. Ja jak mówię afirmację głośno to faktycznie czuję że trochę 'gram' a nie mówię do siebie. Jakbym miał publiczność. Może dlatego szept jest dla mnie bardziej szczery? Albo ja po prostu za mało wierzę w to co mówię żeby powiedzieć głośno.
To nie jest kwestia wiary tylko oswojenia. Głośne wypowiadanie afirmacji na początku często brzmi fałszywie właśnie dlatego że nie masz z nimi jeszcze historii. To przechodzi. Ale jeśli szept teraz działa dla ciebie lepiej - zacznij od szeptu. Nie ma sensu walczyć z własnym oporem na starcie.
Ale czy nie ma ryzyka że zostaniemy na szepcie na zawsze właśnie dlatego że jest wygodniejszy? Pytam serio, bo zastanawiam się czy komfort to dobry wskaźnik przy afirmacjach.
I wracamy do tego co ustaliliśmy kilkanaście postów temu - nie ma jednej odpowiedzi. Śpiew, szept, pora, czakra, treść. To wszystko gra razem. Ale chcę zapytać o coś innego - czy ktoś z was miał taką sytuację że zmienił technikę po jakimś czasie i efekt był wyraźnie inny? Tzn. robił szept miesiącami a potem przeszedł na śpiew i coś wyraźnie drgnęło?
Nie da się tego jednoznacznie odróżnić na bieżąco, szczerze mówiąc. Zaskoczenie samo w sobie może być wejściem - jeśli zaskoczenie obniża opór, to czy ma znaczenie że to był mechanizm? Efekt pozostaje. Warto obserwować czy to co poczułeś przy zaskoczeniu utrzymuje się po kilku dniach, czy znikło razem z nowością.
To co Gebda pisze o obserwowaniu po kilku dniach to chyba najważniejsza wskazówka w całym wątku. Bo ja wiele razy miałam takie 'wow' przy nowej technice i nic z tego nie zostało. Dopiero jak coś wraca po tygodniu, to wiem że coś zostało. Ktoś tak monitoruje swoje afirmacje? Czy raczej czujecie na bieżąco?
Czyli śpiew jako szukanie, szept jako celowanie? To mi się wydaje logiczne. Jak nie wiem co czuję, śpiew to wydobywa. Jak wiem - szeptem wkładam to głębiej.
To by wyjaśniało dlaczego śpiew działa nawet gdy nie do końca wierzę w to co mówię. Wibracja idzie niezależnie. A szept takiej wibracji nie daje?
Szept ma inną wibrację, bardzo przyciśniętą do ciała. Nie wysyłasz jej na zewnątrz, zostaje w gardle i klatce piersiowej. Niektórzy mówią że dlatego szept jest bardziej 'intymny' fizycznie, bliżej serca. To nie jest teoria, to po prostu fizjologia - szept angażuje struny głosowe inaczej.
Mam inne pytanie, trochę z boku, ale się wiąże. Czy ktoś próbował tej samej afirmacji raz śpiewać, raz szeptać w tej samej sesji? Jedno po drugim? Czy to ma sens czy raczej rozbija energię?
Ale właśnie to co Monisia napisała o przypadkowym przejściu ze śpiewu w szept - czy nie jest tak, że to ciało samo decyduje? Że nie my wybieramy technikę, tylko coś w nas przełącza? Zastanawiam się czy w ogóle ma sens z góry planować 'teraz śpiewam, teraz szepczę', skoro naturalny odruch może być trafniejszy.
To jest sensowna obserwacja, ale ryzykowna jako zasada. Jeśli pozwolisz ciału decydować bez żadnej intencji, możesz całą sesję spędzić na szepcie bo masz zablokowane gardło, albo na śpiewie bo chcesz zagłuszyć opór. Ciało idzie po linii najmniejszego oporu, nie po linii skuteczności. Intencja musi być gdzieś z przodu.
Właśnie - skąd w ogóle ten pomysł, że śpiew to punkt wyjścia a szept to wyższy poziom? Może to jest tylko jeden z możliwych schematów, a nie jakaś hierarchia?
A czy to może zaleźć od rodzaju afirmacji? Bo mi sie wydaje że afirmcje dotyczące pewności siebnie czy odwagi łatwiej śpiewać, a te o spokoju czy wybaczeniu raczej szeptem. Czy ktoś to obserwował?
Zaczyna mi się układać jakiś obraz. Śpiew jako wysyłanie, szept jako przyjmowanie. Ale mam pytanie praktyczne - co jeśli afirmacja jest jednocześnie o tym i o tym? Na przykład 'jestem bezpieczny i otwieram się na miłość' - tu jest i odwaga i miękkość razem.
Wtedy najczęściej decyduje pierwsze słowo lub najsilniejszy emocjonalnie fragment zdania. Albo dzielisz afirmację na dwie osobne i każdej dajesz właściwy tryb. Sklejone w jedno zdanie mogą się wzajemnie neutralizować nie dlatego, że technika jest zła, ale dlatego że intencje ciągną w dwie strony.
Wracając do kwestii sesji łączonej, bo Dobrusia pytała wcześniej - próbowałam kiedyś świadomie: najpierw śpiew przez kilka minut, potem szept tej samej treści. Wrażenie było dziwne, jakby śpiew rozmroził coś, a szept zakończył. Nie wiem czy 'działało', ale ciałem czułam wyraźnie dwie fazy.
Mam takie wrażenie że ta rozmowa cały czas kręci się wokół tego samego pytania, tylko z różnych stron: czy wybór techniki to decyzja głowy czy ciała? I chyba każde z nas odpowiada inaczej, bo każde inaczej praktykuje. Może nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.
To mi daje do myślenia. Jak zaczynałem z afirmacjami to od razu szeptałem, bo mi się wydawało że tak jest poważniej. Teraz myślę że może właśnie dlatego tak długo nic nie czułem. Może powinienem był zacząć od śpiewu i zobaczyć gdzie jest opór.
Zastanawia mnie jedno - czy w takim razie nie ma ryzyka że śpiew ujawni coś, z czym ktoś nie jest gotowy pracować? Mówię to poważnie, bo nie każdy ma obok siebie kogoś, kto pomoże to przeprocesować.
Właśnie tego się trochę bałem jak zaczynałem. Że coś ruszę i nie będę wiedział co z tym zrobić. Ale u mnie nic dramatycznego się nie wydarzyło, więc albo moje bloki są płytkie, albo szept mnie przed tym chronił. Teraz nie wiem czy to dobrze czy źle.
