Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co mnie trochę niepokoi. Stosuję afirmacje od jakichś kilku miesięcy i z jednej strony czuję postęp, ale z drugiej... chyba zamieniłam je w obowiązek. Mam wrażenie, że jeśli któregoś dnia zapomnę powiedzieć swoje afirmacje albo powiem je 'nie tak', to jakbym zniszczyła cały postęp. Czy ktoś miał podobnie? Zaczęłam się pytać, czy to w ogóle jeszcze jest samorozwój, czy już jakiś przymus.
Mam dokładnie to samo i cieszę się, że ktoś to napisał. Czytałam, że afirmacje mają być lekkie, spontaniczne, a u mnie to już wygląda jak lista zadań do odhaczenia. Jak zapomnę rano, to mi przez cały dzień chodzi po głowie, że 'znowu nie zrobiłam'. Ale nie wiedziałam, że to może być problem, myślałam, że to po prostu kwestia dyscypliny. Czy to dwie różne rzeczy?
To ważne rozróżnienie, o które pytasz. Dyscyplina w praktyce to jedno, ale kiedy pojawia się lęk przed pominięciem rytuału, to już sygnał, że mechanizm działa odwrotnie niż powinien. Afirmacja w założeniu ma obniżać poziom napięcia, nie tworzyć nowego źródła stresu. Pytanie do obu z was: czy te afirmacje, które stosujecie, są wasze, czy wzięte gotowe skądś z internetu?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, może naiwne, ale skąd w ogóle wiadomo, że afirmacja 'zadziałała'? Bo jak nie ma jakiegoś znaku, to skąd pewność, że nie zrobiłam czegoś źle?
Znam to z pracy z kartami, nie z afirmacjami, ale mechanizm wygląda podobnie. Zaczyna się od praktyki, a kończy na tym, że jak nie sięgniesz po karty każdego ranka, to czujesz się jakby coś miało się stać. Myślę, że to nie kwestia metody, tylko tego, co człowiek w nią wkłada. Czy afirmacje możecie odłożyć na tydzień bez poczucia katastrofy?
To, co opisuje Pola_N, to jeden z bardziej znanych efektów ubocznych źle osadzonej praktyki. Afirmacja staje się superstycją, nie sposóbm. Przepraszam, źle to powiedziałam, mam na myśli że zamienia się w działanie magiczne w złym sensie, w rytuał ochronny, bez którego coś się posypie. To już nie jest samorozwój, to zabezpieczanie się przed własnym lękiem.
A czy to nie może być związane z czakrą splotu słonecznego? Pytam, bo jak mam u siebie blokadę tam, to właśnie tak to odczuwam, że wszystko muszę kontrolować, bo inaczej coś się posypie. Może afirmacje tylko to uwydatniają, a nie powodują?
Słucham i mam jedno pytanie do tych, co od dłuższego czasu z afirmacjami pracują: czy w ogóle zdarzyło się komuś z was, że po jakimś czasie praktyki to poczucie przymusu samo przeszło? Czy trzeba coś z tym zrobić aktywnie?
nie ignorowałam, raczej zaczęłam go traktować jak kolejną informację, a nie nakaz. Głos mówi 'to za mało', ja słyszę 'wciąż boisz się, że nie wystarczysz'. To dwie różne rzeczy. Jedna to ocena praktyki, druga to pytanie o coś dużo głębszego.
To chyba najważniejsza rzecz, jaką tu dzisiaj przeczytałam. Że głos nie mówi o afirmacjach, tylko o czymś pod spodem. Muszę to sobie przepracować. Ale jak w ogóle zacząć to odróżniać w praktyce, bo w tej samej chwili to wszystko zlewa się w jedno?
To, co napisała Mystica o głosie, który mówi 'to za mało', siedzi mi w głowie. Ale nadal nie wiem, jak to odróżnić na bieżąco. Bo w momencie, gdy czuję ten przymus, żeby powtórzyć afirmacje jeszcze raz, to naprawdę nie wiem, czy to dyscyplina, czy lęk. Jak w ogóle rozpoznać tę granicę u siebie?
to mówi bardzo dużo. Automatyzm bez jakiegokolwiek kontaktu z treścią to znak, że praktyka odkleiła się od celu. Powtarzasz słowa, ale nie ma tam żadnego ciebie. Pytanie, czy to się stało od razu, czy stopniowo?
ja miałam dokładnie tak samo i zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ta faza, gdy powinno się coś zmienić w praktyce, albo w ogóle ją zostawić na jakiś czas. Ale boję się, że jak przestanę, to cofnę się do punktu wyjścia. Czy ktoś z was miał tę obawę i wie, czy ma ona jakiekolwiek podstawy?
A mnie ciekawi coś innego. Mówiłyście, że głos krytyczny mówi 'to za mało'. Ale skąd w ogóle pochodzi taka wewnętrzna poprzeczka? Czy ktoś kiedyś powiedział wam, ile razy dziennie i jak długo? Czy samy to ustaliłyście?
Ale przepraszam, bo chcę doprecyzować. Nawet jeśli liczba 21 dni jest umowna, to czy w ogóle jest sens pracować z afirmacjami bez jakiegoś minimum regularności? Czy to nie jest tak, że bez żadnych ram w ogóle nic nie działa?
Słucham tego wszystkiego i mam pytanie może z boku, ale chyba związane: czy afirmacje w ogóle są czymś innym niż autosugestia? Bo jak słyszę ten opis z przymusem i lękiem, to bardziej mi to przypomina, że ktoś sobie wmawia coś na siłę, niż że faktycznie w to wierzy.
O. To tłumaczy, dlaczego te moje 'jestem wystarczająca' za nic nie chciały siedzieć w głowie. Mówiłam to, ale czułam dokładnie odwrotnie i jakoś automatycznie spychałam to uczucie.
właśnie to mnie zastanawia, czy spychanie tego uczucia w dół nie działa trochę jak zakrywanie czegoś, zamiast leczenia? Mam wrażenie, że jak czegoś nie chcę poczuć i mówię sobie 'nie, wszystko jest dobrze', to ten dyskomfort gdzieś zostaje, tylko głębiej.
Przepraszam, że wchodzę, ale chcę wrócić do wątku z początku. Mówiliście o tym, kiedy dyscyplina zamienia się w przymus. I o tej uldze versus zadowoleniu po skończeniu afirmacji. Ja mam podobny test przy kartach i faktycznie działa. Ale mam pytanie, czy ktoś z was próbował kiedyś robić przerwę celowo, właśnie żeby sprawdzić, co się stanie, i co z tego wyszło?
O, to jest dokładnie mój przypadek. Nie mam jednego miejsca, gdzie jest źle. Jest wszędzie trochę. I chyba dlatego pisałam te afirmacje tak ogólne, 'jestem wystarczająca', 'moje życie się układa', bo nie wiedziałam, do czego konkretnie je przyłożyć. Teraz rozumiem, czemu to nie siadało.
Ale jak się w ogóle tę mgłę rozgęszcza? Czy chodzi o to, żeby sobie usiąść i po prostu zapisać, co konkretnie nie gra? Bo jak coś jest wszędzie, to to zadanie wydaje się gigantyczne.
Właśnie, mnie też to uderzyło. Czy afirmacje nie są czasem taką pułapką szczególnie dla osób, które i tak już mają skłonność do nadmiernej samokontroli? Bo zamiast rozluźnić, dokładają kolejny punkt do sprawdzenia.
Ale to jest trochę wbrew temu, co mówiłaś Mystica wcześniej o regularności. Czy bez tego minimum powtórzeń cokolwiek w ogóle 'przechodzi' do głębszych warstw przekonania? Czuję, że tutaj macie dwa różne stanowiska i nie wiem, które mi bliżej.
A jak ktoś szczerze nie wie, z czego wraca? Bo ja np. siedzę wieczorem i robię swoje rzeczy i nie mam poczucia, że to lęk, ale też nie mam poczucia, że to wybór. To jest jakiś taki środek, przyzwyczajenie. Czy przyzwyczajenie się liczy?
ale to 'jestem niewystarczająco zdyscyplinowana' to jest już kolejna negatywna afirmacja, którą mówisz do siebie. Zauważyłaś to? Zamiast jednej listy afirmacji masz drugą, którą powtarzasz automatycznie po każdym 'porażce'. I ta druga pewnie siedzi głębiej.
O. To jest mocne. Nigdy tak o tym nie myślałam, że te myśli po nieudanej praktyce są same w sobie afirmacjami. Tylko negatywnymi. I powtarzanymi bez żadnego harmonogramu, za to bardzo regularnie.
Czy to znaczy, że część pracy z afirmacjami to w ogóle nie afirmacje pozytywne, tylko zauważanie tych negatywnych, które lecą automatycznie? Bo jeśli tak, to rozumiem, czemu samo naklejanie pozytywnych zdań na wierz nic nie zmienia.
