A co czujesz jak teraz o tym myślisz? Bo to co opisujesz - że szept chronił - brzmi trochę tak jakbyś sam wyczuł że potrzebowałeś tej bariery na tamten moment. Może to nie był błąd strategiczny, tylko intuicja.
Ale czy 'omijanie' jest zawsze złe? Ja miałam okresy, kiedy potrzebowałam pracować z afirmacjami bez rozkopywania wszystkiego. Taka stabilizacja, nie eksploracja. Może szept w tym czasie był dokładnie tym, czego potrzebowałam.
U mnie jednym ze sposobów na rozróżnienie było właśnie to, czy śpiewanie tej afirmacji jest w ogóle możliwe. Jak zupełnie nie byłam w stanie wydobyć głosu, to wiedziałam że tam jest unik, a nie stabilizacja. Trochę tak jak pisała Monisia76 z tym gardłem.
A można zapytać - jak długo zwykle trwa taka sesja żeby cokolwiek poczuć? Bo z tego co czytam to jest kwestia minut czy może dłużej. Mam problem ze skupieniem i zastanawiam się czy krótkie sesje mają w ogóle sens.
Dodam tylko że jakość skupienia przez trzy minuty jest warta więcej niż piętnaście minut mechanicznego powtarzania. Jeśli masz problem ze skupieniem, lepiej skrócić i być naprawdę obecnym, niż ciągnąć dla samego ciągnięcia. To samo dotyczy śpiewu i szeptu - obydwa mogą być puste jeśli głowa jest gdzie indziej.
I tu wracamy do różnicy między śpiewem a szeptem od zupełnie innej strony - śpiew ma rytm który cię prowadzi nawet jak jesteś rozkojarzony, ale przez to łatwiej odpłynąć automatycznie. Szept tego rytmu nie ma, więc wymaga więcej obecności, ale też daje więcej miejsca na te pauzy o których mówi Kminek. Ciekawe że doszłyśmy do tego pytając o skupienie, a nie o samą technikę.
To co napisała Dobrusia.2 zostaje mi w głowie. Że rytm śpiewu prowadzi nawet jak jesteś rozkojarzony, ale przez to łatwiej odpłynąć automatycznie. Nie wiem czy to brzmi jak wada czy zaleta. Bo z jednej strony mechaniczne odpływanie jest bez sensu, z drugiej - może na jakimś poziomie coś i tak się dzieje, nawet jak świadomość już gdzieś wyleciała?
To zależy czego szukasz w afirmacjach. Jeśli chodzi o przeprogramowanie głębszych warstw, to rytm i melodia mogą faktycznie robić coś przydatnego nawet przy rozproszeniu. Mantra działa podobnie - nie musisz być skupiony na każdym słowie, żeby coś się działo. Ale jeśli chodzi o zmianę świadomego przekonania, to potrzebujesz jednak tej obecności. Pytanie do ciebie - po co ty właściwie używasz afirmacji? Bo to trochę zmienia odpowiedź.
To jest akurat przekonanie, przy którym śpiew może zrobić całkiem dużo, ale też szybciej wynosić opór na wierzch - właśnie dlatego że jest głębsze. Jeśli zaczynałeś od szeptu i było spokojnie, to możliwe że szept dotykał tego tylko powierzchniowo. Nie mówię że to zła droga, ale jeśli nie czujesz postępu, warto spróbować głośniej i zobaczyć co się pojawi.
A jak w ogóle rozpoznać że jest postęp? Mam na myśli konkrenty sygnał, nie tylko ogólne poczucie. Bo mi trudno to zmierzyć.
U mnie podobnie, chociaż przyszło to od innej strony - zaczęłam zauważać kiedy wewnętrzny głos zaczął mniej protestować w ciągu dnia. Nie podczas sesji, tylko właśnie poza nią. Jakieś zdarzenie w życiu i myśl, że 'może jednak nie jest tak źle'. Małe, ale jednak.
To co opisujesz, Krystynka.1, to jest właśnie to co mnie przekonało że afirmacje cokolwiek robią. Nie sesja, nie 'poczułam zmianę', tylko nagle w środku tygodnia zupełnie inna reakcja na coś, na co zawsze reagowałam tak samo. Bez dramatyzmu, po prostu inaczej.
Do pytania Irenki08 - z tego co obserwuję, przekonania które były naprawdę głęboko zakorzenione wymagają dłuższego podtrzymywania. Te płytsze zostają po odstawieniu praktyki. Ale też nie powiem że to reguła, bo każda osoba ma inny punkt startowy i inną podatność.
To uczciwe zastrzeżenie. Warto odróżniać co ktoś zaobserwował od tego co można uznać za prawidłowość. Przy afirmacjach jest bardzo łatwo o nadinterpretację, bo subiektywne odczucia są tu jedyną miarą.
Wracając do śpiewu i szeptu, bo trochę odeszliśmy - ma ktoś doświadczenie z mieszaniem tych metod w jednej sesji? Zaczynać od szeptu, kończyć śpiewem albo odwrotnie? Zastanawiam się czy ta kolejność ma znaczenie.
Zastanawia mnie jedna rzecz w tym co opisujesz, Irenka08 - mówiłaś że śpiew 'rozpuszcza opór'. Ale czy nie ma ryzyka że jak za bardzo go rozpuścisz na początku, to szept na końcu nie ma się już do czego odnieść? Tzn. że afirmacja ląduje w miejscu bez żadnego tarcia, więc też bez żadnego zaczepu?
A jak rozpoznać że przepracowałem a nie tylko ominąłem? Bo z perspektywy osoby w środku to może wyglądać tak samo - coś przestało bolec, mniej oporu. Skąd wiedzieć co tak naprawdę zaszło?
To bardzo konkretne pytanie i nie ma na nie łatwej odpowiedzi. Zazwyczaj różnica wychodzi w sytuacjach testujących - kiedy rzeczywistość daje ci coś, na co wcześniej reagowałeś przekonaniem. Jeśli nowa reakcja się utrzymuje i nie potrzebujesz od razu wracać do praktyki żeby ją podtrzymać, to znak że coś rzeczywiście drgnęło. Jeśli bez codziennego powtarzania wracasz do punktu wyjścia - to bardziej działanie wyciszające.
Czyli efekt przepracowania jest trwalszy bez podtrzymywania? Czy dobrze rozumiem?
To co pisze Krystynka.1 zgadza się z moim odczuciem. Chociaż zastanawiam się czy to nie jest też kwestia tego jakie przekonanie próbujemy zmienić. Przy płytszych 'wracanie' wydaje się bardziej gwałtowne. Te głębsze, nawet jak pracujesz długo, to ruch jest mniejszy ale trwalszy.
Właśnie - czy ktoś z was świadomie pracował nad tym samym przekonaniem dwoma metodami, żeby móc je porównać? Bo większość z nas opisuje albo jedno albo drugie, rzadko to samo ale inaczej.
Trochę pesymistyczne to wnioski, że nie da się sprawdzić. Ale rozumiem logikę. Czyli skazani jesteśmy na obserwowanie swojego własnego przypadku bez możliwości kontroli?
Tak mniej więcej wygląda praca z wewnętrznymi przekonaniami w ogóle. Nie jesteś laboratorium z grupą kontrolną. Możesz być uważny, notować co się dzieje, wyciągać ostrożne wnioski. To nie jest mało, ale to też nie jest dowód w naukowym sensie. Większość z nas tu i tak działa na podstawie 'to mi działa, tamto nie' i to jest uczciwy punkt startowy.
To może być frustrujące dla kogoś kto szuka pewności zanim zacznie. Sama przez chwilę szukałam jakiegoś 'sprawdzonego protokołu' zanim odpuściłam i po prostu zaczęłam próbować. I paradoksalnie wtedy zaczęło działać.
Zgadzam się z tym że intuicja na początku jest lepszym przewodnikiem niż sztywna metoda. Ale mam jedno zastrzeżenie - co jeśli intuicja prowadzi do tej łatwiejszej drogi, a nie do tej która faktycznie ruszy głębsze przekonanie? To trochę wróci do tego co Kminek pisała o omijaniu oporu.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie że gdzieś po drodze zgubiłyśmy trop z tematu. Rozmawiamy o przepracowaniu, trwałości, intuicji - ale pytanie było przecież o śpiew kontra szept. Czy ktoś ma konkretne obserwacje co do różnicy w samym doznaniu podczas śpiewania i szeptania? Nie efektu, tylko tego co czujesz w trakcie?
A czy to że śpiew wypełnia przestrzeń zewnętrzną może mieć jakieś znaczenie? Pytam szczerze, bo nie wiem - czy afirmacja ma działać do wewnątrz czy na zewnątrz? Zawsze myślałem że na siebie samego, ale może coś mi umknęło.
