To co powiedział Idzik o automatycznych negatywnych komentarzach naprawdę mi zostało w głowie. Siedziałam nad tym po przeczytaniu i pomyślałam - ile razy dziennie mówię sobie coś w stylu 'znowu mi nie wyszło' albo 'typowe dla mnie'? I to bez żadnego planowania, bez harmonogramu, samo leci. A potem siadam do afirmacji i staram się to nadpisać - ale to tak jakby wlać wodę do dziurawego wiadra. Czy jest jakiś sposób, żeby najpierw te dziury zobaczyć, zanim zaczniesz cokolwiek wlewać?
O tym dzienniku myślałam wcześniej i zawsze mi się wydawało, że to dobre ćwiczenie. Ale mam z tym taki problem - jak zaczynam zapisywać, to za chwilę zaczynam też oceniać to, co zapisałam. I potem mam notatki pełne krytyki, plus dodatkową krytykę za to, że te notatki są takie krytyczne. To chyba to koło, o którym tu mówimy?
dokładnie tak to rozumiem. To jest jak z medytacją - niby masz obserwować myśli bez oceniania, ale jak tylko zaczniesz, to zauważasz, że oceniasz, i zaczynasz oceniać to, że oceniasz. Czy ktoś wie, jak w ogóle wyjść z tej pętli bez kolejnego systemu, który też trzeba będzie utrzymać?
Ale jak to rozpoznać, że obserwujesz bez agendy? Bo sama myśl 'obserwuję bez agendy' już jest jakąś agendą, nie?
Ale nie każdy perfekcionista czuje to napięcie na co dzień. Mnie się wydaje, że u mnie to jest już tak wbudowane, że nie odczuwam go jako napięcia. Po prostu tak funkcjonuję i nie wiem, kiedy zaczęłoby mi czegoś brakować, gdyby tego nie było. Czy to znaczy, że jestem poza zasięgiem takich ćwiczeń?
Mnie to uderzyło, bo sama tak mam z tarotem. Nie czuję że jestem napięta podczas rozkładu - po prostu robię go 'porządnie'. I dopiero kiedy coś idzie nie tak jak chciałam, np. karta nie pasuje do układu jak bym chciała, to wtedy coś we mnie klika. Może to jest właśnie ten moment, o którym Idzik mówi? Takie 'zacięcie'?
Szczerze? Idę w naprawianie. Natychmiast. Patrzę na kartę jeszcze raz, szukam innej interpretacji, sprawdzam notatki. I dopiero jak znajdę 'poprawną' wersję, to oddechu. Co jest chyba odpowiedzią na twoje pytanie.
To jest trochę jak z tymi afirmacjami, o których gadamy od początku. Zamiast żyć z informacją, że coś nie pasuje, szukamy wersji, w której wszystko pasuje. I tak kręcimy się w kółko.
Dokładnie. I to jest właśnie to, co mi się przydarza z afirmacjami. Jak coś nie działa, to nie myślę 'ok, to może ta afirmacja nie jest dla mnie'. Myślę 'robię ją źle'. I szukam właściwej wersji, właściwej pory, właściwego tonu głosu. Już teraz widzę, że to jest ten sam schemat co u Oksanka64 z kartami. Tylko w innym miejscu.
A gdyby afirmacja celowo była niedokończona albo niedoskonała? Jak to w ogóle by wyglądało? Bo sama myśl o tym, że mogę ją 'zepsuć specjalnie' i to jest okej, brzmi dziwnie, ale może o to chodzi?
Czekaj, bo to jest coś nowego w tej rozmowie. Czyli można afirmować coś, co jest pytaniem albo możliwością, a nie faktem? Bo cały czas myślałam, że afirmacja musi być twierdzeniem, bo inaczej podświadomość tego nie kupi.
Czyli te wszystkie kursy, które mówią 'mów to w czasie teraźniejszym i z pełnym przekonaniem' - mogą być dla niektórych osób wręcz szkodliwe? Bo nakładają kolejny warunek do spełnienia?
I co teraz z tym zrobić? Bo rozumiem, że forma gramatyczna to nie wszystko, ale jak ktoś przez rok słyszał na kursach 'mów to z pełnym przekonaniem w czasie teraźniejszym', to trudno to po prostu wyrzucić. Czuję jakby reguły do siebie wchodziły, a teraz mam wziąć i działać bez reguł?
nie bez reguł, tylko z regułami, które ty sama sprawdzasz, a nie które ktoś ci narzucił. To różnica między mapą a terytorium. Mapa mówi 'tu jest droga', ale ty wiesz, kiedy mapa się myli, bo stoisz na tym terenie. Pytanie do ciebie: czy kiedykolwiek afirmacja działała mimo że robiłaś ją 'źle' według jakiegoś kursu?
A może właśnie dlatego, że byłaś zmęczona, to nie było tego ciśnienia na perfekcję i to zadziałało? Czytałam gdzieś, że zrelaksowany umysł lepiej przyjmuje nowe przekonania, ale nie wiem czy to prawda, czy kolejny mit do zapamiętania.
Mnie to wcale nie zaskakuje. Perfekcionizm jest bardzo pomysłowy, przenika do każdej nowej techniki i ją przejmuje. Zaczęłam z afirmacjami, żeby być spokojniejsza, a skończyłam na śledzeniu, czy jestem wystarczająco spokojna podczas afirmowania spokoju.
Wracając do tego, co Pola_N napisała o robieniu afirmacji 'byle jak' i efekcie, to ja miałam podobnie z tarotem, ale na odwrót. Jak robiłam rozkład zbyt dokładnie, za dużo analizy, to nic nie czułam. Jak robiłam szybko, prawie intuicyjnie, to karty 'mówiły'. Nie wiem czy to jest związane z afirmacjami, ale wydaje mi się, że jest tam jakiś wspólny mechanizm.
Czyli można za bardzo starać się nie starać? Bo jak słucham tej rozmowy, to każde wyjście z perfekcjonizmu może stać się nowym perfekcjonizmem. Czy w ogóle jest jakiś moment, gdy wiadomo, że się 'wyszło'?
A jak to fizycznie wygląda? To znaczy po czym poznać, że napięcie się zmniejszyło, a nie że po prostu przestałam je czuć bo się przyzwyczaiłam? Bo Storczyk61 pisała wcześniej, że u niej jest tak wbudowane, że nie odczuwa go jako napięcia. Czy to jest ten sam stan?
Czy to znaczy, że afirmacje mogą być dla perfekcionistów bardziej atrakcyjne niż dla innych, właśnie dlatego, że dają to poczucie 'działam, wykonuję, postępuję poprawnie'? Trochę jak karmienie tego samego mechanizmu, który chcemy zmienić.
A czy da się w ogóle rozróżnić te dwa głosy w środku pracy, czy dopiero po fakcie? Bo jak siedzę z afirmacją, to nie mam tyle dystansu, żeby analizować, co to za głos. Wszystko zlewa się w jedno.
U mnie podobnie, tylko że przy notatkach po rozkładach. Zanim skończyłam zapisywać, już oceniałam, czy dobrze zinterpretowałam. Efekt był taki, że notatki były coraz dłuższe, a coraz mniej z nich rozumiałam po tygodniu. W końcu zaczęłam pisać jednym zdaniem i nie wracać przez trzy dni. Nie wiem, czy to mogłoby działać przy afirmacjach, ale może jakiś odpowiednik?
Ale to co mówi Oksanka64 to trochę ucieczka od problemu, nie? Jeśli perfekcjonizm siedzi głębiej, to znajdzie sobie inne miejsce. Czy w ogóle można go 'przechytrzyć' takim zabiegiem?
Mam pytanie do Laurencji albo Idzika. Skoro perfekcjonizm ma ugruntowane ścieżki, to czy afirmacje mogą te ścieżki przebudować, czy tylko dokładają nową warstwę na wierzchu? Bo jeśli tylko przykrywają, to po jakimś czasie stara warstwa i tak wychodzi.
nie chodzi o emocję zgodną z treścią afirmacji, tylko o jakąkolwiek żywą emocję podczas jej wypowiadania. Nawet opór jest emocją. Nawet zmęczenie. Chodzi o to, żeby ciało nie było w stanie neutralnym, obojętnym, bo wtedy nic nie trafia. Paradoksalnie mocne 'nie wierzę w to' przy afirmacji może być bardziej produktywne niż gładkie, beznamiętne powtarzanie.
Moment, bo się zgubiłam. Mystica mówi, że opór jest produktywny, Idzik mówi, że potrzebna jest emocja, ale wcześniej Laurencja mówiła, że napięcie to sygnał, który powinien stawać się zdarzeniem, a nie stanem stałym. Czy te trzy rzeczy się ze sobą nie kłócą?
Ale skąd wiedzieć, że ta chwila ciszy była wystarczająca? Bo dla mnie to kolejna pułapka perfekcjonizmu. Siedzę i myślę: 'czy już jestem dość spokojna, żeby zacząć?' i czekam na jakiś sygnał, który nigdy nie przychodzi.
